Co łączy Davida Lyncha z Julią Roberts, ze Stellą McCartney i Stingiem? Medytacja. Pomaga w kreatywności, drodze do kariery i osiągnięciu równowagi. Obietnice bez pokrycia? W Tajlandii medytacja niedawno uratowała życie chłopcom uwięzionym przez kilka tygodni w jaskini, w Niemczech medytacje dynamiczne refunduje tamtejszy NFZ jako pomoc w leczeniu chorób fizycznych i psychicznych. Z kolei niektórzy błędnie doszukują się w niej źródła narkotycznych odlotów i sposobu na ustrzelenie szóstki w totka, co świetnie opisał Swami Ajaya w książce „Medytacja. Psychologia jogi w praktyce”. Medytacja dynamiczna jest nietypowa, bo odbywa się w ruchu. Tym bardziej postanowiłam zaryzykować i zobaczyć, na czym polega i jak działa. 


Akt pierwszy
Niemy krzyk

Zajęcia odbywają się w Oh Lala w Warszawie. Studio ­wygląda jak z Nowego Jorku: murale, stare meble, makramy z kwiatkami i lustra. Czuć tu kobiecą rękę. Bo to kobiety ­stworzyły to miejsce dla ciała i ducha (odbywają się tu ­sesje jogi kundalini, terapie Lowena, taniec na rurze czy ­masaże powięziowe).
– Medytacja dynamiczna to świadomy rodzaj ruchu, który działa jak emocjonalny i fizyczny detoks. Ma wszystkie cechy medytacji: wymaga uważności, bycia tu i teraz, a faza uwalniania emocji pozwala się spocić i wyskakać. Dla nas to trening idealny. Spa dla duszy i ciała. Uwolnienie od udawania i pozwolenie sobie na ekspresję negatywnych emocji to ogromna ulga. Ciało nie kłamie. Kiedy się odpręża, oczyszcza z napięć, w pełni oddycha. Staje się źródłem informacji o tym, co prawdziwe. Drogowskazem – mówi Marta Majchrzak, psycholożka, badaczka i współwłaścicielka Oh Lala. Połowę grupy stanowią stali bywalcy, którzy przynoszą maty, materace, piłki, poduszki, chusteczki i wiaderka. – Oglądałaś wideo o medytacji dynamicznej? – pyta Aga, prowadząca zajęcia. – Nie — odpowiadam, a grupa zaczyna się śmiać. Powód? „Dynamiczna” może wywołać wymioty, omdlenia, płacz… 
Dostaję czarną opaskę na oczy. Mam nie podglądać, nie kontrolować, ale skupić się na wnętrzu. Zostaję, choć czuję się niepewnie. Przy dźwiękach rytmicznej muzyki cała grupa walczy z „katarem siennym”, czyli oddechem ognia. Robię to samo – intensywnie wypuszczając powietrze przez nos. Kręci mi się w głowie. Siadam. Aga mnie namawia, żebym spróbowała kwilić. Łzy jak grochy płyną mi po policzkach. Nie mogę przestać, choć nie wiem, co mnie smuci. Opaska na oczach robi się mokra. Słyszę gong. 
Czas na fazę uwalniania emocji. Krzyczą, przeklinają i uderzają w piłki i materace wszyscy – poza mną. Aga ­podpowiada, żebym się ruszała. W przeciwnym razie ­emocje innych, wejdą we mnie. Podskakuję i macham rękami. Nie mam głosu. Ugrzązł gdzieś w środku. Słychać gong. Pora na empowerment: podskakiwanie z uniesionymi w górę ramionami i wykrzykiwanie głosek „hu” (ang. who). Ramiona opadają, a łydki bolą… Terapeutka pokazuje mi alternatywę: wypychanie miednicy, które wygląda, jakbym chciała z kimś kopulować. Wracam do podskoków. Słyszę „stop!”.  Cisza. W fazie uważności mam trwać przez 15 minut z uniesionymi rękami. Wszystko mnie drażni: zapach materaca, opaska na oczach, drapanie w gardle, dźwięk kapiącego na matę potu sąsiada… Ale szybko słyszę przyjemne dźwięki w stylu goa trance. Ostatnią fazą jest taniec radości. Jestem szczęśliwa. Na koniec leżę i oddycham. Mam zamęt w głowie. Muszę tu wrócić. Inni przeżyli katharsis, a ja jedynie katar… 
Efekty medytacji nie pojawiają się po jednej sesji – jak czytam w „Medytacji. Psychologii jogi w praktyce”. Zobaczysz je dopiero wtedy, kiedy przestaniesz oczekiwać i odpuścisz. Podobnie jak trening mięśni z czasem daje moc, tak regularny trening umysłu przez medytację może usprawnić myślenie i czucie. Poznajesz siebie i stajesz się lepszą osobą dla otoczenia. Chcę tego bardzo!


Akt drugi
Swobodna demolka

Mija kilka tygodni. Wracam do Oh Lala na dynamiczną. Początek jest podobny. Znów kręci mi się w głowie od oddechu ognia. Staram się nie zemdleć. Mam takie dreszcze, że muszę włożyć bluzę. W fazie wariata biorę „siekierkę” z poduszki i zaczynam tłuc nią w materac. Ściągam bluzę. Chwytam piłkę lekarską i ciskam nią 100 razy w podłogę. Jest ogromna, więc czuję, jakbym wyrzucała ze środka ogromny ciężar. W opasce na oczach krzyczę „nie”, trzymając poduszkową siekierkę i bijąc materac. Muszę wyglądać jak nawiedzona ninja. Przestaję oceniać innych i jestem tylko tą złością. Czas na skakanie. To dla mnie jak wejście na Kilimandżaro. Z przyjemnością reaguję na hasło „stop!”, czyli 15 minut milczenia. Błogo odpoczywam. Zaczyna się taniec radości. Ruszam się jak azjatycka księżniczka na imprezie rave. Z ciała zeszło kilka kilogramów złości. Czuję się, jakbym się porządnie wyspała i wymasowała. Wieczorem zasypiam przed swoimi dziećmi. Padam. Kolejnego dnia mam zakwasy w łydkach, ramionach, a nawet brzuchu. A do tego: spokój w sercu, promienną skórę, świetliste białka oczu. Medytację dynamiczną najlepiej jest podobno zrobić w serii, codziennie przez 21 dni. Skoro czuć taką ulgę po jednym-dwóch spotkaniach, to może być naprawdę dobre doświadczenie. W ciele na co dzień kumuluje się tyle napięć, że warto się ich pozbyć. A jeśli skutkiem ubocznym ma być redukcja stresu, dobry wygląd i samopoczucie – nie mam nic przeciwko.
 

Tekst Maria Kowalczyk