Z pewnością znacie jej prace albo słyszeliście ten intrygujący pseudonim, za którym ukrywa się ta rozchwytywana 31-latka. Barrakuz ma na swoim koncie projekty dla takich marek jak Reserved, adidas, Levi's, czy Prosto, a jeśli jesteście fanami dobrej polskiej muzyki, to z pewnością znacie jej okładki dla takich artystów jak Suwal, Król, Kasai albo "merch" dla Taco Hemingwaya z okazji promocji płyt "Szprycer" czy "Cafe Belga". Wszędzie jej pełno. Lista jest zbyt długa, żeby wymienić wszystkie współprace tej pani, ale to właśnie dzięki niej Polacy oszaleli na punkcie kolaży. Zachwycamy się jej projektami, dlatego postanowiliśmy poznać samą Barrakuz. Jaka jest Beata Śliwińska?

ELLE.pl: Przełom końca i początku kolejnego roku to moment, kiedy wszyscy robią podsumowania albo wytyczają sobie kolejne cele. Też to robisz?

Beata Śliwińska/Barrakuz: Ostatnio nawet usłyszałam: "Beata zrobiłaś sobie podsumowanie roku?". Gdy zaczęłam myśleć o tym ile się działo, w ilu warsztatach i wykładach brałam udział, to sama jestem zaskoczona, że tyle udało mi się zrobić przez te 12 miesięcy. Jednak zastanawiam się, jaki jest sens takich podsumowań. Niektórzy uważają to pewnie za mobilizujące, a może chodzi tylko o połechtanie własnego ego?

Żyjemy w tak szybkim tempie, że często zapominamy o wydarzeniach sprzed kilku tygodni czy miesięcy.

Rzeczywiście. Ja tak mam, ale to też dlatego, że gdy wstaję rano czuję się nową osobą. Bez bagażu doświadczeń. Kolejny dzień to kolejne, często nowe, wyzwania. 

To wynika z twojego charakteru, czy tego, że zdecydowałaś się na freelance i jesteś swoim własnym szefem?

Myślę, że to są pozostałości po tym, jak musiałam walczyć z brakiem pewności siebie. Tak naprawdę nadal nad tym pracuję. 

Trudno w to uwierzyć. Jesteś doceniana przez branżę, co chwilę pojawiasz się z kolejnym projektem.

Tę pewność siebie buduję właśnie poprzez pracę zawodową. Chociaż nie powinno tak być, zawód nie powinien definiować tego jakimi jesteśmy ludźmi. Praca silnie na nas oddziałuje, ale nie silę się na podkreślaniu tego w relacjach z innymi, jestem po prostu projektantką. 

Z drugiej strony prowadzisz warsztaty np. z tworzenia kolaży.

Mówienie do ludzi, a zwłaszcza przekazywanie im wiedzy tak, żeby byli zasłuchani, jest trudne. To było dla mnie zaskoczenie, gdy okazało się, że potrafię być mówcą. Wcześniej brałam jedynie udział w szkolnych występach, obronie pracy i miałam krótki epizod ze śpiewem. Nic więcej. Okazuje się, że takie wystąpienia przed publicznością mnie motywują. 

Do czego? Co dają ci spotkania tego typu?

Ludzie są głodni wiedzy. Dostaję ogromną liczbę zapytań: czy pojawię się na pewnej uczelni, czy spotkaniach dotyczących designu. A to przecież tylko część mojej pracy, ok. 10% tego, co robię zawodowo. Cieszy mnie, że ludzie mają coraz większą świadomość estetyki czy panujących trendów. Sama lubię się uczyć, cały czas się doszkalam, poszukuję nowych informacji. Bywa, że specjalnie jadę gdzieś za granicę, żeby zobaczyć jakąś wystawę. Uważam, że to bez sensu, żebym te informacje zostawiała tylko dla siebie. Ktoś mi kiedyś zwrócił uwagę, że przecież pokazuję swój warsztat pracy i czy nie boję się, że powstaną kolejne Barrakuz. To co robimy, także projektując, to wynik składający się na doświadczenie zawodowe, ukończoną szkołę lub kursy i tego, co sami mamy w głowie. Zawsze mnie zaskakuje, gdy na warsztaty przychodzi np. 20 osób, każdy ma te same materiały, a powstają z nich zupełnie różne projekty. Dlatego marzy mi się, żeby dzieci w szkołach zamiast plastyki, uczyły się właśnie poczucia estetyki. 

Uważasz, że ludzie zaczęli interesować się designem, właśnie w formie grafik lub plakatów?

Mamy świetnych twórców i to na wysokim poziomie, jednak uważam, że to ogromne zainteresowanie stroną wizualną jest pewną formą mody. Chcemy wiedzieć kto jest autorem albo kto zaprojektował dany mebel czy ubranie. To wynika z pewnych trendów. Świadomość jest większa. Sama uwielbiam polską szkołę plakatu, ale jestem też fanką fotografii w mieszkaniach. 

Zauważyłaś, że ostatnio częściej wybijają się dziewczyny na tym polu?

To świetne, że jest coraz więcej dziewczyn-projektantek. Część z nich ma podobne podejście do mnie, nie boją się ryzyka. Można być w strefie komfortu, pracować jako grafik na etacie i mieć z tego satysfakcję. Ja obrałam zupełnie inną drogę. Każdy dzień przynosi przygody i doznania, porażki oraz sukcesy. Dziewczyny mniej się boją, wychodzą naprzeciw odbiorcy, wierzą w swoją pracę. Poczułyśmy swoją wartość, że możemy być dobre. Gdy spotykam kogoś w wieku 19 czy 20 lat i przypomnę sobie, jak bardzo miałam złe mniemanie o sobie to sugeruję tej osobie, żeby się nie ukrywała. A wręcz chwaliła. Za mało doceniamy siebie samych i innych. Nie mam już problemu z mówieniem o swoich sukcesach, choć nadal jestem swoim największym krytykiem.

Ale pseudonim masz uniseksowy.

To całkowity przypadek, co więcej, z tego powodu miałam sporo zabawnych sytuacji. Barrakuz nie powstało z myślą o pseudonimie artystycznym. Na początku studiów, mniej więcej, znajomi i rodzina zaczęli mówić do mnie w skróconej formie "Bea". Potem skrócono to do dwóch liter i czytano po angielsku, a następnie ktoś połączył to z bohaterem serialu "Drużyna A", B.A. Baracus. Jakimś dziwnym trafem to się połączyło, a ja to spolszczyłam i tak powstała ta nazwa. Początkowo wszystkie maile adresowane do mnie pisane były w rodzaju męskim, a gdy odbierałam telefon to wiele osób było zdziwionych, że rozmawiają z dziewczyną.  

Wspomniałaś o uczelni. Z wykształcenia jesteś architektem.

A dokładnie magistrem inżynierem na kierunku architektura krajobrazu. Ale w wyuczonym zawodzie pracowałam zaledwie cztery miesiące na stażu. Szybko stamtąd uciekłam. Lubię gdy tematy szybko się zmieniają, gdy kolejne wyzwania pojawiają się co tydzień i nie muszę pracować przy długofalowych projektach. Nadal kocham architekturę, to właśnie ona dała mi umiejętność korzystania z perspektywy, poczucie przestrzeni. Amatorsko zajmuję się też wzornictwem, pomagam projektować wnętrza mieszkań swoim znajomym. Przez pewien czas byłam zła na siebie, że spędziłam pięć lat na dziennych studiach, a nawet nie pracuję w tej dziedzinie. Widocznie tak miało być.

Kreatywny "skręt'' poczułam już na studiach, na architekturze pracuje się głównie w zespołach projektowych, ja już wtedy najbardziej byłam zaangażowana w grafikę i wizualizacje. W tym czasie prócz dziennych studiów, zaczęłam uczęszczać weekendowo na zajęcia z graphic designu. Te pięć lat edukacji były dla mnie bardzo intensywne, momentami czułam, że wiąże się to z pewnego rodzaju poświęceniem.

To teraz musisz ujawnić skąd wzięły się twoje słynne kolaże. Ta część projektowania kojarzy się wielu osobom głównie z wycinankami na plastyce.

Pracowałam już wtedy jako "graphic designer", ale nie do końca lubiłam tę pracę. Wracałam do domu po godzinach, rano pobudka i znów praca w biurze. Uciekłam stamtąd, próbowałam swoich sił jako wolny strzelec, potem znów etat w agencji kreatywnej i tak na zmianę. Na dodatek pojawiły się problemy zdrowotne. Musiałam pożegnać się z pracą zawodową na pół roku. Dochodząc powoli do siebie zaczęłam w końcu robić swoje rzeczy, na które wcześniej nie miałam czasu. Po prostu nie jestem w stanie siedzieć bezczynnie. Przeglądałam materiały i przy okazji zaczęłam wycinać jakieś kształty, pierwsze dekonstrukcje. Ale byłam też wtedy na takim etapie, że pokazywanie swoich prac uważałam za przejaw próżności. Było to dla mnie bezpodstawne chwalenie się czymś, co niewiadomo czy jest nawet dobre. Wtedy usłyszałam pewne ważne zdanie, które dziś powtarzam innym: "jeśli nie pokażesz swoich prac to nikt nie zajrzy do twojej szuflady". Zaczęłam publikować swoje projekty w internecie, z początku hobbistycznie. Do tej decyzji zainspirowała mnie też książka, którą znalazłam w jednym ze sklepów w Lizbonie, gdy byłam tam w 2014 roku. Było to "Age of Collage", a na okładce widniała kompozycja autorstwa Matthieu Bourel, który do dziś mnie inspiruje.

To było dla mnie coś nowego, modyfikacje graficzne wynikające z kolażu traktowałam jak coś vintage. Większość kojarzy to przecież z wydzierankami z gazet czy wycinankami. Zaczęłam robić coś w tym stylu, ale w bardziej nowoczesnej formie. Nadal musiałam uważać na zdrowie, więc to były jakieś pojedyncze prace i projekty. W 2016 roku, tuż przed Ogólnopolskim Strajkiem Kobiet, gdy czekałam w kolejce na wizytę u lekarza odezwała się do mnie Marta "Martiszu" Ludwiszewska z Pogotowia Graficznego. Zaproponowała mi stworzenie plakatu na Czarny Piątek. Projekt powstał w 10 minut, a po jego publikacji rozdzwoniły się telefony. To był znak, żeby pójść w tym kierunku.

A projekty z Reserved i Medicine, koszulki dla Taco Hemingwaya? Jakie to uczucie, gdy widzisz kogoś w ubraniu ze swoją grafiką?

Bardzo przyjemne, nie ukrywam. Był taki moment, że w Warszawie, w której mieszkam, nie udało mi się dojrzeć zbyt wiele osób w tych ubraniach, ale zdarzały się sytuacje, gdy podczas wyjazdów mijałam kilka osób jednego dnia w koszulkach mojego projektu. To wyjątkowe i miłe, ale też odpowiednio do tego zawstydzające.

Przyznałaś się kiedyś, że gdybyś miała okazję to chciałabyś współpracować z Alessandro Michele, dyrektorem kreatywnym Gucci. 

Jest najbardziej odpowiednią osobą na tym miejscu, a to co pojawia się w ramach marki - nie tylko modowo, ale wokół, robi ogromne wrażenie. Mam wrażenie, że zmierzamy w stronę takiego neoromantyzmu. Billy Porter z serialu "Pose" na rozdaniu Oscarów miał na sobie suknię, Timothee Chalamet lansuje jednokolorowe zaskakujące garnitury, a inni mężczyźni chodzą w koronkach. Takim przykładem jest np. Harry Styles. Facet w stylu Toma Forda już nie jest interesujący. Te zmiany w modzie są też dla mnie ważne pod względem projektowania. Oglądam pokazy i przypatruje się dobranej kolorystyce, wzorom, a nawet scenografii na pokazach. To prawda, że wracamy do trendów z poprzednich dekad, ale inne są środki przekazu. 

Pracujesz też z muzykami. Na swoim koncie masz kilka docenionych okładek.

Podoba mi się to zderzenie ilustracji z muzyką. Prywatnie lubię oglądać okładki płyt, słucham sporo muzyki i chodzę do sklepów z winylami. Płyta gramofonowa jest moją pocztówką z podróży - idealnie mieści się do bagażu podręcznego.

Wolisz pracować na komputerze, czy raczej analogowo?

Uwielbiam to oderwanie się od części cyfrowej. Tak pracuję z kursantami na warsztatach i tak powstała też okładka nowej płyty Low Key "Distance". Chłopaki z zespołu napisali do mnie, że zależy im aby ten projekt bazował na pracy odręcznej. W wersji cyfrowej nie udałoby się uzyskać pewnych niedopowiedzeń, naderwania papieru, cięcia nożyczek. Inne są też światłocienie.

Czy jest projekt, z którego jesteś szczególnie dumna? A może nie skupiasz się na tym i wolisz patrzeć w przyszłość.

Specyfika pracy każe mi być myślami już mniej więcej w połowie 2020 roku. Trochę muszę sięgać w przód i być niejako przygotowaną na pewne wyzwania, bez tego nie czułabym ekscytacji. Poza tym, chyba taka jest rola projektantów, by być gdzieś obok trendów, najlepiej na krok przed. Nigdy za. Z projektów, które były dla mnie swojego rodzaju trampoliną była współpraca z marką Adidas Originals. Mało kto mnie wtedy znał jako niezależną projektantkę, a dostałam ogromny kredyt zaufania. Nie staram się myśleć o tym, który projekt był najlepszy. Raczej skupiam się na tym, co mogę jeszcze zrobić. Ostatnio myślę o pewnych zmianach. Dziś nie musisz być tylko grafikiem, możesz robić zdjęcia, malować obrazy, czy projektować ubrania oraz akcesoria. 

Ktoś mógłby powiedzieć, że to chwytanie się wszystkiego po trochu...

Ja uważam, że to raczej nauka czegoś nowego. Następna strona w księdze doświadczeń, a może nowa droga zawodowa? Życie składa się z etapów. Moim jest teraz projektowanie graficzne, ale za pięć lat chciałabym być już w innym miejscu.

Ale nadal marzysz o zaprojektowaniu okładki płyty dla Radiohead?

Niezaprzeczalnie tak! Nadal jestem ich fanką, ale to wymagałoby ode mnie skręcenia stylistycznego, bo oni mają specyficzny styl okładek, bardziej "trashowy" niż wymuskany.