To była decyzja Krzysztofa, żeby udzielić wywiadu ELLE. Od 14 lat, czyli od kiedy jest w związku z Robertem, przygląda się z boku jego medialnym potyczkom. Jako prawnik zajmujący się sprawami dyskryminacji uznał, że nie chce dłużej wstrzymywać się od głosu. – Pomyślałem, że kiedy, jak nie teraz? To jest taki moment społeczny i polityczny, że możemy wzmocnić innych. Pokazać się wspólnie w sytuacji, kiedy ktoś nie fotografuje nas z ukrycia, tylko my sami dajemy na to zgodę – podkreślał. Wybrał ELLE ze względu na cykl „Układ idealny”, który zainaugurowaliśmy w zeszłym roku wywiadem z Anką i Wilhelmem Sasnalami. Obaj lubią jego malarstwo, z uwagą śledzą rynek sztuki. Na ścianie mieszkania Roberta w Słupsku, gdzie rozmawialiśmy, wisiał kolaż Janka Dziaczkowskiego – młodego artysty tragicznie zmarłe- go w górach cztery lata temu. Ale wywiad rozpoczęliśmy jeszcze w Ustce, gdzie na plaży odbyła się sesja. Podczas obiadu w restauracji rybnej Robert gładko przełykał śledzie i szprotki, ale robił wszystko, żeby rozmowa stanęła nam ością w gardle, żeby tylko – czego najbardziej się oba- wiał – nie było „słodko”. Ironizował, żartował, droczył się z Krzysztofem: „Może ty to opowiedz, jestem ciekaw, co powiesz”. Krzysztof: „Chciałbym ciebie usłyszeć”. Robert: „Nie, ja to opowiadałem już wielokrotnie, teraz ty”. W końcu Krzysiek, który w przeciwieństwie do mnie cierpliwie znosił te wybryki, skomentował: „On tak mówi dlatego, że nie jest osobą wylewną”. A protesty Roberta („Jak to nie? Ja nie jestem wylewny?!”) pod- sumował: „Możesz mówić dużo o tym, co robisz w polityce, ale masz miękkie podbrzusze, kiedy ktoś pyta cię o prywatne sprawy”. I dodał: „Dla mnie to jest ważne spotkanie i ważne, że ty jesteś obok”.

Oglądałam na YouTube debatę przedwyborczą kandydatów na prezydenta Słupska. Cały czas wierciłeś się w fotelu.

Robert Biedroń: Wierciłem się, bo mam ADHD, wciąż coś się musi dziać w moim życiu... Tak czy nie?

Krzysztof Śmiszek: Absolutnie. Jesteś wulkanem energii. W przeciwnym wypadku zaczynasz marudzić.

R.b.Zwłaszcza jak mam wolne.

K.Ś. Przez ostatnie lata, kiedy Robert był posłem, widywaliśmy się raz w tygodniu, bo wyjeżdżał za granicę w związku ze swoimi obowiązkami (jako sprawozdawca Zgromadzenia Parlamentarnego Rady Europy ds. LGBT – przyp. red.).

Gdzie jest teraz Wasz dom?

R.b. Krzysiek urządza i dopieszcza nasze warszawskie mieszkanie. Kupuje jakieś kocyki, światełka, pierdółki...

K.Ś. Żeby było miło. Żeby mieć przyjemność z miejsca, w którym przebywam.

R.b.Mnie szkoda na to czasu.

K.Ś. Gdzie jest nasz dom i czym on jest, to pytanie, które sam sobie zadaję od jakiegoś czasu. Mieszkaliśmy już razem w Warszawie, ja przez dwa lata pracowałem w Brukseli, Robert pomieszkiwał w Gdyni... Z kolei teraz, kiedy przyjeżdżam do Słupska, wchodzę do jego mieszkania i czuję się w nim bardzo bezpiecznie. Czyli w tym wszystkim chodzi o bycie razem i obecność, a gdzie to jest...

R.b....to chyba nie ma większego znaczenia. Tam, gdzie Krzysiek przyjedzie, jest dobrze.

K.Ś.Prowadzimy nieustabilizowane, nomadyczne życie i – jak na warunki polskie – niestandardowe w każdym wymiarze, nie tylko logistycznym. Ciągła pogoń za miejscem i chwilą, w której można się spotkać, jest wpisana w naturę tej relacji. Rzadko bywamy razem. Robert jest totalnie zaangażowany w swoją prezydenturę. Ja pracuję na uniwersytecie, w tym roku mam nadzieję obronić doktorat, prowadzę dużą organizację prawniczą (Polskie Towarzystwo Prawa Antydyskryminacyjnego – przyp. red.). Codziennie do siebie dzwonimy i piszemy przez Skype’a. Nie wyobrażam sobie dnia, w którym byśmy nie rozmawiali. Zazwyczaj Robert jest wolny dopiero wieczorem. Ja kończę pracę około 17-18, kiedy on jest jeszcze w środku „piekła”.

R.b.Pamiętam, jak na początku naszej znajomości Krzyś często dzwonił do mnie w ciągu dnia: „Co robisz?”, „A teraz co robisz?”. I szybko zauważył, że przed 21 nie bardzo jest jak ze mną porozmawiać.

W którym momencie Wasze drogi zawodowe się przecięły?

K.Ś.Kiedy Robert założył Kampanię przeciw Homofobii. W 2002 roku przeczytałem w „Życiu Warszawy” relację z konferencji prasowej, zobaczyłem jego zdjęcie i pomyślałem, że może moja wiedza (kończyłem wtedy prawo) przyda się w takiej organizacji. A poza tym bardzo mi się spodobał na tym zdjęciu. Przez dwa-trzy miesiące spotykaliśmy się na gruncie zawodowo-organizacyjnym.

R.b. Nie zwracałem na niego uwagi.

K.Ś.Potem pojechaliśmy do Berlina na jakąś konferencję i kliknęło.

R.b.To było dla mnie nowe doświadczenie, bardzo romantyczne – uwodziłeś mnie.

K.ŚTrochę tak, nie ukrywam. I jakkolwiek żałośnie to zabrzmi, nasza rocznica przypada 14 lutego.

R.B.No i to była miłość. Jak się dowiedziałem, że jest studentem prawa UW ostatniego roku, to pomyślałem, że to będzie fajnie wyglądało (śmiechy).

Często korzystasz z wiedzy Krzysztofa?

R.B. Zawsze. Dobrze sobie męża wybrałem! Gdy byłem posłem, Krzysiek był dla mnie zapleczem merytorycznym, bo kochał przygotowywać pisma, projekty, interpelacje.

K.Ś.Zawsze potrafimy znaleźć punkty wspólne naszych dróg zawodowych. Gdy Robert był wiceprzewodniczącym sejmowej Komisji Sprawiedliwości i Praw Człowieka, musiał przygotowywać wystąpienia dotyczące np. Sądu Najwyższego czy Trybunału Konstytucyjnego. Byłem w szoku, że osoba bez prawniczego wykształcenia potrafi tak dobrze zgłębić tę problematykę. Pod koniec jego pracy poselskiej rzucałem tylko okiem na jego przemówienia i było super. Ostatnio opracowałem z koleżanką regulamin antymobbingowy dla pracowników ratusza.


R.B.Za darmo, dodajmy.

K.Ś.Przygotowaliśmy to z dobrej woli, żeby ludziom lepiej się pracowało. Pomagam pełnomocniczce Roberta w tym, żeby Słupsk podpisał Europejską kartę równości kobiet i mężczyzn w życiu lokalnym.

Czy do ratusza wpływają skargi od ludzi, którzy czują się dyskryminowani?

R.B. Tak, bardzo dużo. Sporo od gejów, ale też w sprawie mobbingu.

K.Ś. Ciekawa była dla mnie obserwacja, że na zaprzysiężeniu Roberta, które odbyło się w sobotę, o 12 – a komu chce się przyjść w wolnym dniu do urzędu – zjawiła się np. lokalna przywódczyni mniejszości romskiej. Dla mnie to było symboliczne.

R.B. I powiedziała mi: „Robek, wszystkie Romy w Londynie cię popierają”.

K.Ś. Ludzie głosowali na Roberta, bo przekonał ich swoim życiem, że też nie miał łatwo. Jak Romowie.

R.B. Fascynuje mnie, że Krzysztof jest gotów mnie tak wspierać. Moja matka jest równie mocno zaangażowana w obserwowanie i komentowanie mojego życia. To są dwie osoby, które wszystko czytają, oglądają, śledzą: „Ten radny mógłby tak nie mówić”. Albo: „Po coś ty tam pojechał?”.

K.Ś. To jest głębsze pytanie, dlaczego to robię. Czy dlatego, że interesuję się życiem publicznym, czy dlatego, że jest to część życia Roberta, a ja chcę, żeby to wszystko, co go spotyka w pracy, dobrze się układało, żeby był w tym najlepszy?

R.B. On jest jak Claire Underwood z „House of Cards” (żona polityka, którego w serialu gra Kevin Spacey – przyp. red.). Solidaryzuje się z nią i często porównuje.

K.Ś. Nie wiem tylko, czy to dobrze dla ciebie? (śmiechy)

Czy prezydent uczestniczy w spotkaniach, w których biorą udział także żony innych prezydentów?

R.B. Oczywiście, że tak, bardzo dużo jest takich uroczystości.

I wtedy idziesz sam?

R.B. Krzysiek nie był gotów, żeby ze mną wystąpić np. na zaprzysiężeniu. Moja mama stała obok mnie.

K.Ś. Ze względów praktycznych – było bardzo dużo ludzi. R.B. To są właśnie takie wymówki. Nie stałeś obok mnie. Świadomie.

K.Ś. Wiesz... Mnie to zajmuje więcej czasu.

R.B. Wiem, że to jest trudne dla niego. Wiem, jakie ma dylematy, i dlatego tym bardziej go podziwiam za odwagę i zaangażowanie. Zmiany prawne ułatwiłyby tego typu sytuacje, nie tylko protokolarne.

Ty masz w sobie gotowość, żeby w sytuacji, kiedy inni prezydenci są z małżonkami, przyjść z Krzysztofem?

R.B. Krzysztof wie, że mam. Bardzo! Dla mnie to nie jest żaden problem, bo lubię wsadzać palec do kontaktu. Gdybym nie miał w sobie prowokatora, tej naiwnej odwagi, to wiele by się w Polsce nie zmieniło.

K.Ś. To jest trochę tak jak ze sprawami osób, które trafiają na moje biurko. Współprowadzę sprawy ludzi wykluczonych społecznie, którzy naiwnie wierzą – w pozytywnym tego słowa znaczeniu – że używając środków prawnych, mogą upomnieć się o swoje prawa. I nie bacząc na strach, przecierają szlaki innym. Bardzo podziwiam taką postawę. Często padają zarzuty, że robimy zbyt wielką kwestię z nierównego traktowania. Praca w tym obszarze to jest ciężki kawałek chleba, ale liczy się coś więcej, po- czucie spełnienia, misji.

Wy też macie poczucie, że jesteście związkiem z misją, skoro mówicie o tym, że chcecie go zalegalizować?

R.B. Nie, ja nie czuję żadnej misji!

K.Ś. Ja też nie, chociaż mam wrażenie, że próbuje nam się ją narzucić.

R.B. Nie jestem żadnym „zawodowym gejem” ani „pierwszym gejem III RP”, jak o mnie piszą, bo geje są różni. Jestem sobą. Lubię ryby, przeklinam, jestem niemęski, nie chodzę do kościoła. Krzyśkowi się to czasem nie podoba, chciałby, żebym był modelowym mężem stanu. Przeżywa, kiedy jestem atakowany za swoją niesztampowość. Zawsze byłem pod obstrzałem, bo jak się podejmuje odważne tematy, to od razu ktoś próbuje cię doprowadzić do pionu. „A po co pan gender promuje?”, „A może się pan wyleczy?”. Krytyka dodaje mi skrzy- deł. Jestem przyzwyczajony do „fajtu”. Miałem tak i w szkole, i kiedy matka mówiła: „Co ludzie powiedzą?”, i kiedy jako poseł łaziłem po pampersach w programie „Kilerskie karaoke”, zachowując się niestandardowo jak na polityka. Robię rzeczy nieskrojone pod wszystkich, ale gdybym się zaczął „kroić”, to już by mnie nie było.

Mówisz o Krzysztofie „mąż”. Czy ktoś komuś się już oświadczył?

R.B. Czytałaś o tym w „Super Expressie”? To bzdury. Oświadczałeś mi się?

K.Ś. Kiedy mieszkałem w Belgii, miałem status rezydenta i przysługiwało mi prawo zawarcia związku małżeńskiego, zapytałem Roberta – nie było w tym nic romantycznego – czy nie byłoby dobrze sformalizować nasze- go związku. Uznaliśmy jednak, że to fikcja, bo bylibyśmy uznawani tylko na gruncie prawa belgijskiego.

R.B. Krzysiek chce ślubu w Polsce...

K.Ś. Chcę, żeby to był bardzo szczególny, intymny moment. A Robert jest bardziej praktyczny.

R.B. Z drugiej strony to ja ci mówię najczulsze słowa i to ja cię przytulam.

K.Ś. To trochę wynika z mojego zimnego chowu. Jesteśmy pełni sprzeczności. Robert widzi świat w jasnych barwach, ja w trochę ciemniejszych.

R.B. Narzeka!

K.Ś. Mnie łatwiej wyprowadza z równowagi np. jakiś negatywny artykuł, a Robert ma grubszą skórę – uważa, że dzisiejsze gazety wyściełają jutrzejsze kosze.

R.B. Mam większy dystans, bo widzę, że to przemija. Liczy się coś większego, globalnego, a nie pierdoły dnia codziennego. Po co się nimi przejmować? Na ile swobodnie czujecie się na ulicy Słupska, będąc razem?

R.B. Nieswobodnie. W całej Polsce. Wszędzie.

K.Ś. W Słupsku jest trochę inaczej.

R.B. Naprawdę? Ile razy mieliśmy okazję przetestować Słupsk razem?

K.Ś. Przechodziliśmy kilka razy ulicą. Trzymając się za ręce?

R.B. Nie.

K.Ś. Nie chcę, żeby to zabrzmiało martyrologicznie, ale mieliśmy parę ta- kich sytuacji, kiedy spotkało nas coś bardzo nieprzyjemnego, łącznie z agresją fizyczną, za to, że zbyt blisko siebie szliśmy.

Mieliście ochotę komuś przyłożyć z tego powodu?

K.Ś. Robert zawsze reaguje.

R.B. Wkurza mnie, jak ktoś obraża. Uważam, że nie można dawać przyzwolenia na nienawiść. Coraz rzadziej, ale wciąż się zdarza, że ktoś krzyczy na ulicy. Raz byłem opluty. Jak byłem posłem i poruszałem się po Gdyni komunikacją publiczną, jakiś koleś, wysiadając z trolejbusu, powiedział: „Sp…, cioto”. Odwróciłem się, złapałem go za kurtkę. Myślałem o tym, żeby mu dać w zęby, ale oczy- wiście nie dałem, tylko kazałem przeprosić. Zadziałała adrenalina, bo był dużo wyższy i pewnie mógł mnie pobić, ale tak  się  przestraszył,  że przeprosił.


Kiedy podczas kampanii w Słupsku poszedłeś na mecz, kibice Gryfa Cię wygwizdali. Jak wytrzymuje się te kilka minut, żeby nie wstać i wyjść?


R.B. Wiem, że zysk z takiego spotka- nia będzie dużo większy niż gwizdy. Pamiętam, jak poszedłem na mecz koszykówki przed wyborami i kiedy mnie przedstawiono za pierwszym razem, to kilka osób gwizdało. Gdy przyszedłem drugi raz, było mniej gwizdów, a za trzecim razem wróciłem już jako prezydent i kiedy wszedłem, wszyscy wstali i zaczęli bić brawo. Cała hala, tłum ludzi.

Satysfakcja?

R.B. Na pewno wzruszenie. Znów udowodniłem, że to, że oni gwiżdżą jest bez sensu. Gwizdali dlatego, że mnie nie znali, że jestem gejem, a oni nie lubią gejów. I po to, żeby zacząć traktować gejów i lesbijki normalnie, trzeba karczować tę homofobię. Przedrzeć się przez las, żeby zobaczyć słońce. Dzięki temu, co robię, ludzie się zmieniają. To jest fajne.


K.Ś. Dostrzegam takie zjawisko jak „słupska euforia”. Ludzie machają z samochodu:  „Cześć, Robert!”. Na plaży podczas sesji dla ELLE wciąż podchodzili i robili sobie z nami zdjęcia, pozdrawiali nas. Kiedy gdzieś idę z Robertem, czuję się bezpiecznie.

R.B. Dla ciebie to odmiana.


K.Ś. To prawda. Odkąd żyję w Warszawie, zawsze towarzyszy mi lekki niepokój.


R.B. Krzysiek panicznie boi się o mnie.

K.Ś. Była taka sytuacja rok temu, kiedy Robert przyleciał po dyżurze poselskim z Gdańska do Warszawy. Wiedziałem, że zawsze około 23 był już w domu. Dzwonię raz, drugi – jak zwykle ma wyładowany telefon. Już zamierzałem iść na Dworzec Zachodni, szukać go wzdłuż torów, bo miałem wizję, że jacyś drechole wyrzucili go z pociągu.


R.B. To są nie tylko twoje lęki, ale też mojej matki, Igora (asystenta Roberta – przyp. red.)


Ty się o Krzyśka nie boisz?


R.B. Boję, ale nie w takim kontekście. Nie boję się o jego bezpieczeństwo, bo wiem, że jest taki rozsądny, że nie zrobi niczego, co ja mógłbym zrobić. Żadnego głupstwa. On zawsze ma telefon włączony, więc kiedy zadzwonię, odbiera. A ja mam zawsze wyciszony albo rozładowany.

Zamierzasz w Słupsku otworzyć Instytut Zielonej Energii, zastanawiam się, skąd Ty czerpiesz energię?


R.B. Nie wiem skąd. Odnawiam ją. Np. bardzo lubię być z Krzyśkiem, nawet nic szczególnego nie robiąc – po prostu być.


K.Ś. Dość mocno przeżywam teraz, że jestem sam w domu i brakuje mi kogoś za ścianą. Nawet jeśli nie robimy nic spektakularnego, tylko ja piszę coś na komputerze, leżąc na sofie, a Robert w innym pokoju pracuje przy biurku. Lubimy rozmawiać – chyba bardziej ja – o polityce i sprawach społecznych, chociaż Roberta to totalnie nudzi.


R.B. On ogląda wszystkie wiadomości, co mnie frustruje, bo wiem, jakie to są głupoty, te programy publicystyczne z udziałem pseudoekspertów, którzy się wymądrzają, dlaczego Ewa Kopacz włożyła taką, a nie inną garsonkę i wyciągają z tego wnioski na przyszłość. Wróżka Semka, wróżka Ziemkiewicz...


Planujecie jakąś wspólną akcję społeczną?

R.B. Każdego dnia ją robimy. Wielką akcję antydyskryminacyjną. Do końca świata i o jeden dzień dłużej.

K.Ś. Zabawne było dla mnie to, kiedy w ratuszu przedstawiłeś mi w sylwestra jedną ze współpracowniczek. Ktoś zagadał do niej w prywatnej rozmowie, czy ma męża, a ona odpowiedziała: „Nie mam ani partnera, ani partnerki”. Jakby od razu zastrzegła, że takie podejście jest dla niej zupełnie naturalne.

Rozmawiała: Małgorzata Fiejdasz-Kaczyńska

Wywiad pochodzi z kwietniowego numeru ELLE, 2015