Odessa Film Festival 2019 rozpoczął się od wystawnej gali z czerwonym dywanem i plejadą ukraińskich gwiazd, minikoncertem Jamali oraz projekcją filmu "La belle epoque". Zanim jednak mogliśmy obejrzeć produkcję w reżyserii i według scenariusza Nicolasa Bedosa w Teatrze Opery i Baletu przyznano statuetkę Złotego Księcia ("Golden Duke") reżyserowi Mike'owi Leigtowi. 76-letni Brytyjczyk ma na swoim koncie takie dzieła jak "Sekrety i kłamstwa", "Kolejny rok", "Happy-Go-Lucky, czyli co nas uszczęśliwia", czy "Vera Drake". Ostatni, "Peterloo" będzie można zobaczyć również w Odessie. Ukraiński festiwal postanowił uhonorować zasługi Leighta, który w trakcie swojej kariery zdobył siedem nominacji do Oscarów, trzy statuetki BAFTA oraz dwie Złote Palmy w Cannes. Dlaczego przyjechaliśmy do Odessy? W tym roku tutejszy festiwal filmowy zorganizowano po raz 10 i jest to jedno z największych wydarzeń tego typu w Europie Wschodniej. To właśnie tu zostaną zaprezentowane nowe dzieła Jima Jarmusha, Pedro Almodovara, czy Kena Loacha. Na dodatek, oficjalna premiera "La belle epoque" przypada na początek listopada, a Odessa jest po Cannes drugim festiwalem prezentującym film Bedosa.

"La belle epoque" na Odessa Film Festival. Nasza recenzja filmu

A gdyby tak wrócić do przeszłości? Do czasów kiedy czuliśmy się szczęśliwi i byli młodzi? Nie, to nie jest wstęp do kolejnego filmu z gatunku science-fiction. Na tym koncepcie opiera się pewna francuska firma. Za kilka tysięcy euro możemy przenieść się do czasów Napoleona lub Marii Antoniny, Niemiec z lat 40., spotkać ze zmarłym ojcem lub Ernestem Hemingwayem, a nawet wrócić do ważnych dla nas chwil sprzed kilku dekad. Wszystko dopracowane jest w jak najmniejszych szczegółach. Scenografia, kostiumy, aktorzy. Na poczet sceny, organizatorzy mogą nawet w gigantycznej hali wybudować część miasta. To jak film, tylko bez kamer, a my jesteśmy głównymi bohaterami. Po prostu wybieramy kim chcemy być przez kilka godzin i gdzie ma rozgrywać się ta scena. 

Zaproszenie na taką atrakcję otrzymał Victor (w tej roli Daniel Auteuil), popularny w latach 80. rysownik, dziś bezrobotny twórca komiksów. Mężczyzna nie może odnaleźć się w panujących właśnie zdigitalizowanych czasach. Nie rozumie popularności platform streamingowych, samochodów przyszłości (jego żona jeździ Teslą), czy relaksowaniu się przy pomocy technologii VR. Denerwują go również czujki dymu i zakazy - już nigdzie nie można palić! Kiedyś było lepiej. Żyło się łatwiej. Marianne (Fanny Ardant), żona 60-kilkulatka, to jego przeciwieństwo. Jest odnoszącą sukcesy terapeutką (uwielbia cytować Freuda), która prowadzi również terapie online. Klienci na podstawie algorytmu otrzymują odpowiedzi, a nawet rady na swoje problemy. Kobieta śmieje się z męża, uważa go za nieudolnego starca, a sama twierdzi, że wiek nie ma znaczenia, przecież można zrobić jeszcze tak wiele. Nie ma problemu ze zdradzaniem Victora, a jej kochankiem jest... przyjaciel męża, również terapeuta. Jest też syn, odnoszący sukcesy w branży filmowej (tworzy produkcje dla platform streamingowych) mężczyzna. Wydaje się być bardzo związany ze swoją nowoczesną matką, ale marzy o tym, żeby pracować z ojcem-artystą. To właśnie on przekazuje Victorowi zaproszenie do wzięcia udziału w tym niezwykłym projekcie autorstwa Antoine (Guillaume Canet), przyjaciela z lat dziecięcych. Dziś dorosły mężczyzna pragnie podziękować Victorowi za pomoc. "To on zmienił moje życie" - przyznaje w jednej ze scen. Teraz to Antoine zamierza zmienić życie starszego mężczyzny, uważającego że nic dobrego już go nie czeka. Victor pod wpływem pewnych wydarzeń postanawia skorzystać z okazji i "wrócić" do 1974 roku, gdy mieszkał w Lyonie. Dlaczego wybrał ten moment? Wtedy właśnie poznał miłość swojego życia i "gdy bycie sobą nie było jeszcze tak okropne"...

"To film o przemijającym czasie i miłości. Będziecie się śmiać, ale i smucić" - powiedział reżyser "La belle epoque" w wideo wyświetlonym przed projekcją filmu.

Koncept filmu Nicolasa Bedosa doskonale pokazuje problem dzisiejszego społeczeństwa. Żyjemy w czasach, gdy technologia rozwija się w zawrotnym tempie. Co chwilę wprowadzane są nowe aplikacje, urządzenia, kanały społecznościowe i platformy. Życie wygląda zupełnie inaczej niż pięć czy 10 lat temu. Ludziom, zwłaszcza tym trochę starszym, coraz trudniej idzie podążanie za tym postępem. Zmieniły się również relacje międzyludzkie. Mniej rozmawiamy ze sobą, twarzą w twarz. Niezrozumienie panujących reguł prowadzi do rozdźwięku, co widać na przykładzie małżeństwa Victora i Marianne. Czy powrót do szczęśliwych chwil sprzed dekad to dobry pomysł? Znów możemy poczuć się młodo, gdy świat stał przed nami otworem, a za rogiem czaiła się miłość. Niektórym to tak "pomaga", że nie chcą wrócić do szarej ponurej rzeczywistości. Zrobią wszystko dla tych chwil, również ulotnych. Zapłacą każdą sumę, żeby znów odtworzyć scenę z przeszłości. To przypomnienie może rozwiązać pewne życiowe problemy, uzmysłowić co kiedyś było ważne i o co się walczyło, ale też zaburzyć naszą egzystencję. Granice pomiędzy prawdą a fikcją rozmywają się. Z drugiej strony mamy postać narcystycznego Antoine, scenarzysty i reżysera odpowiedzialnego za sukces tego projektu, który nie radzi sobie z emocjami i chciałby żeby wszystko odbywało się według jego zasad. Scena zaaranżowana dla Victora pokazuje mu, co może za chwilę stracić i że nie wolno sterować drugim człowiekiem. Zwłaszcza w prawdziwym życiu. 

Bedos w prosty i często zabawny sposób pokazuje widzom o czym nie powinniśmy zapominać i jak ważne są relacje. Obojętnie czy wchodzimy dopiero w wiek dorosły, odnosimy sukcesy, czy młodość jest już dawno za nami, a dzisiejszy świat po prostu przeraża swoim tempem. 

Pojawia się też wątek polski, ale nic więcej nie zdradzimy - po prostu musicie obejrzeć "La belle epoque".