Feministki mają lepszy seks?
Agata Loewe A co to właściwie znaczy „lepszy seks”?

Świadomy, różnorodny, radosny. Wynikający z wolności. 
Przychodzą do mnie różne kobiety, ale nie mam poczucia, że samo wyemancypowanie ma wpływ na lepszy seks. Przede wszystkim najprostsza definicja feminizmu oznacza równość – niezależnie od płci mamy mieć taki sam dostęp do edukacji, opieki społecznej, zarobków. Nie jest to nic ekstrawaganckiego, prawda? Ale jeśli przenieść to, co oficjalne, publiczne, do przestrzeni prywatnej, czyli sypialni, to od razu zaczyna wyglądać ciekawiej. 

Dlaczego? 
Bo feministki oczywiście mogą być bardziej chętne w kontekście rozwijania swojej seksualności, ale nie muszą. Część poszerza swoje horyzonty, wie, że spektrum jest duże: celebruje przyjemność, otwiera związki, poznaje trójkąty erotyczne czy BDSM. Ale część zatrzyma się na przekonaniu, że dobrze jest, jak jest, i nie będzie szukać większego szczęścia. Powie: „Jeśli partnerowi jest dobrze, to mnie też. Orgazm to fanaberia”. Takie rzeczy słyszę często, niezależnie od frakcji politycznej. 

Moje myślenie na ten temat jest bardzo proste: kobiety z pokolenia naszych matek często żyły z jednym mężczyzną, od którego były uzależnione ekonomicznie. I nie wydaje mi się, żeby traktowały seks zbyt ekstatycznie. Ich córki, które mają dziś 30, 40 lat, są bardziej niezależne, mają inną pozycję społeczną, mogą wybierać, więc czerpią z tej sfery więcej. 
Oczywiście – jedno z drugim koreluje, ale niekoniecznie jedno na drugie zawsze musi wpływać. Możemy sobie wyobrazić śląską kobietę 30 lat temu, która – mimo że była gospodynią domową – miała coś do powiedzenia w sypialni. I dziewczynę dziś, w dużym mieście, która odtwarza scenariusz porno w łóżku, bo myśli, że to ucieszy jej kochanka. 

Oczywiście. Ale żadna z nich raczej nie jest feministką. 
Dlaczego nie? A jeśli to, jak żyją, to był ich wybór? Feminizm to nie jest jednorodna magma – feministki różnią się między sobą. I ich poglądy na sprawy związane z seksem też. Coraz więcej badań pokazuje, że zachowania seksualne kobiet zmieniają się wprost proporcjonalnie do poziomu zarobków. Jest różnica w cieszeniu się seksem, gdy kobieta sama kontroluje swoją płodność, decyduje o tym, kiedy, jak i z kim chce być seksualna. Zapraszam na warsztaty nauczycieli, edukatorów i seksuologów z całego świata. Od jakiegoś czasu regularnie przyjeżdża do nas Deborah Sundhal, która uczy kobiety ejakulacji i odkrywania punktu G. Mówi, że jak prowadzi zajęcia w Szwecji czy Wielkiej Brytanii, to tam jest wesoło, kobiety się śmieją, reagują pozytywnie. A u nas jest jeden wielki płacz. Obszar miednicy okazuje się miejscem, w którym kumulują się traumy, a nie radość i ekstaza. Nie wykonałyśmy jeszcze pracy u podstaw związanej z naszymi ciałami, nie mamy bazowej wiedzy. Przyjemność jest postrzegana wciąż jako nieprzyzwoita, egoistyczna, niezbyt katolicka. Kobiety w Polsce ciągle są zawstydzone i zawstydzane. 

Wystarczy napisać na Tinderze, że szuka się wyłącznie seksu, a nie miłości na całe życie, i od razu mężczyźni stają się wulgarni. 
I bez pytania wysyłają zdjęcia penisów. Ciągle chcą pokazywać kobietom, gdzie jest ich miejsce, żeby tylko nie sięgały po większy orgazm, lepsze doznania. Więc dziewczyny, by nie zawstydzać swoich partnerów, nie mówią, że chciałyby coś zmienić. A poza tym często nie wiedzą, że może być lepiej. Bardzo zaskoczyły mnie badania, według których na pytanie, co było dla ciebie dobrym seksem, mężczyźni odpowiedzieli, że orgazm, a kobiety, że brak bólu. Aż ciarki przechodzą, jaka to jest dysproporcja. Kobiety doświadczają dyskomfortu na wielu płaszczyznach i nie mówię tu nawet 
o cierpieniu związanym z przemocą, tylko o codziennych bolączkach: niezbyt nawilżonej pochwie, niewystarczającym rozluźnieniu, stresie, braku orgazmów i wreszcie – braku ochoty na seks. To jest przestrzeń, w której wartości feministyczne bardzo by się przydały. Tylko że wtedy kobieta musiałaby zacząć wymagać, wziąć odpowiedzialność 
za własną przyjemność. 

I co w tym strasznego?
Nic. 

To dlaczego kobiety tego nie robią?
Bo funkcjonują w tradycyjnych rolach – mężczyzna jest zdobywcą i inicjatorem, ma czytać w ich myślach. Czasem boją się być wyśmiane, odrzucone. Z różnych powodów decydują się nie inicjować, nie komunikować, co jest dla nich dobre, a co nie. Zdarza się, że seks spełnia funkcję „nagroda za nagrodę”: „Dziś był lodzik, to teraz ty spełniasz moje oczekiwania”. 

Jedziemy do Ikei. 
A jak nie pojedziemy, to jutro seksu nie będzie. Żyjemy w społeczeństwie patriarchalnym, w którym praca mężczyzn liczy się bardziej niż to, że kobiety zajmują się dziećmi. Także synami. Nadal słyszę u swoich koleżanek taką narrację: „To jest mój mały książę, w przyszłości będzie królem i zacznie łamać serca dziewczynkom! Mama zrobi dla niego wszystko, żeby miał lepszy start w świecie: wyprasuje, ugotuje, posprząta, bo przecież książę musi iść i zdobywać nowe krainy!”. A jak książę dorośnie i spotka dziewczynę, która po nim posprząta, i taką, która powie: „Stary, każdy sprząta w tym domu po sobie”, to którą wybierze? No właśnie. 

Zgroza. 
W dzisiejszym świecie idealne kobiety dla tych chłopców to roboty, lalki, sztuczne kochanki. Jak jej dotkniesz, ona mówi: „Jesteś najseksowniejszy i najwspanialszy, jesteś po prostu cudowny!”. Niekończące się komplementy i zero oczekiwań niesamowicie wpływają na chłopięcy narcyzm. To niezbyt poprawne, ale myślę, że właśnie kobiety, a nie patriarchat wychowują mężczyzn pozbawionych kompetencji społecznych, niewiedzących, jak zainteresować dziewczynę. Zwłaszcza feministkę. Bo skąd mają wiedzieć? Wszystko zawsze robiła za nich mama.

Najbardziej feministyczne byłoby inne wychowywanie chłopców.
Feministyczne byłoby wychowywanie dzieci w duchu równości i partnerstwa. Tymczasem, ostatnio głośno jest o ruchu Incel (z ang. involuntary celibate, celibat nie z własnej woli) – mężczyzn, którzy oficjalnie nienawidzą kobiet, po prostu uznają, że nie są godne, żeby żyć. W Kanadzie doszło już do pierwszych aktów przemocy. Te skrajności naprawdę zaczynają rozkwitać. Polecam serial „Dietland”. Jego bohaterką jest kobieta XXL, która przez całe życie próbuje schudnąć – z jednej strony chce wyglądać jak inne, szczupłe dziewczyny, z drugiej gardzi tymi, które odchudzają się po to, żeby podobać się facetom. I zaczyna się akcja Jennifer, analogiczna do #metoo. Kobiety biorą sprawy w swoje ręce: zabijają swoich gnębicieli, straszą ich, atakują. Ten serial świetnie pokazuje, jak łatwo wpaść ze skrajności w skrajność. Myślę, że Polki wciąż nie chcą nazywać się feministkami, ponieważ boją się takiej właśnie radykalizacji. 

Istnieją konkretne zachowania seksualne, których feministki się brzydzą?
Znam kobiety, które nie uprawiają seksu oralnego, bo nie chcą klęczeć przed facetem. Nie wybiorą też seksu od tyłu, bo to według nich powtarzanie modelu z mainstreamowego porno. Z preferencjami trudno dyskutować, zwłaszcza jak znajduje się partnerów, którym to odpowiada. Najważniejsza jest umiejętność wyodrębnienia siebie jako jednostki w tej seksualności. To znaczy: jestem ja, jesteś ty, razem decydujemy, co chcemy robić. Kiedy mamy ochotę na realizowanie się w sferach intymnych, polecam zostawiać politykę za drzwiami. Wciąż nie jest to oczywiste, że jak mężczyzna zaprasza dziewczynę na drogą kolację, to ona może się czuć świetnie bez konieczności „odwdzięczania się”. Albo że relacje seksualne nie powinny służyć wskakiwaniu na inny szczebel społeczno-towarzyski. Ewentualnie międzynarodowy, bo Polki wciąż chętnie emigrują na Zachód. Pozytywem jest to, że spotykają tam bardziej wyzwolone kobiety i same w końcu uznają to za normę. Albo idą krok dalej i odnajdują seksturystykę. Wybierają ją zamiast związków, bo stwierdzają, że już nie chcą użerać się z mężczyznami. 

To nie brzmi zbyt feministycznie. Wszystkie formy seksu związane z pieniędzmi są uznawane za niesprawiedliwe, często związane z wyzyskiem. 
Istnieje taka frakcja feminizmu, według której każdy seks komercyjny jest społecznie szkodliwy. Jest też frakcja pozytywna, która powie: „Jeśli obie strony się na coś godzą, biorą za to odpowiedzialność, to OK”. Poza tym jest coraz więcej kobiet, które wchodzą w seks komercyjny dla przyjemności. Tworzą całe biznesy – uprawiają masturbację przed kamerą, zarabiają na tym i są zadowolone. 
To dla nich forma emancypacji. Ich ciało, ich decyzja. 

A oglądanie mainstreamowego porno? Czy to antyfeministyczne? W latach 70. niektóre feministki były w tej kwestii bardzo ostre. Gloria Steinem mówiła: „Kobieta, która ma w domu »Playboya«, jest jak Żyd, który ma na stoliku »Mein Kampf«”. A Robin Morgan: „Pornografia to teoria, gwałt to praktyka”. Dziś patrzy się na pornografię łaskawiej, ale jednocześnie podkreśla podległą rolę kobiety. 
Porno to zabawa konwencją, fantazja, gra. Nie rzeczywistość. Konserwatywne feministki w latach 70. zupełnie tego nie zauważały. Zresztą do dziś nie uznaje się za oczywiste tego, że fantazje nie muszą być poprawne politycznie. I zwykle nie są – często wybieramy to, co jest po przeciwnej stronie. Feministka też może marzyć o tym, że jakiś blokers przyprze ją do muru i wytarmosi za włosy. Albo że z ciężarówki wyskoczy 20 żołnierzy i dokona gang bangu. Co oczywiście nie znaczy, że marzy o spełnieniu tej fantazji. Porno pokazuje jakiś wycinek naszych preferencji, a one nie mają nic wspólnego z poglądami. Polecam filmik, w którym dziewczyna chce, żeby jej chłopak potraktował ją jak urynał miejski, sikał na nią i ją wyzywał. A on jest feministą i nie może tego zrobić. „To ty mnie zeszmać i obsikaj! Mnie nie wypada!” – w końcu krzyczy. Nie rozumie, że jej zupełnie nie o to chodzi. To bardzo zabawne przedstawienie fantazji i niemożności jej zrealizowania właśnie w ramach konkretnej polityki. 

A co z dominacją? Mam wrażenie, że coraz więcej kobiet – niezależnych zawodowo, na stanowiskach  – jest zmęczona rządzeniem i chce być uległa w łóżku. 
W tej kwestii jestem ostrożna, zwłaszcza odkąd pojawiły się książki o Greyu. Bo jeśli to jest preferencja kobiety i dzięki lekturze ją zrealizowała, to super. Ale jeżeli to jedyna forma, żeby ona poczuła siłę partnera, jego męskość, bo w jej poczuciu na żadnej innej płaszczyźnie on tej siły nie ma, to znaczy, że w tym związku czegoś brakuje, że tam partnerstwa po prostu nie ma. I BDSM w niczym nie pomoże. 

A kobiety, które mają wszystko oprócz miłości? Seksuolożki często opowiadają o tym, że w ich gabinetach pojawia się coraz więcej niezależnych, bogatych, pięknych kobiet, które nie mogą znaleźć  partnera. To feministki? 
Nie wszystkie kobiety szukają miłości. Niektóre są w konflikcie – chcą być kochane i niezależne. Czasami brakuje im pewności siebie, część uważa, że z jakiegoś powodu nie jest wystarczająco atrakcyjna. Zdarza się, że z lęku przed intymnością, bo ona przecież oznacza zobowiązanie, zrobienie dla kogoś przestrzeni, bliskość. A one chcą być w kontrze do swoich matek. Myślą: „Nie będę sprzątać, gotować, o nie!”.

A już na pewno nie będę udawać orgazmu. 
Feminizm to tworzenie związków partnerskich opartych na równości i uważności na swoje potrzeby, rozmowie o tym, co sprawia nam przyjemność. A związki w patriarchacie – na stałym, stosunkowo sztywnym podziale ról. I jeżeli kobieta bezrefleksyjnie tym podziałom ulega, to nie dba o swój orgazm. Może przyjąć zasadę: „Fake it until you make it!” – jak się bardzo zmusisz przy fałszywych piskach i wrzaskach, to może w końcu się uda? Oczywiście żartuję. W związkach, w których męska przyjemność jest najważniejsza, kobiecy orgazm jest drugoplanowy. 

Dlatego właśnie myślę, że odpowiedź na moje pierwsze pytanie brzmi „tak”. Feministki mają lepszy seks. 
Przy założeniu, że robią wyłącznie to, na co mają ochotę za zgodą wszystkich zaangażowanych stron. Moje ciało, mój wybór. Na to mogę się zgodzić.