Makijaż permanentny brwi - dlaczego warto się na niego zdecydować?
Jesteś chora? – spytała mnie z troską koleżanka przy sobotnim śniadaniu. – Nie, po prostu się nie umalowałam – odpowiedziałam lekko zmieszana. Nie wiem, której z nas było bardziej głupio. Po powrocie do domu gapiłam się w lustro chyba z 10 minut. Jest aż tak źle? Z moją jasną cerą, naturalną skłonnością do sińców pod oczami i prawie niewidocznymi brwiami bez makijażu faktycznie nie wyglądałam jak okaz zdrowia. Moja twarz była rozmyta, przezroczysta. I choć w tym sezonie idealnie wpisywałabym się w trendy (wybielone łuki brwiowe na jesiennych wybiegach lansowały m.in. Kenzo, Prada i Marc Jacobs), to moim marzeniem zawsze były gęste, wyraziste, dodające charakteru brwi jak u Cary Delevingne, Gigi Hadid i Kendall Jenner. 
Zainspirowana blogami i tutorialami na YouTube testowałam na swoich brwiach wszystkie nowe produkty, smarowałam je olejem rycynowym, wcierałam odżywki. Bez większego skutku. Dalej były rzadkie, jasne i cienkie. Ratowała mnie henna, na którą chodziłam do zaprzyjaźnionej kosmetyczki. Tuż po zabiegu efekt był zadowalający, ale krótkotrwały. Dwa dni później moje brwi znowu znikały. Po latach stosowania henny przestały też chwytać kolor albo – co gorsza – pod jej wpływem robiły się rude. Przerzuciłam się na przyciemniające kredki i cienie, za pomocą których żmudnie dosztukowywałam brakujące włoski. Klęłam przy tym jak szewc, bo cierpliwość ani precyzja nigdy nie były moimi mocnymi stronami. Ale dzięki temu przynajmniej było widać, że mam oczy. Do momentu, gdy pod wpływem deszczu, upału czy potu cienie spływały mi na skronie i policzki, obnażając moje dalekie od ideału smętne mysie ogonki. – Zrób makijaż permanentny – usilnie namawiała mnie równie skąpo obdarzona przez naturę koleżanka, która sama się na niego zdecydowała. Uzyskany przez nią daleki od naturalności efekt nie wzbudzał jednak mojego entuzjazmu. Tak jak perspektywa, że utrzymuje się nawet do dwóch lat. Wolałam już do końca życia nie rozstawać się z paletką cieni, niż wyglądać jak przerysowana postać z kreskówki z dwoma podkowami nad powiekami. 

Czytaj też: 10 trendów w makijażu [jesień-zima 2018/2019] >>

Makijaż permanentny: metoda piórkowa makijażu brwi
– Słyszałaś o microbladingu? – zagaduje mnie na konferencji prasowej ­koleżanka po fachu. Moją uwagę od razu zwracają jej idealnie wy­modelowane łuki brwiowe. Okazuje się, że to zasługa metody piórkowej, najpopularniejszego teraz zabiegu w Hollywood. Wśród jego fanek są m.in. Olivia Palermo, Madonna, Victoria Beck­ham, Oprah Winfrey, Megan Fox i Bella Thorne, które ochoczo prezentują jego efekty na Instagramie. Ku mojemu zaskoczeniu wyglądają bardzo naturalnie. – To dlatego, że każdy włosek jest ręcznie dorysowywany za pomocą mikroostrza tylko na powierzchni naskórka. Ta metoda od klasycznego makijażu permanentnego różni się tym, że nie naruszamy głębszych warstw skóry, dlatego nie ma ryzyka powstania blizn – tłumaczy mi specjalistka microbladingu i linergistka z warszawskiej Kliniki na Saskiej, Katarzyna von Engel. Rewelacja! Mniej zachwyca mnie cena – zabieg razem z korektą kosztuje około 1100 zł. I ponoć jest dość bolesny. Ale co to dla mnie, myślę. Jako dumna właścicielka dwóch tatuaży zajmujących całe przedramiona nie boję się bólu ani igieł. Dodatkowo przekonuje mnie fakt, że metoda wywodzi się z Japonii, a ja od lat jestem fanką azjatyckiej pielęgnacji.

Czytaj też: Dobre odżywki do rzęs - opinie, ranking, efekty >>>

Makijaż permanentny brwi: jak wygląda zabieg?
Najpierw linergistka smaruje mi skórę wokół brwi znieczulającym kremem Emla. Czuję lekkie mrowienie, ale muszę odczekać pół godziny, aż zacznie działać. W tym czasie ustalamy długość, szerokość, kolor i kształt brwi, który pani Katarzyna odrysowuje na mojej skórze. Po 30 minutach mam wrażenie, jakby moje czoło lekko znieruchomiało. Zaczynamy!
Biorę głęboki wdech i... czuję, jakby ktoś skrobał mi skórę nad powiekami nożykiem do papieru. Gorszy od samego uczucia jest jednak odgłos przesuwającego się po skórze ostrza. Brrr... Tatuaż to przy tym pestka. Pocieszam się, że ta męczarnia potrwa nie dłużej niż 20 minut. Wiem, że jestem w dobrych rękach. Liner­gistka szybkimi, zdecydowanymi ­ruchami przejeżdża mi po brwiach mikroostrzem, które składa się z ułożonych ściśle obok siebie miniigiełek. Jednocześnie używając specjalnego pióra, wprowadza barwnik (jak najbardziej zbliżony do naturalnego pigmentu w skórze) i po kolei dorysowuje nowe włoski. Zaciskam zęby. – Jesteśmy na półmetku – pociesza mnie pani Katarzyna. Ból jest do zniesienia, czuję po prostu mocne drapnięcia, tylko ten okropny odgłos skrobania... Na szczęście druga połowa zabiegu szybko mija. Pani Katarzyna przeciera moje czoło z resztek barwnika i podaje mi lusterko.

Makijaż permanentny brwi: jak wygląda skóra po zabiegu?
Uff... Jest lepiej, niż myślałam. Co prawda skóra wokół brwi jest zaczerwieniona i opuchnięta (może być taka nawet przez dobę), ale bardzo podoba mi się nowy kształt moich łuków brwiowych. Mogłyby być ­tylko odrobinę mniej ciemne. – Zjaśnieją – uspokaja mnie pani Katarzyna. Przez kolejne dwa tygodnie pigment będzie stopniowo blaknąć. Dopiero wtedy zobaczę docelowy odcień. A po miesiącu mam przyjść na zabieg uzupełniający. – Podczas korekty możemy wzmocnić kolor, skorygować kształt lub bardziej zagęścić brwi – wyjaśnia mi pani Katarzyna. Na razie mam jednak przez minimum tydzień unikać słońca, sauny, kąpieli w basenie, nie moczyć, nie czesać ani nie malować brwi i obficie smarować je maścią z witaminą A.

Czytaj też: Modny makijaż [trendy jesień-zima 2018/2019] >>>

Makijaż permanentny: opinie
Kiedy opuchlizna schodzi, nie mogę przestać patrzeć się w lustro. Mam brwi! Wyraźne, gęste, pięknie wysklepione, w brązowo-grafitowym odcieniu, który idealnie współgra z moim naturalnym ciemnym blondem. Żegnajcie, kredki i paletki! Po miesiącu stawiam się w gabinecie na umówioną korektę. Kilka sprawnych ruchów pani Katarzyny wystarczy, by uzupełnić brakujące włoski. Jej zdaniem efekt utrzyma się u mnie do półtora roku. Wiem, że po tym czasie na pewno wrócę do niej powtórzyć zabieg. Makijaż zajmuje mi teraz pięć minut. Odrobina fluidu, szminka, mascara i jestem gotowa do wyjścia. Choć od kiedy zrobiłam microblading, coraz częściej zdarza mi się chodzić zupełnie sauté. A koleżanki, zamiast po raz kolejny pytać, czy jestem chora, mówią mi, że świetnie wyglądam. I tak się czuję. Oby ten stan utrzymał się przez obiecane półtora roku.

Makijaż permanentny: ceny
Cena makijażu permanentnego wahają się od około 1000 do 1500 zł.


Czytaj też: Regulacja brwi czy makijaż brwi? >>>