Moja terapia partnerem zastępczym. Na czym polega Surrogate Partner Therapy? 

W zeszłym roku przez pięć miesięcy umawiałam się z mężczyzną. Nie był to jednak zwykły związek. Zaczęło się od randki w kawiarni i skończyło na randce w kawiarni, a między tymi spotkaniami była relacja, która istniała głównie w prywatnej klinice. Nie znam jego nazwiska, numeru telefonu ani nie wiem, gdzie mieszka. On, tak samo jak ja, nie wie o mnie nic. Temat pieniędzy nigdy nie pojawił się w naszych kontaktach, ponieważ pracownicy kliniki zajęli się finansami i całą logistyką. Teraz, gdy jest już po wszystkim, mam złamane serce, choć rozumiem, że to, co przeżywałam, było tylko rolą odgrywaną w celach terapeutycznych.

Jestem 44-letnią starą panną. Nienawidzę tego słowa, ale to najtrafniejszy sposób, w jaki mogę się przedstawić. Zdecydowałam się na terapię SPT (w języku angielskim: surrogate partner therapy) z partnerem zastępczym w desperackiej próbie zmiany własnego życia, ponieważ na palcach jednej ręki mogłam policzyć swoje kontakty seksualne. Umawianie się na randki jest dla mnie niesłychanie stresujące. Nigdy nie przeżyłam żadnej traumy typu gwałt lub molestowanie. Przyczyny mojego stresu są złożone i zawiłe, wynikające z połączenia trudnych okoliczności i sytuacji rodzinnej, do czego należy dodać jeszcze stwarzane przez samą siebie przeszkody w postaci przybierania na wadze i blizn na ciele. 

Jestem przewrażliwiona na temat intymności od czasów, gdy byłam nastolatką. Kiedy miałam 20-30 lat, seks nie był priorytetem, jednak gdy przekroczyłam czterdziestkę, nie mogłam już dłużej ignorować sprawy. Próbowałam umawiać się na randki przez internet, ale wyglądało to tak, jakbym chciała sobie coś udowodnić. Miałam wrażenie, że cały czas kłamię, udaję. Potrzebowałam zasadniczej zmiany. Po latach chodzenia na „normalną” terapię zaczęłam się zastanawiać nad terapią z partnerem zastępczym. Na początku sama myśl wydawała się przerażająca, ale takie same odczucia wiązały się ze szczerą rozmową na temat seksu. SPT mi odpowiadała, ponieważ była wyzwaniem. Opowiedziałam wąskiemu gronu przyjaciół, głównie kobietom, ale także ich mężom, o swoich planach. Wszyscy mnie zachęcali. Chyba uznali, że skoro mam na tyle odwagi, by podjąć ten temat, to powinnam spróbować. Tak naprawdę jestem tchórzem, skoro minęłam czterdziestkę i nie umiałam zaznać jednej z podstawowych przyjemności życiowych.

Już podczas pierwszych wizyt w klinice stało się jasne, że pracujący tam terapeuci widzieli aż nazbyt często kobiety podobne do mnie, i to do tego stopnia, że czasami czułam się jak stereotyp: kolejna neurotyczka pozbawiona seksu, która wybrała karierę zamiast miłości. Dostałam psychoterapeutkę, którą nazwę A. Widywałam się z nią w klinice mieszczącej się przy cichej bocznej uliczce w Tel Awiwie. Z zewnątrz wygląda jak kancelaria prawna lub gabinet dentystyczny. Z kierowniczką kliniki, znaną na całym świecie specjalistką, obdarzoną silną i surową osobowością, spotkałam się tylko raz. Pierwsze pięć minut poświęciła na zapoznanie się z notatkami mojej terapeutki, podczas gdy ja siedziałam i patrzyłam, jak czyta historię mojego życia. Byłam tak przerażona, że w końcu zaczęłam szlochać. Większość tej sesji przepłakałam... Wrażenie zrobiła na mnie przede wszystkim jej umiejętność obserwacji i nazywania lęków w sposób tak bezpośredni, że wręcz krępujący. Kiedy później opowiedziałam o tym S. – swojemu zastępczemu partnerowi seksualnemu – przyznał z podziwem, że szefowa kliniki to prawdziwy Dumbledore: mądra, a do tego uosobienie dobra. Dumbledore intymności i seksu.

S. został wybrany spośród grupy partnerów zastępczych będących w zasobach kliniki. Miałam tylko jedną prośbę: aby nie był zbyt szczupły. Dlatego, że to moja sylwetka zawsze była dla mnie ogromnym problemem. Nie chciałam czuć się jeszcze bardziej skrępowana. Mimo że czas, który początkowo spędzałam z S., upływał bardziej na rozmowie niż kontakcie fizycznym, byłam jednym kłębkiem nerwów. Podczas pierwszej randki robiłam wszystko, żeby się nie rozpłakać, chociaż nie było do tego powodu, bo S. okazał się ciepłym, uprzejmym facetem. Skoro już znał mój problem, całą energię, którą zazwyczaj poświęcam na wymyślanie kłamstw, przekierowałam na cieszenie się tą chwilą. Możliwość rozmawiania szczerze i otwarcie była ulgą. S. jest 38-letnim artystą, z pochodzenia Francuzem i ma cudowne piwne oczy. Wszyscy partnerzy zastępczy zatrudnieni w klinice muszą mieć jakieś inne źródła dochodu, więc poza muzykowaniem uczy również w szkole przedmiotów artystycznych i filmu. Jest także barmanem, chociaż nie wiem gdzie. Nasza ostatnia randka na zewnątrz, przed rozpoczęciem sesji w klinice, odbyła się na plaży. Wykąpaliśmy się w morzu, a potem włóczyliśmy się, popijając zimne piwo, które S. z sobą przyniósł, i dyskutując na temat znaczenia bliskości.

S. miał wiele partnerek seksualnych – nie chciał wyjawić ile, lecz jestem pewna, że chodzi o trzycyfrową liczbę, więc wypaliłam, że to chyba nie ma nic wspólnego z bliskością, jeśli można ją przeżywać z tyloma kobietami. Przyjął to bez mrugnięcia okiem, ale poczułam się okropnie – dziecinnie, cynicznie i podle. W następnych dniach zaczęłam denerwować się tym, co zrobiłam. Terapia SPT uwzględnia przygotowanie przez partnera sprawozdań na temat każdej sesji. Później są one odczytywane przez terapeutkę w mojej obecności. Okazało się, że S. podobała się rozmowa na plaży. Powiedział nawet, że do tego momentu była to nasza najlepsza randka. Nie mogłam zrozumieć, dlaczego nie rzucił mi wtedy oczywistej riposty: „Nie ma bliskości, jeśli nie masz się do kogo zbliżyć”. Ale on nie obrażał się tak łatwo jak ja. Naiwnie szłam przez życie, sądząc, że istnieje tylko jedna poprawna definicja bliskości, taka, która jest moralnie nadrzędna, i dlatego odpowiednia dla mnie. Tego dnia zrozumiałam, że to termin całkowicie subiektywny, i zaczęłam myśleć o tym, co oznacza dla mnie.

Im  bardziej poznawałam S., tym bardziej martwił mnie fakt, że nasz związek jest tylko na niby. Wraz z końcem każdej randki musiałam wracać do „prawdziwego” życia. Nie było żadnego sposobu, żeby skontaktować się z S. między sesjami. Nigdy nie poznał moich przyjaciół ani rodziny. Nie zobaczył mojego wspaniałego mieszkania. Kiedy się zorientował, że jest mi ciężko wejść w proces terapeutyczny, próbował mnie pocieszać. Porównywał to z sytuacją, gdy uczniowie go pytają, czy sceny w filmie są prawdziwe. Odpowiada im wtedy, że to bez znaczenia, bo dla nich w tej chwili są prawdziwe. Przestałam więc przejmować się tym, co robi, gdy mnie przy nim nie ma, roztrząsać jego motywy, kwestionować szczerość. Pomagał mi przezwyciężyć problemy i był w to zaangażowany. Tylko to się liczyło. Martwiłam się, że zakocham się w S., ale nasz zespół terapeutyczny wcale się tym nie przejmował. Chcieli, żebym przeżyła prawdziwy, pełen uczuć związek, i jeśli miałoby to oznaczać, że skończę ze złamanym sercem – trudno. Z ich perspektywy wzmocniłoby to tylko terapię, a więc było najlepszym scenariuszem.

Nasze pierwsze spotkania w klinice polegały na ćwiczeniach koncentracji zmysłowej, opracowanych przez słynnych seksuologów Williama Mastersa i Virginię Johnson w latach 60. ubiegłego wieku. To jakby forma „bliskości dla manekinów”. Chodzi o dotykanie ciała – twarzy, szyi, ramion, nóg – w rzekomo nieseksualny posób, co w moim przypadku miało pomóc mi powoli oswoić się z fizyczną bliskością S. Może to być także doświadczenie erotyczne, służące stopniowemu podniecaniu się. Zaczęliśmy jednak od surowych zasad niedotykania części seksualnych i ćwiczyliśmy to tak długo, przez kilka sesji, aż moje lęki zmalały. Początkowo czułam się niesłychanie skrępowana, mimo że granice zostały jasno wyznaczone. Tak długo byłam sama, że nie przywykłam do czyjegoś dotyku, nawet do trzymania się za ręce. Sesja poświęcona twarzy okazała się punktem zwrotnym. Siedzieliśmy na kanapie, naprzeciwko siebie, S. masował mi skórę głowy przez 10 minut i przeczesywał moje włosy palcami. Poprosił, żebym zamknęła oczy. Nie lubię swojego ciała, ale włosy mi się podobają. Są proste, miękkie i niezwykle grube. S. chyba był pod ich wrażeniem. Usiadł za mną, aby pieścić moją twarz.

Oparłam się o jego klatkę piersiową i jakimś cudem moje skrępowanie i wstyd zniknęły w jego objęciach. Dotykał moich ust, szyi i powiek. Zaczęłam się odprężać. Po raz pierwszy w życiu oddałam mężczyźnie kontrolę nad swoimi zmysłami. Jego ręce błądziły po mojej głowie i twarzy, jego oddech był ciepły, słodki i niesamowicie zmysłowy. Zdałam sobie sprawę, że się w niego wsłuchuję. Kiedy przestał, po prostu siedzieliśmy, pogrążeni w magii. Czułam się, jakbym była w hipnotycznym transie. Bez wahania zrezygnowałabym z każdego orgazmu, wspólnego żartu i dyskusji, które nastąpiły potem, gdybym tylko mogła wrócić do tej jednej chwili. 

To jest to zaklęcie miłosne, którego wszyscy pragną, iskra, którą próbują uchwycić filmy, piosenki, książki i obrazy. Byłam szczęśliwa, że w końcu udało mi się to przeżyć. Kiedy obudziłam się sama w domu następnego dnia, ciągle słyszałam oddech S. w swoich uszach... On sam wydawał się autentycznie zafascynowany moją oziębłością, wyzwanie stopienia tych lodów po prostu go kręciło. Zanim doszło do zbliżenia seksualnego, stał mi się rzeczywiście bardzo bliski. Co wiedziałam na temat mojego partnera zastępczego? Lubi świeże liczi, zimne piwo i wino (czerwone). W trakcie nerwowych momentów cytuje słowa piosenki George’a Michaela „Careless Whisper”, aby rozładować napięcie i się pośmiać. Ma kota. Jeździ na rowerze. Jest wielkim fanem Harry’ego Pottera. Kiedy powiedziałam mu o różnych głupstwach, które faceci mówili mi przez lata, narzekał, że 90 proc. mężczyzn pracuje na złą reputację pozostałych 10 proc. Podziwiałam go, ale mimo to byłam rozbita podczas naszej pierwszej „sesji penetracyjnej”. Scenariusz został napisany przez moją terapeutkę. Mieliśmy rozpocząć bez poruszania się, w pozycji, kiedy jestem na górze i którą ona na serio nazwała „cichą waginą”. Chodziło o to, żebym to ja przejęła kontrolę i miała szansę na zastanowienie się, jak się z tym czuję. Rzadko się upijam, ale nie mogłam stawić czoła temu wyzwaniu na trzeźwo i przed udaniem się do kliniki wypiłam trzy szklaneczki whisky. Przywiozłam z sobą butelkę na wypadek, gdyby S. też zechciał, ale odmówił. Jasne było, że troszczy się o mnie jak odpowiedzialny dorosły. Próbował przekładać nasz akt, kiedy spostrzegł, że ledwo trzymam się na nogach, ale nalegałam. Pokój wirował, gdy doświadczałam mieszanki przyjemności, szoku i bólu. Moje życie zaprowadziło mnie do wyjątkowego, cudownego mężczyzny, znalazłam go w tej dziwnej klinice i surrealistycznych okolicznościach. To była nasza 20. sesja razem – doszłam tam, gdzie miałam być. 

Podczas kolejnych sesji odkryłam, że moja wagina nie ma nic wspólnego z ciszą, tak naprawdę mogę mieć wielokrotny orgazm. Domyślam się, że to rzadki przywilej, i uważam go za całkowicie sprawiedliwą rekompensatę straconego czasu. S. był zachwycony, gdy po raz pierwszy się zorientowaliśmy, o co chodzi. Nigdy wcześniej nie spał z kobietą, która mogłaby przeżywać wielokrotny orgazm. Ha! To było niesamowite, że mogłam swojemu mentorowi zaprezentować nową seksualną umiejętność. Jeszcze raz i jeszcze raz. Podczas ostatniego spotkania, kiedy S. spostrzegł, że fantazjuję na temat naszej znajomości, powiedział, że nie ma mowy, bym jeszcze kiedykolwiek się z nim umówiła. Rozstaliśmy się po 30 sesjach, żegnając się długim, rozdzierającym serce uściskiem. Patrzyłam, jak odchodzi ulicą. Przez pewien czas byłam załamana. Zastanawiałam się, dlaczego nie mogę żyć długo i szczęśliwie z S.?

Jesteśmy idealnie dopasowani, jak przeciwności, które się przyciągają. Niestety, nikt w klinice nie podzielał mojego zdania, mimo że terapia SPT polega na podtrzymywaniu pozytywnego myślenia. S. i ja byliśmy projektem pilotażowym i gdy dobiegł on już końca, powinnam była ruszyć sama w świat. SPT jest skrajną formą interwencji, ale S. twierdził, że decydując się na nią, każdy może odnieść korzyści, nawet on. Dlatego piszę ten tekst, aby więcej ludzi, zwłaszcza kobiet, dowiedziało się o niej. Szkoda, że nie usłyszałam o SPT jakieś 15 lat temu. Szkoda też, że nie byłam bardziej otwarta i tolerancyjna, kiedy się w końcu o niej dowiedziałam i czekałam, by podjąć decyzję. 

Cały czas widuję się z A., swoją terapeutką, umawiam się na randki w sieci i przez różne aplikacje. To okropne. A. mówi, że jestem ciężkim przypadkiem i że trzeba będzie zaliczyć pierwszych 50 randek, zanim znajdę kogoś, w kim się zakocham. Nie jestem pewna, czy rozumie to dosłownie, czy jako pewną metaforę liczbową, która i tak jest poza moim zasięgiem. Boję się zapytać, ale to nie ma znaczenia. Musimy być przygotowane, że to będzie długa droga. A. chce, żebym umawiała się z kimkolwiek, kto ma jeszcze tętno. Nienawidzę tego, ale martwię się, że rozczaruję S., jeśli się poddam. Nie chcę, żeby myślał, że jego praca poszła na marne lub że zmieniłam się tylko na krótko. Z każdym dniem oddech S. w moich uszach wydaje się coraz słabszy, ale nie zamierzam rezygnować z jego dobroczynnego wpływu. Ufam również A. i procesowi terapeutycznemu. Nie chcę znowu zamknąć się w sobie. Teraz, gdy wiem, jak smakuje miłość i bliskość, muszę znowu poczuć w sobie ich słodycz.

Rosie Garelick to pseudonim pisarki i freelancerki. Terapia odbyła się w klinice dr Ronit Aloni w Tel Awiwie. Tekst po raz pierwszy pojawił się w magazynie ELLE 05/2016