Damian Gajda, ELLE: Jesteś w trakcie prób do sztuki „Judasz” w reżyserii Adama Sajnuka, na podstawie prozy Amosa Oza. To odważny i bezkompromisowy tekst, obnażający uniwersalne prawdy o ludzkich charakterach. Jakie cechy ma Twoja bohaterka, Atalia? 
 
Kamilla Baar: O Atalii można mówić albo dużo, albo mało. Ja unikam analizowania tej postaci, wolę, by widz sam ją dla siebie odkrył. Moja bohaterka jest czterdziestoletnią wdową. Straciła ukochanego męża na izraelsko-palestyńskim froncie. To kobieta wolna, żyjąca na swoich zasadach. Silna i wyrazista osobowość, pozbawiona złudzeń, kłamstwa, do bólu szczera pacyfistka żyjąca w męskim świecie. 
 
Polubiłaś ją? W powieści jest wyobcowaną, pełną zimnej ironii, piękną i zmysłową femme fatale, o której obsesyjnie marzy Szmueal Asz.  
 
Polubiłam. Staram się rozumieć. Przez pryzmat losu i doświadczeń podziwiam to, jak żyje i radzi sobie po stracie ukochanego. Nieustannie pracuje, obserwuje i próbuje odnaleźć się w samotności, która jest jej wyborem. Jednocześnie staje się "nauczycielką dojrzewania” dla młodego studenta, który trafia do jej domu. To specyficzny miejsce, gdzie mieszka troje ludzi z różnych pokoleń – dojrzały mężczyzna po 70., kobieta w wieku 40 lat i młody chłopak. 

Co Szmuelowi się w niej podoba? 
 
Atalia ma to „coś”. To kobieta, która wie, czego chce, nie kokietuje, jest prawdomówna. Nie traci energii na zbędne emocje, jest zanurzona w „tu i teraz”. Patrzy ludziom głęboko w oczy i szuka porozumienia. A jeśli go nie znajduje, po prostu odchodzi. Nie zabiega o niczyją uwagę.  

Jakie kobiety Cię inspirują albo jaką kobietę chciałabyś zagrać? 
 
Lubię obserwować dojrzałość. Interesuje mnie ten stan spokojnego samostanowienia o sobie. Taki proces poznawania siebie, akceptacji, pogodzenia.  

Pytam Cię o kobiety nieprzypadkowo, bo grasz też w „Kobiecie i życiu”. To sztuka Maliny Prześlugi, inspirowana żalem, bezsilnością, niezgodą. Mająca źródło w bieżących wydarzeniach, ale też w biografiach wielu anonimowych kobiet. Na ile tak zwany „głos kobiet” jest Ci bliski? 
 
Ten tekst odważnie opowiada o tym, co znaczy być dzisiaj kobietą w Polsce. Od dziecka przechodzimy przez proces nadawania nam określonych funkcji - córki, uczennicy, żony, matki. Ten stereotyp jest nam dobrze znany. Malina pokazuje, jak to boli, jak „traumatyzujący” potrafi być format, w który od pokoleń my, kobiety, jesteśmy bez naszej woli wtłaczane. Sztuka stawia pytanie: gdzie pokolenia kobiet popełniają błąd – godzą się, by w efekcie nie czuć się dobrze we własnej skórze? Kiedy następuje ten moment, zaburzenie w budowaniu kobiecej siły, pewności oraz satysfakcji z tego, że jest się kobietą? 
 
Jak Ty odpowiadasz na te pytania? 
 
Myślę, że klucz tkwi w zrozumieniu tego, że tylko my ponosimy odpowiedzialność za swoje życie. To kwestia odwagi i samodzielności, a nie zrzucania odpowiedzialności na innych. Mam nadzieję, że ten tekst sprawi, że kobiety zaczną myśleć o sobie inaczej. Że nie chcą być kolejnymi ofiarami, które czują się źle w swoim życiu. A jeśli taki jest, powinny metodą małych kroków to zmieniać. Stanąć przed lustrem, spojrzeć sobie w oczy i powiedzieć: "to jest moje i tylko moje życie, kocham je na moich zasadach”.  

Czy sztuka ta dedykowana jest wyłącznie kobietom? 

Mam nadzieję, że wzruszy i wybudzi ze strefy komfortu niejedną osobę, niezależnie od wieku i płci. Ten tekst i spektakl ma szansę zadać nam na nowo pytania w jakim stereotypie funkcjonujemy – w relacjach w pracy, domu, rodzicielstwie, macierzyństwie czy też w przyjaźni – i czy przypadkiem nie mamy tam do wykonania jakiejś „pracy”. 
 
Dużo rozmawiamy o teatrze, który stał Ci się teraz szczególnie bliski.  
 
Teatr jest dla mnie wyjątkowy. Jeśli mam szczęście wybrać przedstawienie, które zaowocuje z pytaniami, które sobie aktualnie zadaję – wtedy czuję, że sztuka realnie oddziałuje na moje życie. Inspiruje mnie do zmian i jeszcze większej ciekawości. 
 
A jaki teatr lubisz? 
 
Lubię teatr psychologiczny, lubię dobrą literaturę, lubię piękno słowa. Teatr, w którym aktor eksperymentuje sam ze sobą i w sposób odważny poszukuje. Czasami lubię aktorstwo wyraziste, obnażające, a czasami subtelne granie przenosi mnie w rejony metafizyczne. Lubię Czechowa, Szekspira, Levina, Bernharda i lubię, kiedy reżyserzy rzucają się na „duże sprawy”, pokazujące złożoność ludzkiej natury. Nie przepadam za wielkimi inscenizacjami, video-artem i efekciarstwem.  
 
Dlaczego? 
 
Bo coraz bardziej pociąga mnie skromność i intymność. Oczywiście wspaniale, jeśli inscenizacja jest połączona z wewnętrznym światem bohaterów, a spektakl daje pole do kreacji aktorom. Lubię w teatrze wzruszyć się i śmiać. Jak przy dobrej książce.