To było głośne wydarzenie: pierwszy w Polsce przeszczep twarzy. Świetny temat na nowy film Małgorzaty Szumowskiej?

Małgorzata szumowska „Twarz” nie jest o przeszczepie, mój film nie jest thrillerem medycznym. Wykorzystaliśmy tę historię jako punkt wyjścia, żeby opowiedzieć o współczesnym człowieku i pokazać, czym jest tożsamość. Teraz, w czasach, kiedy wszyscy publikują swoje twarze na portalach, przekształcone, dalekie od rzeczywistości, poddane filtrom. A na poziomie dosłownym – sama ta sytuacja jest czymś trudnym, nie wyobrażam sobie, jak miałabym dalej żyć, gdyby ktoś zabrał mi twarz.

Lubisz na siebie patrzeć?

Dla mnie twarz oznacza tożsamość. To moja wizytówka, wszystko mam na niej wypisane. Lubię swoje zmarszczki, siwe włosy, nie farbuję ich. Podoba mi się, że po słońcu wychodzą mi piegi. To, że twarze się do siebie upodabniają za pomocą zabiegów, uważam za coś smutnego. Mnie ciekawi to, że każda twarz jest inna. Przyglądam im się w kawiarniach, obserwuję na ulicy. Uwielbiam ludzkie twarze, za każdą stoi jakaś historia. Do głównej roli wybrałam Mateusza także dlatego, że ma ciekawą twarz.

Oglądając film, byłam przekonana, że mężczyznę po przeszczepie zagrał inny aktor. Nie mogłam uwierzyć, że to nadal Mateusz Kościukiewicz. Dla aktora to chyba duże wyzwanie – grać obcą twarz?

Potraktował je jak zadanie, warsztatowo, technicznie. Twarz jest dla aktora narzędziem pracy i to, że została mu zabrana, na pewno było dużym wyzwaniem. Charakteryzację robił Waldemar Pokromski, artysta współpracujący z twórcami kina europejskiego i z Hollywood. Nakładanie maski zajmowało cztery godziny.

Jak zareagowałaś na widok Mateusza z nową twarzą? Wydał Ci się obcy?

Na początku tak. Przyszło mi do głowy, że jest okropny i odrzucający. Zareagowałam, jak rodzina bohatera filmu. Ale szybko się do niego przyzwyczaiłam. Widz też się przyzwyczai.

Mateusz gra człowieka, który traci urodę, a przecież należy do najprzystojniejszych aktorów.

Ale potrafi być też nieatrakcyjny. Na tym polega plastyczność twarzy aktora. Brzydki i ładny, męski i chłopięcy – to jest interesujące, a nie – kiedy ktoś jest po prostu ładnym chłopcem, amancikiem. „Seksowny” nie zawsze oznacza „ładny”. Właśnie dlatego w polskim kinie jest mało aktorów, którzy mają prawdziwy seksapil. Bo w naszym kraju kojarzy się on z czymś oczywistym: gładki chłopiec i ładna dziewczyna. Czy to ma coś wspólnego z pazurem, seksownością, nonszalancją? Dla mnie nie.

Przenosicie z Mateuszem do domu emocje z planu zdjęciowego?

Raczej nie, w każdym razie nie tak, żeby nam to przeszkadzało. Praca kończy się, kiedy wsiadamy do samochodu i wracamy z planu. Mamy sporo luzu. Ale też nie nakładamy sobie sztucznych ograniczeń  – temat pojawia się w domu naturalnie i nikt nie robi z tego dramatu. Żyjemy tym. Dla mnie praca jest moim żywiołem, nie obciąża mnie, nie muszę od niej uciekać.

Czy jako reżyser, na planie, musisz ukrywać swoją kobiecość, jakoś jej zaprzeczać?

Nie postrzegam siebie jako szczególnie kobiecą w ogólnie przyjętych standardach. To prawda, lubię modę, styl, swoje ciało, sport. Ale w osobowości, w psychice jestem i jak kobieta, i jak mężczyzna. Ludzie tacy są. Trochę kobiecy, trochę męscy. Reszta to stereotypy: np. że kobieta przejmuje się tym, jak zostanie odebrana i co ktoś o niej pomyśli. Ja się tym zupełnie nie przejmuję i moje przyjaciółki też nie. Wszystko zależy od człowieka.

A jednak lubisz wyglądać seksownie.

Ale nie robię tego tylko dla mężczyzn, również dla siebie. I dla innych kobiet, które umieją to docenić, dzięki czemu potem czytam o sobie, że się dobrze ubieram (uśmiech). Miłe, że to kobiety uważają mnie za dobrze ubraną.

Przy dzieciach ta stereotypowa kobiecość Cię dopada?

Nie wiem. Lubię być mamą. Mimo ciężkich chwil, które przecież zawsze się zdarzają. Mój syn ma 12 lat, jest już prawie nastolatkiem, córka ma pięć i jest kompletnie zakręconą, szaloną dziewczynką. Dzieci mnie nie ograniczają.

Na co dzień potrzebujesz spokoju czy ciągle coś robisz?

Ciągle coś robię! W domu nie mogą mnie znieść: wracam po ośmiu godzinach pracy i zaczynam wędrówki – tu coś przestawię, tam ugotuję, potem sprzątam po kolacji, cały czas się ruszam. Domownicy mają dość tej mojej intensywności. Jedyne przerwy to sport – pływam sama w wielkim olimpijskim basenie i kocham ciszę w wodzie. Drugą przerwę mam na sen – dużo śpię, osiem godzin, to dla mnie ważne. Osiem godzin snu i godzina sportu – oto moje świętości.

Mogłabyś żyć sama?

Nie mogłabym żyć bez dzieci. Bez mężczyzny? Być może dałabym radę, ale nie jestem pewna.

W tym numerze ELLE piszemy o zjawisku „ageless”, czyli umiejętności funkcjonowania poza ograniczeniami wynikającymi z wieku. Co Twoim zdaniem sprawia, że coraz więcej kobiet nie zwraca uwagi na swoją metrykę?

Rewolucja feministyczna, która trwa od lat i zatacza coraz szersze kręgi. Kobiety teraz wreszcie głośno mówią „nie”. „Nie” molestowaniu, a także „nie” ocenianiu ich po wyglądzie. Ważne, że mężczyzna przestaje być lustrem, przeglądamy się same w sobie. Lubię to, jak wyglądam, i naprawdę nie jest jedynym odniesieniem, czy podobam się mężczyznom.

Może dlatego, że jesteś atrakcyjna?

Nie w sposób konwencjonalny. Ale teraz jest taki czas, że każda kobieta może się poczuć urodziwa. Widziałaś najnowszą kampanię Céline? Modelka jest daleka od standardów klasycznej urody, a dla mnie jest piękna.

Czyli poczucie wieku u kobiet jest związane  z mężczyznami?

Nie ma wątpliwości. To mężczyźni wykreowali pogląd, że po czterdziestce stajesz się niewidoczna. Oczywiście oni też  
się zmieniają. Mam masę przyjaciół we Francji – tam wiek nie jest żadnym tematem. Dwudziestokilkuletni mężczyźni interesują się kobietami po czterdziestce. I nie jest to problemem.

A Ty jesteś krytykowana, że masz młodszego partnera?

Myślę, że w ogóle jestem mocno wkurzająca, bo robię swoje. Ale nie interesuje mnie to. I potrafię zrozumieć, że katolickie społeczeństwo nie może ogarnąć takiej sytuacji jak moja. Z kolei jeśli facet ma dużo młodszą żonę, nikogo to nie dziwi.

Co dziś będziesz robić?

Pędzę na montaż, pracuję już nad kolejnym filmem. Nazywa się „All inclusive”, jest artystycznym eksperymentem, zrobionym za małe pieniądze i z wielką wolnością. Opowiada o Polkach, które wyjeżdżają na wczasy, a potem odrywają się od turystycznej rzeczywistości i jadą w głąb Maroka. Rzucają się  w kompletnie dzikie doświadczenie z sobą, ze swoją kobiecością. W filmie grają kobiety, które znalazłam na castingach w całej Polsce, a w jego pierwszej części genialne kreacje stworzyli Andrzej Chyra i Iza Kuna. Dzięki temu, że mocno jestem zaangażowana w kolejną produkcję, nie boję się tak bardzo premiery „Twarzy”. Umacnia mnie to, że nigdy nie uzależniam wszystkiego od jednego filmu, jeszcze przed premierą najnowszego pracuję nad kolejnymi projektami. Nie zatrzymuję się, nie oglądam za siebie, dzięki temu jestem silniejsza.

Rozmawiała Anna Luboń