ELLE: Trudno się z Tobą spotkać. Jesteś w przełomowym momencie kariery? 

BARTOSZ GELNER Zacząłem próby do nowego spektaklu, „Wyczerpanych”, w planach jest już kolejny. Ale ja tego nie nazywam karierą, to raczej naturalny rozwój. Największa zmiana, jaka się ostatnio wydarzyła w moim życiu, to etat w Nowym Teatrze. Jestem tym bardzo podekscytowany, bo to oznacza, że z jednego ciekawego spektaklu przechodzę w kolejny. Tam nie ma innych. 

Krzysztof Warlikowski najpierw zaprosił Cię do udziału w „Kabarecie warszawskim”. Niezły start. Jak tam trafiłeś?

Magdalena Cielecka zobaczyła mnie w kompletnie surowej wersji filmu „Płynące wieżowce”, jeszcze zanim film trafił do kin. I powiedziała o mnie Krzysztofowi. To mnie zbudowało, że właśnie ona mnie dostrzegła. Wszedłem tam już w gotowy spektakl, nie uczestniczyłem w próbach od początku. Pamiętam, jak stanąłem pierwszy raz w tej scenografii, którą przedtem oglądałem z drugiej strony jako widz. Pomyślałem: „To się dzieje naprawdę”.

To było dla Ciebie wyróżnienie, prestiż czy spełnienie marzeń?

Spełnienie marzenia. Pierwszy raz widziałem spektakle Nowego Teatru: „(A)Pollonię” i „Anioły w Ameryce”, kiedy byłem studentem krakowskiej szkoły teatralnej. Czułem, że to jest coś wielkiego, ale też że to mi bardzo pasuje, że to jest właśnie taki teatr, w jakim chciałbym grać. A kiedy widzę coś, co chciałbym mieć, robię wszystko, żeby to osiągnąć. Myślę, że właśnie w taki sposób tworzą się szanse. Kiedy zadzwoniono do mnie z Nowego Teatru z propozycją, akurat jechałem do Łodzi na próby do spektaklu „Samuel Zborowski”. Zawróciłem do Warszawy. 

Grałeś w „Kabarecie” luksusowego geja do wynajęcia.

Po „Sali samobójców”, gdzie całowałeś się z Jakubem Gierszałem. I po „Płynących wieżowcach”, wspaniałej opowieści o miłości dwóch chłopaków. Ile już razy grałeś geja? 

Tylko dwa. W „Sali samobójców” mój bohater wcale nie był gejem, całowanie się z kolegą było prowokacją. Więc zostają „Płynące wieżowce” i „Kabaret warszawski”. Pewnie mocno bym się teraz zastanowił nad zagraniem kolejnej roli geja w kinie. Ale z cennych projektów teatralnych nie chcę rezygnować tylko dlatego, że mógłbym zostać zaszufladkowany. Właśnie przygotowujemy nowy spektakl Krzysztofa Warlikowskiego, z tekstami Marcela Prousta, gdzie snuję się po salonach Paryża. A w Prouście zdarzyć może się wszystko…

Twoje dzieciństwo to lata 90., do których teraz wraca się w nawiązaniach, estetyce, inspiracjach w sztuce i modzie.
Co najbardziej Ci się wtedy podobało?

Pewex w Mikołowie z całą ścianą matchboksów. Wyprawy do kina Kosmos na filmy typu „Quo vadis”. Park chorzowski, w którym były wesołe miasteczko i gokarty. Skate part i deskorolki – złamałem rękę, kiedy chciałem zaimponować tacie, jak dużo się nauczyłem. Katowicki Spodek i koncerty tam – ojciec zabrał mnie na Yesów i Stonesów na stadionie chorzowskim, jak byłem jeszcze bardzo mały. Przysypiałem na barierce. 

Jesteś Ślązakiem?

Jestem. U mnie w domu nie mówiło się po śląsku, choć tata potrafi godoć. Ślązacy mają niesamowitą otwartość. Teraz z Agnieszką (Agnieszką Żulewską, aktorką, dziewczyną Bartosza – przyp. red.) uwielbiamy oglądać „Kuchenne rewolucje” Magdy Gessler. Autentycznie mnie cieszy, kiedy komuś uda się taka rewolucja. Tam jest ten rodzaj determinacji i energii, jaką mają kobiety ze Śląska, które muszą wszystko ogarniać, kiedy mąż jest na szychcie. Podoba mi się świętowanie Barbórki, w tym też jest autentyzm. A teraz, rozmawiając z tobą o śląskości, przypominam sobie, że jadąc pociągiem z Krakowa do Katowic, zawsze mijałem dumny napis: „Strażnicy czarnego złota”. 

Miałeś w rodzinie górników?

Mój dziadek jest emerytowanym górnikiem. Ma na imię Erwin, to typowe śląskie imię. Jak jeszcze pracował, byli z kolegami perfekcyjnie zorganizowani, nie tylko w kopalni. Każdy z nich specjalizował się pod ziemią w czym innym, na powierzchni wyniesionymi narzędziami ­naprawiali urządzenia, mieli swoje warsztaty, zorganizowani jak powstańcy. Dziadek Erwin do dziś bez przerwy coś robi, pogwizdując pod nosem. Babcia spędza czas z koleżankami, żonami górników. To są więzi społeczne na zawsze. 

I znowu wrócę do tematu Twoich ról, ale zachwyca mnie to połączenie, że chłopak ze Śląska gra superseksownego geja w głośnym filmie i w legendarnym teatrze. Jak na to reaguje Twoja tradycyjna rodzina? 

Mnie się to bardzo podoba, że wpuszczam moim tradycyjnym babciom i dziadkom nowy nurt. Babcia się ogromnie cieszy, że gram w „Barwach szczęścia”, to ona jest targetem tego serialu. Z koleżankami z Mikołowa chodzą do kina, oczywiście na Wałęsę czy ostatnio Religę, bo Śląsk. I pewnie nie poszłyby na „Płynące wieżowce”, ale że wnuczek gra, to trzeba. Cieszy mnie, że dzięki temu zobaczyły też taki świat, takie relacje. Owszem, babcia miała uwagi, że palę papierosy czy przeklinam, główny temat pominęła. Ale już to, że zobaczyła ten film, przełamało tabu. Z kolei rodzice przyjeżdżają na moje spektakle do Warszawy, ja ich częściej zabieram do teatru niż oni mnie w dzieciństwie. Tak się dobrze odwróciło. 

Tę niezwykłą urodę dziedziczysz po mamie czy po ojcu?

Koleżanki w szkole podkochiwały się w moim tacie. Ale czy to jest ważne? Ja nie czuję się wcale piękniejszy od ludzi, którzy mnie otaczają. Ostaszewska, Popławska, Stuhr, Cielecka, Poniedziałek, widziałaś, jacy oni są piękni? Grałem w spektaklu „Katastronauci”, który reżyserowała Iga Gańczarczyk, właśnie piękna kobieta. I zawsze mówiliśmy z chłopakami, że najbardziej chcielibyśmy się umówić na randkę z jej mózgiem. 

Studiowałeś w Krakowie, chłonąłeś tam najmocniejsze odkrycia. Ale równie dobrze odnajdujesz się w Warszawie. To nie są zupełnie inne środowiska? 

Kraków był do studiowania boski, nie zamieniłbym tego czasu ani tych doświadczeń na nic innego. Przede wszystkim to było moje pierwsze samodzielne życie, niezależne od domu rodzinnego w Katowicach. Kino Pod Baranami, kino Ars, gdzie można było na sali palić papierosy, filmy, które dopiero uczyłem się oglądać. Bunkier Sztuki, Muzeum Narodowe, Mocak. Odkrywałem inny rodzaj spędzania czasu, swój. Spacery i krakowskie knajpy. Ale po szkole chciałem już z Krakowa uciekać. Przyjeżdżałem do Warszawy na Miodową, do kolegów z Akademii Teatralnej. Do nich zawsze jechało się metrem. Oni do mnie w Krakowie szli piechotą. 

Przygotowując się do naszej rozmowy, zauważyłam, że masz dużą wiedzę na temat kultury, ludzi, wydarzeń. Skąd ta wiedza i jej potrzeba? 

Na początku od rodziców: mama jest lekarzem, ojciec inżynierem. Zastanawiałem się dziś przed naszym wywiadem, jak ci opowiedzieć, skąd mi się w ogóle wzięła ta szkoła aktorska. Ale nie wiem. Nie umiem namierzyć tego genu. Być może jestem otwarty bardziej na pewne rzeczy. Mocno pamiętam, że ojciec mi pokazał film „Łowca jeleni”, polonista „Lawę”, a koleżanka z ławki komiks „Maus”. Że w szkole aktorskiej oglądałem filmy Lyncha i miałem zajęcia z Adamem Nawojczykiem, aktorem Lupy i Warlikowskiego, i jego światopogląd mi się podobał. 

I nigdy nie myślałeś, żeby zostać lekarzem?

Nie. Medycyna nie ciągnęła mnie na tyle, żeby przezwyciężyć trudności z chemią i fizyką. 

A pieniądze? Gadżety? Własne mieszkanie w Wilanowie?

Nie wybierałem studiów pod kątem zarabiania pieniędzy. Jak byłem w podstawówce, mój tata chciał, żebym miał długie włosy, bo wszyscy mieli krótkie. I żebym chodził w rurkach Lee Cooper, więc je miałem. Kupuję to, na co mnie stać, nie próbując wyprzedzić samego siebie i dobrze się z tym czuję. Nie potrzebuję samochodu, mieszkania, a to, co sobie wymyślę, zazwyczaj jest osiągalne. Dla mnie rodzina, bezpieczeństwo, dobre życie nie wiążą się z nowym budownictwem ani Wilanowem. Nie wyznaczyłem sobie planu, że do pewnego wieku powinienem mieć konkretne rzeczy. Cały czas coś osiągam i zmieniają mi się cele, nowe wyzwania, za którymi gonię. Na razie to, co mam, mi wystarcza, wszystko zdobywam we własnym tempie. 

Rozmawiała: Anna Luboń

Niepublikowane zdjęcia Bartosza Gelnera tylko na ELLE.pl