Od dawna mieszka na Cyprze. Pracowała w międzynarodowych korporacjach, podróżuje po świecie, miała męża Greka, porozumiewa się w kilku językach. – Ale tylko podczas wizyt w Polsce zdarzają się komentarze na temat mojej płodności lub jej braku – mówi Katarzyna Zawadzka (40 lat), która w gabinecie ginekologicznym usłyszała: „Kiedy pani w końcu planuje mieć dzieci?”. Wzburzona, odcięła się błyskawicznie: „To moja sprawa. Dlaczego panią to interesuje?”. Kilka lat temu, gdy odwiedzała mamę we Wrocławiu, podjęła się leczenia endometriozy, przewlekłego schorzenia przysparzającego cierpienia przed miesiączką i w jej trakcie, czasem także podczas seksu. Nasłuchała się od lekarzy o tym, że zegar tyka, że kobiecy ból najlepiej leczy ciąża, a nawet że dziecko to dar boży. – Miałam dwie operacje usuwania ognisk choroby, za które musiałam zapłacić, bo NFZ nie przewiduje refundacji takich zabiegów. Odmawiano mi przepisania antykoncepcji w trosce o plany prokreacyjne. Lekarze zalecali zmianę diety i nasiadówki z kory dębu lub rumianku. Nikt nie wspomniał, że powinnam zabezpieczyć jajeczka, bo endometrioza to ryzyko niepłodności – opowiada. O takiej możliwości dowiedziała się dopiero od specjalisty na Cyprze, do którego trafiła kilka tygodni temu, bo bóle wróciły. Tym razem zdecydowała, że nie skorzysta już z wizyty lekarskiej w Polsce. – Po szczegółowym wywiadzie ginekolożka zaproponowała mi założenie spirali, co powinno (rzeczywiście miała rację) zmniejszyć ból i krwawienie. Nastraszona przez rodzimą służbę zdrowia, podskoczyłam: „Spirala? A co, jeśli będę chciała mieć dzieci?”. Lekarka wzruszyła ramionami: „Wtedy ją wyjmiemy”. Zrobiła mi też badanie AMH, czyli test rezerwy jajnikowej, i poinformowała o możliwości zamrożenia komórek jajowych. Choć jej zdaniem na to przyjdzie czas za rok lub dwa lata. Na razie przecież jestem jeszcze młoda, a badanie wyszło obiecująco. I najciekawsze – za nic nie płaciłam, bo koszty pokrywa cypryjski fundusz zdrowotny. Dzięki tej wizycie Katarzyna przekonała się, że 40-latki bez dzieci nie trzeba traktować z pogardą czy litością, a kobieta może nie wiedzieć, czy w ogóle chce zostać mamą. 

Czy Polki powinny mieć wolny dostęp do procedury zabezpieczania jajeczek? Jest wiele argumentów, które za tym przemawiają. Przekonanie „zamrożę, a potem zobaczę” to uproszczony obraz.

Między zamiarem a przymusem
Decyzja o posiadaniu lub nieposiadaniu dzieci to nie jest kwestia, o której można myśleć zerojedynkowo. Za każdą kobietą stoi jej prywatna historia, a próbując uprościć tę skomplikowaną sferę życia i sprowadzić hasło „płodność” do poziomu polityki, wiary czy moralności, łatwo kogoś skrzywdzić. 

Anna Wietrzykowska, znana w mediach społecznościowych jako Psycholog Niepłodności i autorka książki „Niewidzialni rodzice. Jak rozmawiać o niepłodności” (wyd. Filia), uważa, że w Polsce to trudny temat. – Leży bardzo blisko seksu, a wokół niego jest również dużo emocji. Przez wiele lat edukacji seksualnej niewielu z nas usłyszało w szkole słowo „niepłodność”. Raczej dowiadywaliśmy się o tym, jak łatwo zajść w ciążę i że uprawianie seksu jest gwarancją jej pojawienia się. A jeśli już cokolwiek mówiono o poczęciu, towarzyszył temu lęk i wstyd. Ile z nas przed wyjściem na imprezę słyszało: „Nie zrób niczego głupiego”, co miało nawiązywać do ryzyka zajścia w ciążę. Dziś ci sami rodzice, którzy straszyli dzieci wpadką, martwią się, czy zostaną dziadkami – mówi psychoterapeutka. Dokładnie tak było w przypadku Katarzyny. Odkąd pamięta, słyszała, że jej mama jeszcze nie chce zostać babcią. Ale fakt, że kiedyś nią będzie, w domyśle był uznany za coś oczywistego. Jednak życie pisze różne scenariusze. Pierwsze nieudane małżeństwo, kilka krótkotrwałych związków, do tego kariera i podróże. – Nie chcę przepraszać za to, jak żyję, bo niczego nie żałuję. Chciałabym mieć jednak wybór. I wciąż nie rozumiem, dlaczego zamiast stworzyć dobry grunt do decyzji o ciąży, pozwolić zabezpieczyć płodność, opierając się na możliwościach, które daje współczesna medycyna, rzuca się kobietom kłody pod nogi.
  
Wyjątek od reguły
– Mrożenie oocytów (czyli komórek jajowych) jest u nas nielegalne – mówi Marta Górna, przewodnicząca Stowarzyszenia na rzecz Leczenia Niepłodności i Wspierania Adopcji „Nasz Bocian”, a także radna w Mysłowicach. Dokładnie rzecz biorąc, wszystko zależy od interpretacji przepisów, bo ustawa o leczeniu niepłodności nie mówi wprost, że nie wolno tego robić. W artykule 10 formułuje to w następujący sposób: „Zabezpieczenie płodności na przyszłość obejmuje działania medyczne podejmowane w celu zabezpieczenia zdolności płodzenia w przypadku niebezpieczeństwa utraty albo istotnego upośledzenia zdolności płodzenia na skutek choroby, urazu lub leczenia”. Co to oznacza? Teoretycznie można komercyjnie (bo procedura nie jest refundowana) przeprowadzić symulację, pobranie i zamrożenie jajeczek np. w przypadku choroby onkologicznej. Jednak praktyka pokazuje, że nawet wówczas wielu lekarzy nie informuje o tym pacjentek i pacjentów. Tak, pacjentów, bo procedura zamrożenia nasienia męskiego jest w pełni legalna i nieinwazyjna. I nie wiąże się z przyjmowaniem leków w zastrzykach. Temat „oncofertility”, czyli zabezpieczenia płodności na czas leczenia nowotworu, od pewnego czasu zaczął być nagłaśniany. Polska Liga Walki z Rakiem przeprowadziła kampanię „Mam raka, chcę dziecko”, a Fundacja Rak’n’Roll ruszyła z akcją edukacyjną dotyczącą onkopłodności „Seks po dragach? Na szczęście możesz zajść w ciążę”. W ten sposób pokazują, że mimo wyniszczającej organizm chemioterapii i leków (czyli dragów) pacjenci onkologiczni nie muszą się żegnać z perspektywą zostania rodzicami. O ile w przypadku choroby kobiety i mężczyźni mogą liczyć na wsparcie organizacji pozarządowych, o tyle zdrowe dziewczyny, które chcą zyskać trochę czasu i zabezpieczyć szansę na przyszłość, muszą działać na własną rękę. Bo czy zmniejszająca się rezerwa jajnikowa (wiadomo, że po 35. roku życia maleje w szybkim tempie, można ją sprawdzić, badając stężenie hormonu AMH we krwi) jest wystarczającą przesłanką medyczną, żeby zamrozić oocyty? Dla klinik leczenia niepłodności tak, ale (ze zrozumiałych względów bezpieczeństwa) niechętnie mówią o tym głośno. Z tego samego powodu Ewa (36 lat), która na początku roku przeszła przez procedurę, woli pozostać anonimowa. Pomysł, żeby zamrozić jajeczka, kiełkował w jej głowie od dawna. – Nie działałam pod wpływem emocji. Już kilka lat temu (między kolejnymi związkami) rozmawiałam o tym z ginekologiem, ale usłyszałam wówczas, że jako singielka nie mam szans na taki zabieg w Polsce – wspomina. Zastanawiała się nad wyjazdem do Niemiec lub Czech, jednak szacowane koszty (około pięciu tysięcy euro) były zbyt wysokie. Ale pod koniec zeszłego roku myśl o dziecku znów wróciła. Skorzystała z poleconego przez przyjaciółkę adresu, a kilka tygodni później rozpoczęła proces przygotowujący do punkcji jajników. – Od strony zdroworozsądkowej wiedziałam, że robię dobrze, ale emocje się we mnie kłębiły. Czułam ekscytację (wreszcie!), niepokój (jak zareaguje organizm?), do tego dołączył stres: czy uda się dostosować kalendarz zawodowy do biologicznego cyklu? Miałam wrażenie, że zabezpieczając swoją płodność, podejmuję pierwszą taką dorosłą decyzję w życiu – podsumowuje. 

Szczęśliwa siódemka
Procedura była czasochłonna. Najpierw bardzo szczegółowe (i drogie) badania. Potem przyjmowanie (też drogich) leków, zastrzyków w brzuch, które trzeba podać o dokładnie wyliczonej godzinie i nie ma znaczenia, że akurat jesteś na randce czy masz spotkanie w pracy. – Zdrowa dieta, zero imprez, zero alkoholu. Moje życie przestało krążyć wokół pracy, hobby i wydarzeń towarzyskich. Polegało na wkłuciach, wizytach u lekarza, przerwach na zastrzyk nawet podczas kolacji w restauracji – bo właśnie wybiła godzina podania hormonów. Wiedziałam, że im więcej pęcherzyków wyhoduję, tym większa szansa na sporo jajeczek. Bo choć zabieg trwał kwadrans, dostałam znieczulenie dożylne. Lekarz, patrząc przez ultra-
sonograf, nakłuł jajniki od strony pochwy, żeby z każdego pęcherzyka (a miałam ich w sumie 11) pobrać płyn, który trafił od razu do laboratorium. Tam embriolog sprawdził, ile komórek jajowych można dać do zamrożenia metodą witryfikacji (w ciekłym azocie, co nie wpływa na ich jakość). U mnie była to szczęśliwa siódemka – mówi. Czy mimo niedogodności zdecydowałaby się na to wszystko jeszcze raz? – Absolutnie tak – uważa Ewa. – Choć nie jest to zabieg, którym od razu pragniesz chwalić się na Instagramie czy Facebooku. Początkowo było to dla mnie bardzo intymne doświadczenie, wiedziała o nim garstka osób. Im chętniej o tym rozmawiałam, tym częściej okazywało się, że wiele dziewczyn też myśli o zamrożeniu jajeczek, tylko nie mają pojęcia, od czego zacząć. Za każdym razem słyszałam to samo: za mało się o tym mówi.
 
Szansa, ale nie gwarancja
Według Marty Górnej Polki powinny mieć wolny dostęp do procedury zabezpieczenia jajeczek. Z różnych powodów – choćby dlatego, że prawo nie pozwala korzystać z in vitro singielkom ani parom jednopłciowym. Gdy dziewczyna, planując ciążę, rozstanie się z mężczyzną, rośnie ryzyko, że nie zdąży zostać mamą. Zanim odzyska równowagę i emocjonalną gotowość na nowy związek, znajdzie odpowiedniego partnera, minie mnóstwo cennego czasu. Dlatego stowarzyszenie od lat działa na rzecz zmian prawnych i walczy o kompleksowe leczenie niepłodności – miesiąc temu wystartowała kolejna kampania społeczna: „Stop dla hejtu na in vitro. Tak dla refundacji”. – Podejmując decyzję o zamrożeniu jajeczek dziewięć lat temu, nie przypuszczałam, że kiedykolwiek będę musiała walczyć o swoje prawa do decydowania o dzietności, a do tego chronić córkę przed stygmatyzacją – mówi Aneta Bąk, która zgadza się wystąpić w tekście tylko pod panieńskim nazwiskiem. Woli nie mówić, gdzie zamroziła jajeczka. Wspomina jednak, że lekarz po zdiagnozowaniu niedrożności jajowodów dał jej ultimatum: albo stymulacja, albo może się pożegnać z myślą o dzieciach. – Miałam 27 lat, kończyłam studia na uczelni w Porto i macierzyństwo nie było w moich planach – wspomina. Zastosowała się do wskazówek lekarskich i dobrze, bo kilka lat później wszystko się zmieniło. Wróciła do Polski, poznała męża i dziś dzięki in vitro mają dwuletnią córeczkę. – Zostały mi jeszcze trzy zamrożone jajeczka. Zastanawiamy się, czy raz jeszcze nie skorzystać z procedury. Jednak jestem przed czterdziestką, boję się, że mogą pojawić się problemy – nie ukrywa wątpliwości. O tych wątpliwościach mówi też Marta Górna, zaznaczając, że nie chodzi o to, by bezkrytycznie promować takie rozwiązanie, bo można wpaść w pułapkę. – Przekonanie: zamrożę, a potem, kiedy zechcę, zostanę matką, to uproszczony i nieprawdziwy obraz. To jest biologia, wiek gra na naszą niekorzyść. Zamrożone komórki mogą dać zarodki, ale nie muszą. Ciąża może być zdrowa, ale nie musi. Nie należy traktować tego jak pewnej polisy ubezpieczeniowej. To jest szansa, ale nie gwarancja – podkreśla. 
Zdaniem Ewy, która zamroziła jajeczka, mimo wszystko lepiej zadbać o to, żeby mieć tę szansę, niż ją przespać. Sama wciąż jeszcze nie wie, kiedy i czy w ogóle z niej skorzysta. – Zagwarantowałam sobie jeszcze sporo lat na podjęcie kolejnej życiowej decyzji i zostanie mamą. A jeśli do tego nie dojdzie? – Nie wszystko w życiu idzie zgodnie z planem czy marzeniami. Ale zawsze dobrze jest mieć wybór.