Najpierw zapamiętujesz jej głos. Niski, pewny siebie, sprawczy. Zuza Krajewska wie, czego chce. A właściwie – wie, czego nie chce. Mówi o tym otwarcie, uwielbia twórcze rozmowy, bo pomysł na sesję zawsze rodzi się podczas burzy mózgów. I nawet kiedy koncepcja już jest gotowa, wiesz, że ona ją zmieni. W ostatniej chwili. Oczywiście będzie świetna, odkrywcza, inna niż wszystkie dotąd. Tak właśnie Zuza Krajewska stworzyła swoją markę osobistą. Robiła zdjęcia wszystkim najważniejszym modelkom w Polsce. Jej wystawa „Imago”, dokumentalne zdjęcia młodych mężczyzn z poprawczaka, była pokazywana w Nowym Jorku, Paryżu i Londynie. Sesje gwiazd i artystów – Zuza. Kampanie reklamowe – Zuza. Edytoriale – Zuza. Jest wszędzie. Od lat. Dlatego wybór był oczywisty – to nasza kobieta 30-lecia. 

Słyszałam, że jesteś polską Annie Leibovitz.
ZUZA KRAJEWSKA: To dość proste porównanie: kobieta, aparat plus portrety znanych osób. Pewnie fotografowie mają coś wspólnego w spojrzeniu na ludzi, w odkrywaniu w swoich bohaterach czegoś nieoczywistego. Ale dla mnie Leibovitz jest za bardzo wyreżyserowana. Wolę pójść z aparatem do kogoś do domu i spędzić z nim dzień. Bliżej mi do Juergena Tellera, jego zachwytu ludzką naturą i poczucia humoru.

Czyli fotografka mody.
W Polsce wszyscy tak o mnie myślą i rzeczywiście najczęściej to robię. Ale zawsze skupiam się na kimś, kogo fotografuję. Postać, którą tworzę na zdjęciu, jest dla mnie najważniejsza. Bo tak naprawdę jestem portrecistką. W portretach lubię zobaczyć coś, czego jeszcze nie widziałam. Albo coś, czego osoba, którą fotografuję, jeszcze o sobie nie wie. Patrząc w aparat, wiem, kiedy zdjęcie mnie porusza. Jasne, że moda, kino, popkultura bardzo mnie interesują. Uwielbiam o tym gadać i totalnie mnie to kręci, ale tak najbardziej, najbardziej lubię patrzeć w ludzkie oczy i słuchać prawdziwych historii. Całe moje życie to patrzenie na innych, podsłuchiwanie ich, polowanie na opowieści. To moje „guilty pleasure”. 

Od kogo uczyłaś się obserwować ludzi?
Mój ojciec kolekcjonował „6x9” – stary polski magazyn o fotografii. Pamiętam, jak mając jakieś siedem lat, zobaczyłam w nim projekt dokumentalny Susan Meiselas z Nikaragui: dzieci w karnawałowych maskach z koktajlami Mołotowa. To zostało ze mną na zawsze. Inny obraz, który mocno zapamiętałam, to portret Jane Birkin i Serge’a Gainsbourga z „Playboya” zrobiony przez Helmuta Newtona. Tata przywiózł ten numer z saksów w Londynie. Helmut jest moim idolem od lat, kocham zdjęcie Nadji Auermann z nogami w śrubach! Ale w większości wolę jego fotografie portretowe. Kiedyś byłam na ciekawej wystawie jego prac komercyjnych w Berlinie. Podzielono ją na dwie części: zdjęcia, które robił dla magazynów mody, i te, które chwilkę później robił dla siebie, zdejmując modelce ubrania w tej samej sytuacji. To było bardzo inspirujące. Mam jeszcze jedno ważne wspomnienie z dzieciństwa, trochę późniejszego – queerowe fotografie Nan Goldin. Pokazała nam je nasza polonistka, Maria Morawska, na pierwszej lekcji polskiego w Liceum Sztuk Plastycznych w Gdyni-Orłowie. Wspaniała, światła osoba.

Od dziecka chciałaś zostać artystką?
Podobno od najmłodszych lat zanurzałam się w swoim świecie, rysowałam, odgrywałam sceny filmowe. Zarządzałam też bandą dzieci – malowałam je i ubierałam, kreując różne występy. Kiedy przechodziłam kryzysy egzystencjalne, mój ojciec mówił: „Moim marzeniem było dziecko artysta, nie martw się, coś wymyślimy, pomożemy, rób to”. Rodzice od zawsze mnie wspierają. Kiedy wpadam w panikę, potrafią mnie uspokoić. Znam ludzi, którzy mieli trudne dzieciństwo i wiele osiągnęli. Ja jestem szczęściarą, bo rodzina dała mi wewnętrzny optymizm. Zawsze w trudnych momentach myślę pozytywnie. Jeśli jest coś do wygrania, wierzę, że mogę zwyciężyć. Pozostaje kwestia słuchania siebie, bycia upartym, cierpliwym i pracowitym.

Fotografią zajęłaś się dość późno.
Miałam 28 lat. Wcześniej pracowałam w agencji reklamowej. Zarabiałam niezłe pieniądze i obsługiwałam swoje ADHD imprezami. Siedziałam przez 12 godzin uwięziona przed komputerem, bardzo wtedy przytyłam i nie czułam się szczęśliwa. Byłam też upiorną dyrektorką artystyczną dla fotografów. Jeden z nich, z którym do dziś się kumpluję, powiedział mi po latach, że gdybym była chłopakiem, to skończyłoby się to bójką. I wtedy przyszedł taki moment, kiedy po raz kolejny wzięłam aparat do ręki i zostałam z nim już na dobre. Moja mama miała dwukrotny udar. Jej choroba wywołała we mnie potężny rachunek sumienia. Pomyślałam, że mam 28 lat i nie robię tego, co chcę, nie słucham intuicji. Marnuję czas. To dla mnie do dziś najcięższy grzech. Życie to krótka wycieczka i co, jeśli spotka mnie to, co moją mamę? Wtedy powstał projekt „Urazy” – portrety osób z uszkodzeniami ciała, które Adam Mazur pokazał na wystawie „Nowi dokumentaliści” w Centrum Sztuki Współczesnej „Zamek Ujazdowski”. Portret mojej mamy ze świeżo zoperowaną czaszką to właściwie początek mojej drogi fotograficznej.

Nie słuchasz producentów, wtrącasz się stylistkom, potrafisz fotografować na sesji przez 14 godzin, żeby zrobić to jedno zdjęcie. Mówią, że masz silny, trudny charakter, ale wszyscy chcą z Tobą pracować, bo jesteś genialna. 
Trudno przyjmować mi komplementy, bo nie potrafię ocenić swojej pracy z dystansu, ale bardzo mnie to rozczula, jeśli ktoś lubi jej efekty. Nie wiem też, czy jestem aż taka silna i bezkompromisowa. Postrzegam się raczej jako osobę wyjątkowo delikatną i wrażliwą. Zabawne, jak można być jednocześnie smoczycą i małym króliczkiem (śmiech). Wiele zrozumiałam rok temu, gdy zostałam zdiagnozowana na ADHD. Ile rzeczy wynika z pracy mojego neuroatypowego mózgu. Zaczęłam się uczyć, co mogę zrobić ze swoją naturą i jak odpowiednio budować relacje. Myślę, że idzie mi coraz lepiej, staram się panować nad sobą i bardziej rozumieć ludzkie słabości. Gdy fryzjer komentuje na sesji przy gwieździe, dotykając jej włosów, że nic z nich nie będzie, to już nie gryzę, zła, że bez sensu dokucza, tylko mówię spokojnie: „Słuchaj, zastanówmy się, zaraz to ogarniemy”. 

Co się stało, że się zmieniłaś?
Zostałam mamą. Dzieci zmuszają, żeby komunikować się z nimi, zwracać uwagę na ich emocje. Nauczyły mnie, że jeśli jestem łagodna i je motywuję, a nie strofuję, to jest lepiej. Podobnie jest w większości z dorosłymi. Lubię, kiedy ludzie się mnie nie boją, są ciekawi, dużo od siebie dają i chcą tworzyć. Lepiej dogaduję się z młodszym pokoleniem.

Dlaczego?
Nie mają kompleksów i są otwarci. Słuchają tej samej muzy co ja, oglądają te same rzeczy, mamy podobne kody. Nie boją się, nie mają autocenzury. Chcą chłonąć życie, robić ciekawe rzeczy, czasem bardziej niż te ładne. Lubię spędzać z nimi czas. I lubię to, że oni swój czas szanują. Potrafią wyjechać na dwa miesiące, po prostu się urwać i poszukać siebie lub na chwilę zmienić zawód. Świetni są też komunikacyjnie, bo możesz z nimi rozmawiać o wielu rzeczach bez uprzedzeń. Dzieci internetu.

Lola Banet, Marcin Kempski, Sonia Szóstak, Agata Serge to pokolenie polskich fotografów, którzy robią karierę za granicą. Ty zostałaś.
Super, życie w Paryżu czy Nowym Jorku daje im wiele możliwości, których w Polsce by nie mieli. Myślałam o tym, żeby wyjechać, ale zbiegło się to z pragnieniem bycia mamą. Późno zaczęłam fotografować, więc i karierę miałam z 10-letnim poślizgiem. Zaczynałam w wieku 28 lat, a część tych, o których mówisz, teraz ma tyle i już mieszka w Paryżu. Byłam w momencie, w którym mogłam się tam przenieść – podczas premiery albumu „Imago”. Kris Van Assche, Maurizio Nardi czy Woodkid kupili moje zdjęcia i do dziś kupują, ale ja miałam wtedy 39 lat i chciałam mieć rodzinę. To był czas decyzji – jak nie teraz, to zostanie mi zamrozić jajka i witać się z surogatką. Bardzo chciałam mieć dzieci i wtedy je wybrałam. I mam taką teorię, że jeśli Helmut Newton zrobił „Idące” w wieku 60 lat, Zofia Rydet ruszyła w Polskę też w tym wieku, a Louise Bourgeois miała odchowane dzieci i rodzinne życie za sobą, kiedy oddała się tworzeniu na dobre, to wiele jeszcze przede mną. Wierzę w to bardzo i czuję, że to mój czas. Można sięgnąć po globalnego klienta z poziomu Polski, patrz moja ostatnia kampania YSL Beauty z Darią Zawiałow. Można też podróżować i budować siebie artystycznie na poziomie światowym. To kwestia organizacji. Teraz to możliwe. 

Patrząc na Polki, które fotografujesz, jak zmieniłyśmy się przez lata? 
Prawdziwą zmianę widzę dopiero w ciągu ostatnich 7–10 lat. Popkultura i media w końcu postanowiły spotkać się z kobietami. To jeszcze długi proces, bo jest wiele obszarów niezagospodarowanych – seksualność, macierzyństwo, menopauza. Jesteśmy mało dopieszczone wiedzą, zresztą mężczyźni też. Nie orientują się, co robić z kobietami, jak z nimi rozmawiać, jak funkcjonować bez tych fasadowych popisów. W ciągu kilku ostatnich lat zaakceptowaliśmy osoby większych rozmiarów, innych ras, innej urody, płci – ale to się dopiero zaczyna. I ciekawe, czy nie będzie od tego odwrotu. Ostatnio koleżanka mówiła mi, że w LA są dzielnice, w których nie ma brzydkich ludzi. Trochę przerażające, prawda? Chciałabym to zobaczyć i poczuć, jak się z tym mam. Na razie jeszcze nie wiem, co o tym myśleć. Bo modne dziś słowo „diversity” nie jest tylko o akceptowaniu tego, jacy jesteśmy z natury. Diversity to wolność wyboru, jak chcemy wyglądać i żyć.

Ostatnio sama przeszłaś metamorfozę. 
Rozstałam się z partnerem i pół roku później przyszła pandemia. W tym momencie wyciszenia stało się dla mnie jasne, że trzeba się obudzić. Oczywiście nie było tak, że wstałam rano i pomyślałam, że teraz będę mieć ciemne włosy, schudnę 17 kg, zacznę dobrze spać i trzy razy w tygodniu uprawiać sport. Ale pamiętam pierwszą myśl, że muszę być dla siebie czulsza. Po czasie spędzonym w pandemii z dziećmi i dwoma przyjaciółmi gejami, którzy z nami mieszkali, założyłam konto na Tinderze i zaczęłam odbudowywać kobiecość. Obiecałam sobie, że teraz wygląd mojego ciała, mój seks, dbanie o wewnętrzny spokój, moje doświadczenia będą kluczowe. Zmiana, zmiana, zmiana. Czas ma dla mnie ogromne znaczenie. Poczułam, że nie mogę odkładać planów na kiedyś. Nie mam takiego wzorca z domu, że trzeba w pokorze iść za korowodem umęczonych owieczek ku wielkiemu końcowi. Macierzyństwo i rozstanie z partnerem doprowadziło mnie do stanu, którego nie chciałam. Dlatego myśląc właśnie o swoich dzieciach, wróciłam do wersji siebie, którą lubię, znam i o której wiem, że chcę, żeby była ze mną. Wcześniej nigdy w życiu nie poświęciłam tyle uwagi sobie samej co teraz. I właściwie dopiero w tym roku, kiedy Teo ma pięć lat, a Lula osiem, poczułam, że zasypiając i budząc się, nie myślę tylko o nich. Mam czas dla siebie, przestrzeń, by pomyśleć, co zrobić, co mnie interesuje, co przeczytać, czego się nauczyć. Jestem mocno skoncentrowana na działaniu. Piszę scenariusz do serialu, planuję nowy album, myślę też o biznesie dotyczącym ludzkiej intymności. Nie jestem już tylko w macierzyństwie, idę w swoim kierunku.

To jest mój czas. Czuję, że jestem teraz najlepszą wersją siebie.

Fotografowanie to trudny zawód dla kobiety?
To, co może być trudne, to odsłanianie się przed publicznością, bycie słyszalnym, praca z emocjami innej osoby. Ale to nie ma nic wspólnego z płcią.

Kiedyś to, czy modelka ma ciekawą osobowość, nie było aż tak istotne. 
W tej chwili najważniejsze jest to, czy ktoś jest hot. I nie chodzi tu o fizyczność czy aurę, ale o to, kim się jest. Nie masz być tylko magnetycznym zwierzęciem na sesji i muzą. Liczy się, czy masz pasję i na Instagramie pokazujesz, że po godzinach jesteś didżejką, jaki masz lifestyle, co cię interesuje, skąd pochodzisz. Fajne czasy. Uczciwsze. Zobacz, nawet polskie gwiazdy stały się bardziej otwarte, mówią w mediach o trudniejszych rzeczach, jak np. usunięcie ciąży, późne macierzyństwo, przemoc. To realne historie, które przeżywamy, które dotyczą nas, ludzi. Musimy być prawdziwsi, w końcu. To naprawdę fajne.

Ciekawe, że sama fotografia tak bardzo się nie zmieniła.
Być może się zmieni, bo trendy światowe są widoczne – narzędzia i media wciąż ewoluują. Pamiętajmy jednak, że jako ludzie uwielbiamy patrzeć na innych, przyglądać się im i tego właśnie nie jesteśmy w stanie wygenerować w żadnym programie ani wymyślić. Każda osoba jest niepowtarzalnym zbiorem cech. Chcemy się jej przyjrzeć, zobaczyć ją z bliska. Aparat nadal ma sens. Z kolei fotografia na pewno zmienia swoje miejsce. Zobacz, jak niewiele gazet zostało w Polsce. Oczywiście wystarczy pojechać do Berlina, tylko pięć godzin drogi z Warszawy, i masz księgarnię, w której jest 30 niszowych magazynów, ale im też jest już trudniej. 

A jak to wygląda u nas? 
Nasz rynek jest lokalny i malutki. Mamy kilka dużych firm, które nim rządzą. Tyle że one nie tworzą progresywnych treści, tylko odtwarzają światowe trendy, bo tego oczekują ich odbiorcy. Polski rynek jest specyficzny. Kiedy dziewczyny z Paryża wydały mój album „Imago”, polskie wywiady w kontekście tej publikacji miały jeden przekaz: „Fotografka celebrytów fotografuje chłopców z poprawczaka”. Kiedy pokazywałam tę wystawę w Paryżu, Londynie i Nowym Jorku, nikt o tym nawet nie wspomniał. Istotne było to, że ta opowieść była uniwersalna i wzruszająca. W Nowym Jorku usłyszałam od swojej kumpelki Shoplifter, że gdybym mieszkała tam wtedy na stałe, to pewnie zgłosiłaby się do mnie jakaś marka, żeby zrobić dla niej projekt komercyjny w klimacie „Imago”. Co roku będąc w jury konkursu KTR, nie mogę się doczekać nowych, ciekawych osobowości w polskiej fotografii i cieszę się, że dzięki internetowi widzi ich cały świat. 

Którą ze swoich sesji do ELLE zapamiętałaś najbardziej?
Kiedyś zrobiliśmy z Julią Banaś sesję wyborczą, w której ona odgrywała rolę reporterki sejmowej. To fajne wspomnienie. Od lat lubię ELLE za to, że u was kobiecość jest wciąż aktualna, podkreślacie ją, pielęgnujecie, jesteście blisko dziewczyn. Znam wiele podobnych do tych, o których piszecie, które pokazujecie. To ważne, bo w Polsce wciąż jest mało popularnych mediów mówiących o dziewczynach dla dziewczyn.