Malibu, 10.30, słoneczna środa. Spotykamy się niedaleko domu Julii, w willi w kalifornijskim stylu. Aktorka pojawia się znienacka, ubrana w kwieciste klapki i hipisowską sukienkę – smukła szyja i mokre włosy współgrają z luźnym stylem. Równie dobrze mogłaby przyjść na bosaka jak dwa lata temu w Cannes, gdy stanęła z George’em Clooneyem na czerwonym dywanie. Opromienia ją ten sam uśmiech, którym 27 lat temu oczarowała świat w „Pretty Woman”. Ten sam śmiech, idealne zęby, ten sam głos, te same gesty co w filmach. Akcja! Julia Roberts najpierw wymienia uściski ze swoim ulubionym fryzjerem Serge’em, z charakteryzatorką Genevieve, rzeczniczką Marcy i osobistą stylistką Elizabeth, po czym wita się z resztą ekipy przyjaznym uściskiem dłoni. I wkracza do swojej garderoby urządzonej w najbardziej luksusowym garażu świata. Jest tam przenośna toaletka z oświetlonym lustrem, krzesło reżysera, przytulna strefa relaksu i prywatny bufet, którego nie zobaczymy. „Jest chudsza niż kiedykolwiek” – wyjaśnia jej stylistka. Aktorka z pewnością przestrzega ścisłej diety, ale możemy się tylko domyślać jakiej. Uważnie ogląda przygotowane przez stylistów ubrania – na ułamek sekundy wstrzymujemy oddech. Uff... Julia podchodzi do nich z entuzjazmem.W południe gwiazda wychodzi z garderoby z idealną fryzurą i delikatnym makijażem. Ubrana w długi pulower siada na fotelu obok basenu. Czas na zdjęcia. Potrafi świetnie pozować, ale też upewnia się, że wszystkim podobają się efekty. Stylista fryzur Serge nie odstępuje jej na krok. Julia, skupiona, żongluje pogodnymi minami. Kiedy ekipa dogląda tła jednego ze zdjęć, zza zasłony dobiega jej żartobliwy głos: „Ale mam nadzieję, że z pierwszego planu jesteście zadowoleni?”. Tak, pani Roberts! Jakże moglibyśmy nie być?


W tym roku zostałaś po raz piąty uznana przez magazyn „People” za „najpiękniejszą kobietę świata”. Czy to wiele dla Ciebie znaczy?

JULIA ROBERTS: Takie rzeczy nigdy nie powinny znaczyć zbyt wiele. Owszem, to bardzo schlebia, ale należy podchodzić do tego z dystansem.

Pierwszy raz przyznano Ci ten tytuł na początku lat 90. Jak zmieniłaś się od tamtej pory?

O rany, zmieniło się całe moje życie! Dużo lepiej czuję swoje miejsce w świecie. Jestem mężatką z trojgiem dzieci.


Dwoje z nich, córka Hazel Patricia i jej brat Phinnaeus Walter, są już nastolatkami. Boisz się tego trudnego wieku?

Czuję się zaintrygowana. Wszyscy domownicy gubią się w domysłach: co się wydarzy? Panuje atmosfera wyczekiwania. Ale nie boję się. Dobrze wiem, kim oni są, i nie wyobrażam sobie, by pewnego dnia obudzili się zupełnie inni tylko dlatego, że mieli urodziny. Będzie dobrze, póki będą świadomi zmian, jakie w nich zachodzą.

Kilka lat temu powiedziałaś ELLE, że kiedy dzieci były małe, nie wiedziały, że jesteś sławna. A co dziś wiedzą o karierze mamy?

Mają wrażenie, że wykonuję najlepszą i najłatwiejszą pracę na świecie. Spędzam czas z przyjaciółmi, wszędzie są przekąski, noszę piękne stroje i świetnie się bawię w cudownych miejscach. Przepracowują to na swój sposób – myślę, że czasem dobrze rozumieją, na czym to polega, a czasem nie. Ale są absolutnie pewne tego, jakim jestem człowiekiem, i to jest najważniejsze.

Jesteś mężatką z długim stażem, zwłaszcza jak na standardy Hollywood. Co jest największym wyzwaniem w małżeństwie? 


Małżeństwo z moim mężem nie niesie wielu wyzwań. Uważam go za superczłowieka. Łatwo go kochać, jest dowcipny, świetnie się razem bawimy. Cieszę się za każdym razem, kiedy staje w drzwiach. To szalenie istotne. Wychowywanie dzieci w sposób dający radość i harmonię też robi swoje. Mówi się, że czas szybko mija – te 15 lat zleciało jak kwadrans!

Wierzysz, że można znaleźć kogoś na całe życie?

Tak. Może kiedyś nie dałabym sobie za to obciąć ręki, ale teraz owszem, jestem za.

Jakie są najważniejsze składniki równowagi psychicznej?

Sen. Humor. Otaczanie się ludźmi, którzy nas czegoś uczą.

Jeśli chodzi o filmy, jesteś dosyć wybredna. Czym ujął Cię scenariusz na podstawie książki „Wonder” Raquel Palacio?

Czytałam ją z dziećmi, byliśmy zauroczeni. Jest piękna. Powiedziałam więc swojej agentce: „Książka wyszła jakiś czas temu, na pewno ktoś kupił prawa do ekranizacji. Jeśli szukają kogoś do roli mamy, chętnie o tym porozmawiam”. I okazało się, że prawa nabył jeden z producentów „Pretty Woman”, którego nie widziałam od 25 lat! Umówiliśmy się na lunch, świetnie się gadało i dalej już poszło.

Co poruszyło Cię w tej historii?

Film opowiada o współczuciu i utraconej sztuce poświęcania czasu na poznawanie siebie nawzajem. Właśnie to było dla mnie tak poruszające i tak ważne dla moich dzieci: świadomość, że powinniśmy obdarzać się miłością. To ponadczasowy przekaz. Jednak w dzisiejszym świecie  pojawiła się frustracja, rodzaj agresji, więc dobrze przypominać o takich wartościach.

Możesz powiedzieć coś o swojej bohaterce?

Odłożyła na bok osobiste cele, by zająć się dziećmi, a szczególnie synem Auggiem, który stoi wobec wielu wyzwań, przeszedł mnóstwo operacji i często ląduje w szpitalu, co wymaga jej czasu, energii i troski. Na początku filmu chłopiec idzie do szkoły, a ona pierwszy raz od lat zostaje w domu sama. To dla niej duża zmiana. Pomyślałam, że to ciekawy temat do zgłębienia – każdy rodzic na jakimś etapie zostaje w pustym gnieździe, choćby na kilka godzin, kiedy dzieci są w szkole. Czym wypełnić ten czas? Dla niej jest to coś tak nowego, że ciekawie jest zobaczyć, co dla siebie znajdzie.

Czy Twoje dzieci miały kontakt z takimi dziećmi jak Auggie?

Pewnego razu odwiedziły mnie na planie, gdy towarzyszyły nam dzieci stojące przed podobnymi wyzwaniami. Zachowały się naturalnie: „Cześć, jak się macie?”. Bez lęku. Nie było nawet tego, co jest tak pięknie opisane w książce, jak Auggie wyraźnie dostrzega to trwające ułamek sekundy zawahanie. Ale to właśnie dzięki tej książce – po jej lekturze i omawianiu jej przy rodzinnych kolacjach były przygotowane.

Jak młodziutki i uroczy 10-letni aktor Jacob Tremblay radził sobie emocjonalnie ze swoim sztucznym „defektem”?

Przez pięć czy sześć tygodni spędzonych z nim na planie tylko raz widziałam go bez charakteryzacji. By ją nałożyć, przychodził do pracy o wiele wcześniej od nas, więc nie wiem, jak to przeżywał. Ale na planie nigdy nie narzekał, choć czasami było bardzo gorąco. Był niesamowity.

Uważasz siebie za wrażliwą osobę?

Chyba tak. Skoro moja praca polega na wyrażaniu emocji i myśli, to chyba wymaga jakiegoś poziomu wrażliwości i empatii. Niektórzy aktorzy zdają się na technikę, ale dla mnie ważniejsze jest osobiste odniesienie, emocjonalne zrozumienie tego, co się dzieje.

Otaczasz się bliskimi przyjaciółmi i wieloletnimi współpracownikami: stylistka, fryzjer, charakteryzatorka... Czy to ułatwia Ci pracę?

Gdy przychodzi się do pracy o piątej rano, ma się ochotę rozmawiać z ludźmi, których się zna. Ja mam szczęście do przyjaźni. Z Serge’em pierwszy raz pracowałam 28 lat temu. Przyjaźń daje komfort, komfort – poczucie bezpieczeństwa, a ono z kolei uwalnia od lęku przed podjęciem ryzyka czy eksperymentem. Czuję się trochę skrępowana, kiedy przebieram się do sesji zdjęciowej. Mam ochotę spytać: „Czy mogłabym już włożyć z powrotem swoje dżinsy?”. Ale obecność przyjaciół sprawia, że czuję się bezpiecznie – mogę mieć na sobie króciutkie szorty i kabaretki i nie czuć się głupio.

To Twoja trzecia kampania dla Calzedonii. Co przyciągnęło Cię do tej marki?

To wspaniała firma rodzinna. Bardzo mnie ujęli, kiedy się starali o mój udział. Mogę reprezentować tę firmę i jej produkt z pełnym przekonaniem, bo mi się podoba i nie muszę niczego udawać. To miłe, że wciąż mnie zapraszają.

Jakie rajstopy Calzedonii wolisz: czarne czy cieliste?

Czarne.

Ze szwem czy bez?

Bez. Bo co, jeśli nie zauważysz, że szew się przesunął?

Gładkie czy w deseń?

W deseń! We wzorach jest radość!

Grochy czy kabaretki?

Jeszcze 20 minut temu wybrałabym grochy, ale kabaretki z sesji bardzo mi się spodobały.

Jak dbasz o nogi?

Na tym etapie życia to raczej nogi dbają o mnie (śmiech).

Twoje marynarki stały się swego rodzaju deklaracją stylu. Jak stały się Twoim wyjściowym strojem?

Kiedy poszłam na rozdanie Złotych Globów za „Stalowe magnolie” w garniturze i krawacie od Armaniego. Nie wiedziałam, jak należy się ubrać, a były to jeszcze stare dobre czasy, gdy wybierało się samemu coś fajnego. Chciałam czuć się bezpiecznie, a garnitur ma dla mnie coś ze zbroi. Daje poczucie, że cokolwiek by się działo, poradzę sobie, z kolei w sukni czy sukience czuję się bardziej podatna na ciosy. Lubię męskie ubrania, czuję się w nich dobrze. Na szczęście dziś się to podoba.

Jakie masz hobby? Nadal robisz na drutach?

Tak, noszę w torebce włóczkę i druty. Dwa lata temu nauczyłam się grać we wspaniałą grę o nazwie madżong. Używa się do niej pięknych kostek, a sama gra jest bardzo ciekawa. Wszyscy moi domownicy umieją w nią grać, jest przenośna, mieści się w małej walizeczce, zabieramy ją na wyjazdy. Gram w nią co tydzień z przyjaciółkami.

Co myślisz o tym, że aktorki są nieustannie wypytywane o to, jak radzą sobie z wiekiem, a aktorzy nigdy?

Jest w tym zdecydowany brak równowagi. Podtrzymuje się stereotyp, że męskie starzenie się ma w sobie wdzięk, a kobiece – nie. Nie zgadzam się z tym. Jest równie dużo dobrze „zakonserwowanych” 50-latek co 50-latków i są ludzie, którzy wyglądają okropnie w wieku 40 lat. Nie tyle istotny jest wiek, ile to, kim się jest. Wrzucanie wszystkich kobiet do jednego worka „borykają się z wiekiem” jest trochę głupie. Zawsze wypływa to w wywiadach, choćby nawet chodziło o rodzaj kremu, jakiego się używa. Nie sądzę, by George’a Clooneya pytano, czym się nawilża!