Król nonszalancji, który projektuje dla najbardziej luksusowego domu mody na świecie. Nowojorczyk, który kocha swoje życie w Paryżu.

Marc Jacobs kocha ryzyko. W latach 80. zmienił konserwatywną markę Perry Ellis w prawdziwe imperium. W swojej ostatniej kolekcji dla tego domu mody pokazał na wybiegu kraciaste koszule, podarte dżinsy. Chociaż odważna wizja kosztowała go utratę stanowiska, paradoksalnie uczyniła go wizjonerem nowego pokolenia, ojcem stylu grunge. Jacobs postanowił projektować pod własnym nazwiskiem. Ubrania z metką Marc Jacobs stały się błyskawicznie obiektem pożądania fanek mody na świecie, mimo że były nonszalanckie, na bakier z trendami, zaprzeczające pojęciu mody luksusowej.

Gdy w 1997 roku Marc Jacobs obejmował stanowisko dyrektora kreatywnego Louis Vuitton, eksperci zastanawiali się, czemu tak luksusowy koncern zatrudnia niepokornego buntownika. Marka, którą w 1854 roku założył Louis Vuitton Mettier, była synonimem elegancji. Louis Vuitton zasłynął projektem superlekkich kufrów podróżnych, później produkcją luksusowej galanterii skórzanej. Do pełni sukcesu brakowało jednego – kolekcji prêt-à-porter. Marc Jacobs przyjechał z Nowego Jorku do Paryża, by zamienić Louis Vuitton w dom mody z prawdziwego zdarzenia. Chociaż wszyscy spodziewali się ekspansji ubrań w nadruki ze słynnym logo,Jacobs jak zawsze poszedł pod prąd. Pierwsze kolekcje, które stworzył, były minimalistyczne, dyskretne. Chwilę później zaprosił do współpracy awangardowych artystów.

Jacobs w ostatnich latach zmienił się tak bardzo, jak bardzo pod jego kierownictwem zmienił się dom mody Louis Vuitton. Schudł, przeszedł operację przeszczepu włosów, chodzi na siłownię, zaczął się modnie ubierać. W niczym nie przypomina dawnego hipstera w retrookularach, w starym wyciągniętym swetrze i z tłustymi włosami związanymi w kucyk. Pozuje do zdjęć, których kiedyś tak bardzo unikał. Nadal ceni prywatność, rzadko udziela wywiadów. Z ELLE zgadza się porozmawiać z okazji otwarcia butiku Louis Vuitton w Warszawie. Mam spotkać się z nim za kulisami pokazu w paryskim Luwrze. Dzień wcześniej widzę się z Sam, która pracuje w showroomie marki, a wcześniej była asystentką Jacobsa w Nowym Jorku. – Nie stresuj się. Marc jest najcudowniejszym człowiekiem na świecie. Drzwi do jego pracowni są zawsze otwarte, słucha ludzi, ceni zdanie innych – mówi. Dowiaduję się o celebrytkach, które potrafią po kryjomu wynieść ubrania z showroomu, o walce o ubrania do sesji zaraz po pokazie i o tym, jak w tym trudnym świecie Jacobsowi udało się pozostać normalną osobą. – Gdy wysyłał mnie po swojego ulubionego hamburgera, zawsze przepraszał. Nie lubi wysługiwać się ludźmi – mówi Sam. Wiem już, że ulubiony hamburger Marca jest z niebieskim serem i jabłkami. Wiem też, żeby na wywiad nie wkładać butów na obcasach. Marc jest mojego wzrostu. A mam 165 cm.

Pokaz Louis Vuitton zaplanowany na dziesiątą rano zaczyna się punktualnie. Ani minuty opóźnienia. Jacobs znany jest z tego, że nie czeka na spóźnialskich celebrytów. Nie musi starać się o ich uwagę. To oni zabiegają o to, by zobaczyć kreacje Louis Vuitton na żywo. Po pokazie biegnę za kulisy. Marc ubrany jest w czerwoną jedwabną piżamę w sowy. Odpala papierosa od papierosa. – Tyle zostało mi z niezdrowego trybu życia – żartuje.

ELLE To był wspaniały pokaz. Wiele osób wokół mnie popłakało się na nim ze wzruszenia.

Marc JacobsCieszę się. Taki efekt chciałem osiągnąć. To dla mnie ważna i osobista kolekcja. W sezonie wiosna–lato skoncentrowałem się na przekazie wizualnym. Moją inspiracją były formy graficzne, lata 60. Najnowsza kolekcja na sezon jesień–
–zima jest o emocjach. Wyobraziłem sobie kobietę, która kocha piękno, ale nie lubi się afiszować. Moda jest prezentem, który kobieta daje sama sobie. Nie interesowały mnie kobiety, które zabiegają o uwagę. Interesowały mnie uczucia kobiet. Poczucie sensualności i seksualności. Sukienka z najwyższej jakości jedwabiu, doskonała torebka. To wszystko może dać niezwykłą radość, doprowadzić do płaczu ze wzruszenia.

ELLE Stylizacje na wybiegu były szalenie nonszalanckie i eklektyczne. Delikatne sukienki z ciężkimi płaszczami, dużo bielizny, elementy zaczerpnięte z mody męskiej. Co było inspiracją?

M.J. Czerpałem z wielu źródeł. Przerabiałem kroje klasycznych męskich płaszczy na kobiece szlafroki. Inspirowałem się koszulami nocnymi, by stworzyć delikatne sukienki z krepy. Zależało mi na tym, by pokaz był bardziej erotyczny, bardziej glamour. I odrobinę dekadencki.

ELLE Zrezygnowałeś ze słynnego logo na torebkach. Dlaczego?

M.J. Modele torebek Louis Vuitton są tak charakterystyczne, że nie zawsze potrzebują logo.

ELLE Na wybieg zaprosiłeś Kate Moss. Czy ona jest kobietą Louis Vuitton?

M.J. Absolutnie. Ludzie nie są nigdy nią znudzeni, mogą oglądać ją miliony razy. Nie jest jednosezonowa. Cieszyłem się, że jest na wybiegu. To moja przyjaciółka, uwielbiam z nią pracować.

ELLE Co jest tajemnicą Twojego sukcesu?

M.J. Moja praca to z jednej strony instynkt i pasja. Z drugiej – wiem, że moda to biznes. Nawet najlepszy pomysł jest bezwartościowy, jeśli się nie sprzeda. Wierzę, że światem mody rządzą klientki, a nie projektanci.

ELLE Żyjesz pomiędzy Nowym Jorkiem a Paryżem. Czujesz się nowojorczykiem czy paryżaninem?

M.J.. Zdecydowanie jestem nowojorczykiem, ale Paryż zachwyca mnie i inspiruje.

ELLE Co zachwyca Cię w Paryżu?

M.J. W Nowym Jorku, jeśli masz godzinę wolnego, ludzie uważają, że jesteś przegrany. W Paryżu wręcz przeciwnie, wolny czas, który masz dla siebie, jest synonimem luksusu. Lubię przebywać w Paryżu, moje życie tu jest pełne uroku. Czasem myślę, że to wszystko nie jest prawdziwe, że nie jestem częścią tego systemu. Uwielbiam pracować w swoim zespole dla tak magicznej marki, jaką jest Louis Vuitton. W Paryżu myślę w nieco nostalgiczny i romantyczny sposób. Przywołuję czasy, w których żyli Schiaparelli, Chanel, Cocteau… Wszyscy się znali, inspirowali pracami Dalego, Picassa. Moda romansowała ze sztuką.

ELLE Czy to romantyczne wspomnienie Paryża sprawia, że tak chętnie współpracujesz z artystami?

M.J. Chyba tak! Fascynuje mnie kreatywność, twórcza wymiana pomysłów. Współpraca projektanta z artystą to zderzenie dwóch światów. Cieszyłem się, że Stephen Sprouse zgodził się ze mną współpracować. Kiedy ja zacząłem projektować, on już był znanym nowojorskim artystą. Nigdy nie przypuszczałem, że stworzymy coś razem. Z Takashi Murakami to był impuls. Zachwyciła mnie jego wystawa: radość, kolory, postrzeganie mangi jako fetyszu.

Sofia Coppola od lat jest muzą Jacobsa, fot. East News

ELLE Twoje projekty są bardzo nowoczesne. Czy inspiruje Cię historia marki Louis Vuitton?

M.J. Jestem romantykiem i często patrzę w przeszłość. Przyznam, że przyszłość nie interesuje mnie w ogóle. Fascynuje mnie historia marki Louis Vuitton, staram się ją celebrować, przywoływać w kolekcjach, ale zawsze projektować rzeczy bardzo współczesne. Dla kobiet, które żyją tu i teraz.

ELLE Jak się czułeś, gdy dostałeś ofertę pracy w Louis Vuitton?

M.J. Byłem bardzo zestresowany pracą dla tak znanej marki. Nadal jestem. Wszyscy oczekiwali ode mnie, że stworzę kolekcję z tkanin z nadrukowanym logo. Nie chciałem kompromisów. To musiała być moja wizja. Zaryzykowałem. Gdy przejmowałem markę, ludzie postrzegali ją głównie jako producenta luksusowego bagażu. Dziś jest to wielki dom mody z kolekcjami prêt-à-porter.

ELLE Twoja pierwsza kolekcja dla Louis Vuitton była wielkim zaskoczeniem.

M.J. Obawiałem się jej. Była bardzo minimalistyczna. W archiwum marki zobaczyłem jeden z pierwszych projektów Louis Vuitton. Kufer z szarego płótna. Chciałem zacząć tak, jak zaczynał Louis Vuitton. W kolorach czerni i bieli, z logo ukrytym w środku.

ELLE Czy teraz pracujesz inaczej niż na początku?

M.J. Pracuję dokładnie tak samo. Sam upinam tkaniny, lubię ciąć materiały. Nie rozumiem projektantów, którzy robią z siebie niedostępne gwiazdy. Dla mnie najważniejszy jest kontakt z ludźmi, praca zespołowa. Tylko w zespole można osiągnąć niemożliwe.

ELLE Jak godzisz pracę nad własną marką i nad Louis Vuitton?

M.J. Pracuję z dwoma różnymi zespołami, ludźmi, którzy żyją w zupełnie różnych miastach. Zeszłej jesieni oba zespoły miały podobny pomysł. Inspirowały nas delikatne kolory, pastele. Każdy temat można interpretować na setki sposobów. W Louis Vuitton stworzyliśmy bardzo mocną kolekcję. Skupiliśmy się na konstrukcji. Kolekcja Marc Jacobs była delikatniejsza. Moje autorskie kolekcje są bardziej autobiograficzne. Jest w nich duch Nowego Jorku, moje relacje z ludźmi, moja przeszłość w tym mieście. Louis Vuitton to romantyczne spojrzenie na historię marki, na Paryż.

ELLE Czym różni się kobieta Louis Vuitton od kobiety Marca Jacobsa?

M.J. Kobieta Marca Jacobsa jest dyskretniejsza. Nie lubi się wyróżniać. Kobieta Louis Vuitton lubi rzeczy wyraźne, rozpoznawalne. Chcę, by ludzie, myśląc o modzie z poprzednich lat, mówili: „To był sezon, kiedy Louis Vuitton pokazał na wybiegu to i tamto...”.

ELLE Jakie kobiety Cię inspirują?

M.J. Uwielbiam kreatywne kobiety, które mają coś do powiedzenia. Nie interesują mnie kobiety po prostu piękne albo nawet takie, które się dobrze ubierają. To zbyt banalne. Lubię, gdy styl kobiet jest sposobem, w którym wyrażają swoje pasje, swoją osobowość. Lubię artystki. Moje ikony to Elizabeth Peyton, Sofia Coppola, Kim Gordon z Sonic Youth, Zoe Cassavetes i Debbie Harry.

ELLE W tym sezonie grunge jest bardzo modny. Wielu projektantów kopiuje pomysły z Twoich pierwszych autorskich kolekcji. Czujesz się trendsetterem?

M.J. Może nie powinienem tego mówić jako projektant, ale uważam, że myślenie o modzie w kontekście trendów to przeżytek. Trendy umarły. Na wybiegach jest tak wiele różnych tendencji. Nie jest już tak jak kilka lat temu, że wszyscy ubierają się tak samo, bo tak narzuca projektant. Nastała era indywidualizmu. Nie ma złej mody. Nie ma nowych ani starych trendów czy złych i dobrych. Możesz wyglądać jak niechlujny nerd, paryska dama, podmiejski kloszard. Nieważne, jaki masz styl, dopóki masz jakikolwiek. Chociaż właściwie brak stylu też
jest jakimś stylem, wyborem, komu-
nikatem!

ELLE Gdy zaczynałeś projektować, było inaczej?

M.J. Starałem się, aby moje pierwsze kolekcje były odbiciem świata, który mnie otaczał. Muzyki grunge, fotografii Jürgena Tellera, nowego typu kobiecości, który reprezentowały Stella Tennant i Kate Moss. Nowa generacja modelek miała swój styl. Prosty, rebeliancki, eklektyczny. W modzie była niedoskonałość, pewien bunt. Teraz moda jest dziedziną rozrywki, taką jak sport. Nie ma już świętości. Nie ma już trendów, które zmieniają oblicze mody tak jak kiedyś minimalizm. Moda to zabawa.

ELLE Co sprawiło, że tak bardzo zmieniłeś swój wygląd?

M.J. Kiedyś chowałem się za ubraniami. Nie dbałem o to, co noszę, jaką mam skórę, jaką fryzurę. Myślałem, że i tak nie da się nic zrobić, żebym wyglądał atrakcyjniej, więc po co się starać. Unikałem zdjęć, występów w telewizji. Potem się okazało, że muszę dbać o siebie ze względu na zdrowie. Zwracam uwagę na to, co jem, chodzę na siłownię. Kiedyś śmiałem się z facetów, którzy spędzają rano godzinę w łazience i garderobie. Ale wiesz co? Teraz sam to uwielbiam.

ELLE Lubisz popularność?

M.J. Tak, bo wiem, że ludzie interesują się mną ze względu na to, co robię, a nie ze względu na swój wygląd. Gdyby moje kolekcje były złe, nikt by się mną nie interesował.

ELLE Gdybyś nie był projektantem, co chciałbyś robić?

M.J. Gdybym nie mógł być projektantem, nie chciałbym w ogóle żyć.

Marc Jacobs rozmawiał z szefową działu mody ELLE Iną Lenkiewicz.