W królestwie zwierząt. Wywiad z Noomi Rapace o filmie „Lamb”

Bezpośrednia, dowcipna, zdecydowana – takie wrażenie robi Noomi Rapace podczas spotkania na żywo. Mówi szybko, a jej chropowaty, niski głos ma w sobie charyzmę i tajemnicę. Na tle hollywodzkich koleżanek jest zaskakująco bezpośrednia. Nie owija w bawełnę i lubi niegrzeczne żarty. Chętnie i brutalnie szczerze rozmawia o emocjach.

Nie tylko na ekranie trudno oderwać od niej wzrok. Swoją oryginalną urodę zawdzięcza mieszance szwedzkich i hiszpańskich genów rodziców. Być może też od nich wziął się artystyczny talent –  matka była aktorką, ojciec – śpiewakiem flamenco. Dziś Noomi ma na koncie wiele głośnych występów. Seria o Dziewczynie z Tatuażem, doktor Elisabeth Shaw z „Prometeusza” i „Obcego...”, Madam Simzy Heron w „Sherlock Holmes: Gra cieni” czy Harriet "Harry" Baumann z „Jacka Ryana”... Choć od lat gra z powodzeniem w Hollywood, to powrót na islandzkie bezdroża okazał się dla niej przeżyciem magicznym. 

W „Lamb” gra Marię, matkę i kobietę na osobistym rozstaju, która pośród islandzkich bezdroży szuka nowego sensu. Współprodukowany przez Polaków film Valdimara Jóhannssona miał światową premierę na festiwalu w Cannes, potem zarobił milion dolarów podczas weekendu otwarcia w USA, stając się największym w historii islandzkim sukcesem na amerykańskich ekranach.


Anna Tatarska: „Lamb” miał światową premierę w lipcu, na Festiwalu Filmowym w Cannes, po wielu miesiącach zamkniętych kin, przesuwanych premier, odwoływanych festiwali... Jak się czułaś, mogąc wreszcie pokazać swoje filmowe „dziecko” światu?

Noomi Rapace: Ten film powstawał w niezwykle intymnych warunkach, przy udziale maleńkiej ekipy. W trzydziestkę mieszkaliśmy razem, jedliśmy razem, byliśmy blisko. Napędzała nas miłość do siebie, do tego projektu i dla stworzenia-hybrydy, które jest w centrum tej opowieści. Bardzo długo czekaliśmy na premierę, prawie dwa lata. Kiedy to się wydarzyło, byłam niewypowiedzianie szczęśliwa, ale i zmęczona. Pamiętam, że na scenie przytuliliśmy się z reżyserem, Valdimarem. Czułam, jak nasze ciała drżą. To porównanie filmu do dziecka ma sens. Rzeczywiście, to było trochę tak, jakby być w ciąży przez dwa lata. Chcesz urodzić, ale nie możesz, dziecko musi jeszcze trochę zostać w brzuchu... W Cannes „Lamb” wreszcie narodził się dla świata. To był bardzo piękny, ale też naładowany emocjami moment. Szczęściu towarzyszyło też zagubienie, momentami czułam się nawet przytłoczona.

Skoro zaczęłyśmy od metafory porodowej, to pozwolę sobie zapytać o to, jak przygotowywałaś się do scen przyjmowania porodu jagniąt, które widzimy na ekranie? Wygląda to tak, jakby obyło się bez dublerki i efektów specjalnych...

To było coś bardzo surowego, pięknego i brutalnego. Moja adrenalina osiągała kosmicznie wysokie poziomy, serce biło tak, że czułam je w gardle. Odbieranie porodu to nie jest coś, co da się przećwiczyć. Był pierwszy dzień zdjęciowy, siedziałam w swojej przyczepie i nagle usłyszałam stukanie do drzwi. Czyli sygnał: „to już”. Biegnąc do stodoły podwijałam rękawy. Zdążyłam się tylko rzucić na kolana i już miałam w rękach pierwsze jagnię. Pomagałam mu wydostać się na świat, ciągnąc za nogi. Nigdy nie zapomnę, gdy wytarłam mu pysk ze śluzu i po raz pierwszy zobaczyłam jej  - bo to była owieczka - twarz, jej pierwszy, głęboki oddech. W tamtym momencie zobaczyłam życie. Życie w czystej postaci. Coś pięknego, ale też niezwykle kruchego. To był szalony dzień. Jagniątek rodziło się kilka. W przerwach między kolejnymi narodzinami uczyłam się prowadzić traktor, a ciężarna owca krążyła po podwórku, wydając niesamowicie pierwotne, gardłowe stęki. Kiedy ruszała z powrotem do stajni, ja gnałam za nią. Wydaje mi się, że szansa udziału w tym porodzie fizyczność tego doświadczenia, pozwoliła mi znaleźć esencję mojej bohaterki, Marii.

Ile tych porodów przyjęłaś łącznie podczas zdjęć do filmu?

Sześć, siedem? Nie pamiętam dokładnie. Farmer, który nam towarzyszył na planie, bardzo mnie chwalił, mówił, że świetnie mi idzie. Jeśli nie ułoży mi się w aktorstwie, zawsze mam plan awaryjny!

Dla wielu osób, które znają Cię z hollywoodzkich produkcji pokroju „Prometeusza”, taki skromny, surowy plan pośrodku niczego może się wydawać ekstremalny. Ale dla Noomi Rapace islandzka farma to nie jest obca przestrzeń.

Nie, w ogóle, bo ja dorastałam na farmie. Zarówno w Szwecji, jak i na Islandii, gdzie przenieśliśmy się na kilka lat jakoś niedługo po moich piątych urodzinach. Mieszkałam w małej miejscowości, która nazywała się Sólheimar [To miejscowość w południowo-zachodniej Islandii, zamieszkiwana przez około 90 osób. Opartą na zasadzie zrównoważonego rozwoju ekowioskę założyła w latach 30. XX wieku działaczka społeczna Sesselja Hreindis Sigmundsdóttur – red]. Pokochałam to miejsce bezgranicznie. Najważniejsze były praktyczne aktywności, rytm dnia wyznaczał tryb życia zwierząt. Pracowałam w szklarni, oporządzałam konie, sadziłam warzywa. Byliśmy bardzo blisko natury. Doskonale pamiętam, kiedy rodzice oświadczyli mi, że wracamy do Szwecji. Odmówiłam spakowania torby i powiedziałam, że mogą wracać sami, ale ja zostaję! Ale byłam dzieckiem, więc musiałam wyjechać. Jednak potem długo tam wracałam, niemal każdego lata.

I to właśnie na Islandii dostałaś swoją pierwszą filmową rolę.

Och, to była maleńka rólka. Chyba ktoś musiałby wiedzieć dokładnie, jak wtedy wyglądałam, żeby mnie rozpoznać w tych rudych włoskach [chodzi o film „W cieniu kruka” Hrafna Gunnlaugssona z 1988 roku, którego akcja toczy się na Islandii w epoce wikingów – red.]. To była bardzo brutalna fabuła i z perspektywy czasu nie sądzę, żeby codzienna obserwacja ścielącego się gęsto trupa i płynącej posoki to był najlepszy pomysł dla siedmiolatki. Ale oczywiście wtedy byłam tym wszystkim zafascynowana. Ta rola zmieniła moje życie, bo uświadomiła mi, że dorośli też mogą się bawić. Patrzyłam na aktorów, którzy codziennie zjawiali się na planie bardzo skoncentrowani, z odwagą, potrzebną do wykonywania rozmaitych zadań. Czułam, że móc pracować w świecie fantazji to coś fantastycznego. Wtedy narodził się sen o aktorstwie.

Jak myślisz, dlaczego ciągnie Cię do ról, które mają w sobie wyraźny element fizycznego zaangażowania, transformacji?

Być może ma to związek z tym, że ja w ogóle jestem osobą bardzo mocno osadzoną w ciele. Przez ciało czytam innych ludzi, ich język ciała dużo potrafili powiedzieć. Przyglądam się, jak siedzą, jak trzymając dłonie, jak poruszają ustami, gdy mówią. To są sygnały, które konstytuują naszą tożsamość, decydują o tym, kim jesteśmy. Zawsze byłam po stronie fizyczności. Nie byłam dobrą studentką, niezbyt lubiłam czytać. Interesowała mnie to, co zaangażuje ciało i stawia przed nim wyzwania. W tworzeniu filmu „Lamb” najbardziej niesamowite było to, że zdałam sobie sprawę, że zwierzęta mają dokładnie tak samo, jak my! Zaczęłam komunikować się z kotem, z psem, ze wszystkimi owcami trochę właśnie poprzez przeglądanie się ich językowi ciała, odbieranie ich emocji. Słowa wydawały mi się przereklamowane. 

Twoja filmowa bohaterka przysposabia noworodka, ale to nie jest zwykłe dziecko – Ada ma ciało małej dziewczynki i głowę owcy. Kiedy stworzenie po raz pierwszy pojawia się na ekranie, widzowie reagują bardzo różnie: niektórzy są wzruszeni, inni przerażeni, jeszcze inni się śmieją. Ta różnorodność reakcji była spodziewana?

Mnie to nie dziwi. To stworzenie z czasem staje się członkiem rodziny, bliscy zaczynają widzieć Adę jako postać całkowicie normalną. Ale widzowi trudno jest zapomnieć o tym, że na podstawowym poziomie to dość przerażające zjawisko. Absurdalny kontrast między owczą głową i ludzkim ciałem podkreśla Maria, ubierając Adę w dziecięce ubranka. Dla mnie samej pierwsze kilka dni na planie było trudne, ale z czasem się przyzwyczaiłam i ta hybrydyczność Ady stała się dla mnie przezroczysta, tym bardziej, że od strony realizacyjnej stworzenie tej hybrydy nastąpiło dopiero w postprodukcji. Także raz śpiewałam kołysanki owcy, raz malusieńkiemu dziecku, raz marionetce. W mojej głowie zlały się one w jedną Adę, która śniła mi się podczas zdjęć jeszcze na długo przed tym, jak została stworzona komputerowo.

Grywałaś w przeszłości bohaterki, które kryły się za wyrazistymi ubraniami lub ostrym makijażem, jak Lisbeth Salander w „Dziewczynie z tatuażem”. Maria nosi tylko praktyczne ubrania, nie maluje się. Czy z punktu widzenia aktorki takie „odsłonięcie” było atrakcyjne?

Bardzo dziękuję za to pytanie, bo ono dotyka sedna pewnego procesu, który dla mnie od jakiegoś czasu jest ważny i ciekawy. Dużo o tym myślałam od momentu powrotu na Islandię, bo zawsze, kiedy tam przyjeżdżam, mam wrażenie, jakbym patrzyła wprost na samą siebie. Bez szans, by coś ukryć albo zasłonić, brutalnie szczerze. To jestem ja, wszystkie moje demony i wszystkie moje dobre strony w jednym obrazku. Ja w pełnej okazałości, ja od której nie mogę uciec. Muszę mówić samej sobie prawdę. Ukrywałam się przez wiele lat. Zmagałam się ze złamanymi sercami i innymi, trudnymi sprawami, od których człowiek raczej wolałby uciec. I kiedy wróciłam na Islandię tym razem, poczułam że nie chcę się już ukrywać. Jestem gotowa się zatrzymać, spojrzeć sobie prosto w twarz i zapytać: „Noomi, jaka jest twoja istota?”.

W tym sensie rola Marii musiała być dla Ciebie doświadczeniem uzdrawiającym.

W stu procentach! Film powstawał chronologicznie, co jest bardzo rzadkie, ale dla nas  było ogromnym darem. Na samym początku filmu Maria funkcjonuje tak „na pół gwizdka”. W przeszłości pozamykała na klucz pewne części siebie, radzenie sobie z nimi było dla niej zbyt trudne. Bo jak żyć, kiedy stracić się dziecko? Czy w ogóle człowiek jest w stanie w takiej sytuacji funkcjonować? Ja sama mam syna i ta rola zmusiła mnie, żeby sięgnąć w miejsca niezwykle bolesne. Maria jest pracowita, praktyczna. Odłączywszy to, co emocjonalne i ulotne, skupiła się na robieniu, działaniu, załatwianiu spraw. Ale kiedy rodzi się Ada i przed Marią otwiera się możliwość potencjalnego uzdrowienia, wejścia na nowy życiowy etap, ona tę szansę akceptuje. Powolutku zaczyna wpuszczać tlen do zatęchłego, od dawna zamkniętego na cztery spusty pokoju. Zaczyna odnajdywać swój głos, a razem z nim ból. Ale tylko otwarcie się na ten ból może uruchomić proces samouzdrawiania. W tym sensie zagranie Marii było dla mnie niezwykle wyzwalające. Bolesne, ale dobre.

Wydaje mi się, że rodzicielstwo często redukowane jest do pewnych stereotypów. Potem rodzi się dziecko i rodzic ma poczucie dezorientacji - nic mu się nie zgadza, nie wpisuje w żadną z arbitralnie nakreślonych ról. Wasza filmowa historia w pewnym sensie mówi o tym, że rodzicielstwo może być takie, jakim my sami chcemy je widzieć.

Dla mnie to bardzo dużym stopniu opowieść o rodzicielstwie, macierzyństwie. No i historia miłosna. Opowieść o tym, że miłość była przerażająca. O tym, że przerażające bywa, gdy ta miłość zostaje ci zabrana. Czy można pokochać ponownie po takiej stracie? I czy ta nowa miłość będzie podobna, czy całkiem inna? Ada staje się dla Marii symbolem możliwości powrotu do kochania. Ale może Ada to tylko sen o miłości? Może w ogóle nie istnieje? Rozważaliśmy tyle przeróżnych możliwości na planie... Valdimar, reżyser, miał z postaciami niezwykle bliską więź. Nic to nie było ostatecznie postanowione przed wejściem na plan. Udawało się do bohaterów dodawać kolejne odcienie przez całe zdjęcia. To niezwykła sytuacja, bardzo piękna.

Ten proces który opisujesz – wolny, organiczny, kreatywny – nie bardzo kojarzy mi się z realiami Hollywood, w którym od dawna zawodowo funkcjonujesz.

Tam wolność też istnieje, tylko w nieco innej formie. Elisabeth Shaw [postać z „Prometeusza” i „Obcy: Przymierze” -red] też tworzyłam wspólnie z Ridleyem Scottem. Jasne, są inne kostiumy, inny budżet, inna skala. Czasami na planie jest 30 osób, czasami 500. Ale praca, jeśli pracujesz z dobrymi ludźmi, w gruncie rzeczy jest w miarę podobna. „Lamb” stał się dla mnie tak wyjątkowy, bo to na Islandii jako dziewczynka po raz pierwszy poczułam, że gdzieś przynależę. Podczas tych zdjęć ponownie udało mi się odnaleźć mój głos. Islandia to początek mnie.

Maria, w tej swojej praktyczności, robotności, kojarzyła Ci się z kobietami, które znałaś z dzieciństwa?

Jak najbardziej. Zobaczyłam w niej siebie, swoją babkę Gudrun, ale tez wiele innych, bliskich mi kobiet. I mężczyzn! Maria bardzo przypomina mi mojego islandzkiego „tatę”, mieszkańca wioski, który opiekował się mną podczas wspomnianych letnich wizyt. Zawsze w polu, urobiona po łokcie, wracająca do domu po zmroku. Potem kolacja, może parę stron książki i spać. A następnego dnia znowu, od początku. Żadnych rozmów o emocjach. Maria i ja bardzo szybko zlałyśmy  się w jedno. Wtedy przestałam myśleć o tym, co zrobiłaby bohaterka, jak by postąpiła. Po prostu zaczęłam być. To było pierwotne, zwierzęce uczucie. Mniej niż człowiekiem należącym do cywilizacji, byłam stworzeniem w królestwie zwierząt.

Być tak blisko postaci to z jednej strony coś wyjątkowego, ale potencjalnie również bardzo trudnego. To ogromna odpowiedzialność, emocjonalny wysiłek. Zdarzało się, że to brzemię było zbyt ciężkie, by je nieść?

„Zbyt ciężkie”? W moim słowniku nie ma tego określenia. Sytuacja zależy od okoliczności. Niektóre rolę proszę o więcej, inne o mniej. Czasami chodzi o poświęcenie fizyczne, codziennie nabijane siniaki. Czasami wysiłek psychiczny, odkrywanie głębokich pęknięć w duszy.  Ale zawsze staram się słuchać postaci, tego czego ona ode mnie oczekuje. Kiedy gram, staram się iść tam, gdzie powinnam, gdzie potrzebuję.

Od Twojego udziału w szwedzkiej adaptacji trylogii „Millenium” minęła ponad dekada, wiele się wydarzyło. Jednak ta rola zbudowała Twoją międzynarodową karierę, a na ekranizację czeka czwarta część książki. Wyobrażasz sobie powrót do roli Lisbeth Salander?

Wszystkie postacie, które w swojej karierze grałam, mają we mnie jakieś miejsce. Trochę, jak byli kochankowie. Czasami zdarza mi się że mam flashback, powracają do mnie urywki wspomnień. W zależności od kontekstu albo cierpnie mi skóra albo przeszywa dreszcz zadowolenia. Ale nie myślę o tym na co dzień. Nie mam takich konkretnych skojarzeń, że „O, to mi się kojarzy z tym, jak się czułam na planie „Dziewczyny z tatuażem””. To przeszłość, coś zaklętego w sferze wspomnień, w takiej osobistej bibliotece. Tam wszystkie te postaci sobie bezpiecznie mieszkają. I Lisbeth też we mnie mieszka, bo była mną. Jedną ze starych wersji mnie. To wciąż jestem ja, ale, dzięki Bogu, już nie tak silnie obecna.

„Lamb” opowiada też o losie. O tym, że czasami trzeba go zaakceptować mimo tego, jak bolesny i trudny potrafi być. Przecież na samym końcu Maria musi pogodzić się z tym, że to natura decyduje o wszystkim.

Dokładnie tak. Po premierze w Cannes miałam sesję zdjęciową na plaży. Wiał jakiś szalony wiatr, nic nie wychodziło tak, jak chcieliśmy, nie dało się ustawić kadru. W pewnym momencie zaczęłam się czuć, jakby ten wiatr chciał mnie gdzieś zabrać, autentycznie byłam gotowa z nim odlecieć! Kocham w naturze to, że czasami człowiek nie ma wyboru. Musi pochylić głowę i powiedzieć „W porządku Matko Naturo, chowam dumę do kieszeni, od teraz będę pokorna”. Jest to bliskie memu sercu podejście, bo tak właśnie byłam wychowana - w przekonaniu, żeby nic nie brać za pewnik, żeby pielęgnować w sobie pokorę.

Trudno jest nie dostrzec chrześcijańskiego wymiaru filmu. Akcja rozgrywa się tuż przed świętami, pani bohaterka nazywa się Maria, wychowuje pół dziecko, pół jagnię… 

Dla mnie fascynujące jest to, jak islandzki folklor i chrześcijańska kultura się w tej opowieści zderzają. To nie powinno zaskakiwać, ten miks jest dla Islandii charakterystyczny. Pamiętam jak moja babcia, Islandka, poważnie traktowała święta Bożego Narodzenia. Wszyscy chodzili do takiego malutkiego, dziwacznego kościółka w górach. Byli bardzo blisko Boga, ale Boga rozumianego jako Natura. W tym sensie religia wyznaczała rytm ich życia i myślę, że tak rozumiana religia ma też swoje miejsce w filmie.

Mówiłaś wcześniej o szukaniu swojego głosu. Czy utracenie go miało związek z przenosinami do Hollywood? Z tym, że tak łatwo jest się zgubić w dzisiejszym świecie, gdzie wszystko pędzi i się zmienia?

Niedawno przeżyłam takie mini-objawienie: otóż ciało jest konserwatywne. Umysł jest odważny, serce dzikie, ale ciało najchętniej trzymałoby się starych praw. Zostałoby w trybie funkcjonowania, jaki dawno temu ustanowili nasi przodkowie i odrzucało wszelkie propozycję zmiany zapewniając, że dobrze mu w tym brzydkim, zakurzonym kąciku. W tym sensie życie jest ciągłą walką pomiędzy ciałem, umysłem i sercem. Wielokrotnie w moim życiu czułam, że się zmuszam do zmiany. Tak było, kiedy wyjeżdżałam jako piętnastolatka do Sztokholmu. Potem, kiedy ze Szwecji poleciałam do Londynu, gdzie nikogo nie znałam. 

Zmiana to coś dobrego, ale też przerażającego.

Dlatego na swojej drodze zmiany człowiek potrzebuje świadków. Takiego poczucia, że jest ktoś, kto patrzy, kibicuje. Wtedy my możemy sobie powiedzieć: „OK, będę odważna dla ciebie. Chcę skoczyć z klifu i zobaczyć, gdzie wyląduję, bo wiem, że patrzysz”. Wydaje mi się, że dziś jest się łatwo pogubić nie tyle w Hollywood, co w ogóle w życiu. Po prostu trudno jest żyć w świecie, w którym jesteśmy tak oderwani od natury, od esencji swojego jestestwa. To pogubienie widzę też wśród moich znajomych, którzy pracują w całkiem innych branżach. W życiu człowiek się gubi, znajduje i tak cały czas, na zmianę. Po prostu trzeba raz na jakiś czas sprawdzać, gdzie aktualnie jesteśmy.

 

[Anna Tatarska, Cannes, lipiec 2021]