Ricky Martin: „Scena to moje miejsce. Chyba kiedyś po prostu na niej umrę” [WYWIAD]
Ricky Martin od początku swojej kariery w zdominowanej przez rynek USA muzyce pop przecierał szlaki artystom z regionu Karaibów, Ameryki Środkowej i Południowej. To zaangażowanie, również na poziomie społeczno-politycznym, się opłaciło. Dziś język hiszpański króluje na szczytach list przebojów. A Martin rusza w trasę. 2 lipca zagra w Krakowie. Rozmawiamy, gdy przebywa akurat w Cannes. Ciągle się śmieje. – Mam taki cel, by ludzie na moich koncertach zapomnieli o troskach. Da się zrobić…

Ricky? – mówię do słuchawki. Nie, żebym nie rozpoznała głosu Martina, którego piosenki nuciłam jako nastolatka. Nie dało się inaczej, bo hity „Livin’ la Vida Loca”, „María” czy „La Copa de la Vida” (hymn mundialu 1998) podbiły międzynarodowe listy przebojów i znał je każdy, kto choć trochę interesował się muzyką popularną.
Dwadzieścia siedem lat później mimo zaawansowanych technologii telefon między Warszawą a Cannes jakby na złość zrywa połączenie. Raz, drugi, piąty.
– Ricky, jesteś tam? – próbuję po raz kolejny. – Tak! – dobiega w końcu jego głos. – Właśnie mówiłem dzieciom, że dawno nie cieszyłem się tak na wywiad. Dziękuję, że znalazłaś dla mnie czas – dodaje. – Nie, to ja dziękuję – wymieniam uprzejmość, tak naprawdę plącząc się zaskoczona. Całkiem niepotrzebnie, bo odkąd pamiętam, wieść niesie, że Ricky Martin to jedna z najsympatyczniejszych i najczulszych gwiazd światowego show--biznesu, a hasło o traktowaniu ludzi z szacunkiem wcielał w życie, zanim Harry Styles, który owo rozsławił, się urodził.
Martin przyszedł na świat w San Juan w 1971 roku, a na scenie, już profesjonalnie, stanął jako nastolatek z zespołem Menudo. W latach 90. jego płyty osiągały milionową sprzedaż. Najwięcej? Dwadzieścia milionów egzemplarzy pierwszego anglojęzycznego krążka „Ricky Martin” z 1999 roku. Ale wcześniejsze, hiszpańskojęzyczne, osiągały równie imponujące wyniki (dziewięć milionów).

Oprócz muzyki artysta mocno angażuje się w działalność charytatywną i akcje społeczne. W przerwie Halftime Show podczas tegorocznego finałowego meczu ligi NFL Super Bowl, któremu przewodził Bad Bunny, Martin zaśpiewał protest song „Lo Que Le Pasó a Hawaii”, opowiadający o kolonizacji, gentryfikacji oraz strachu przed utratą tożsamości. Absolutnie wzruszający występ jest do obejrzenia na YouTube. A potem? Ricky wyruszył w ogólnoświatową trasę koncertową. Jako że w dniu rozmowy przebywa akurat na południu Francji, pytam, co tam robi. – Jestem na prywatnym evencie, ale na krótko. Za chwilę wracam do Los Angeles, do dzieci, i lecimy na Stary Kontynent już razem na europejską część trasy. Ostatni rok był dla mnie bardzo łaskawy, nie mogę narzekać. Wydarzyło się wiele wspaniałych rzeczy – mówi. A co dobrego przed nami?
MAJA CHITRO: Dobrze liczę, że to Twój trzeci raz w Polsce? Przynajmniej oficjalnie...
RICKY MARTIN: Myślę, że trzeci raz w Krakowie, ale Polskę odwiedzałem wielokrotnie. Albo były to wizyty promujące muzykę, albo jakieś krótkie prezentacje. Tak naprawdę Polska była obecna w mojej karierze właściwie od początku. Za każdym razem, gdy tu przyjeżdżam, spotykam się z zaskakującą czułością. Ostatnim razem arena była wypełniona po brzegi. I pomyślałem, że siłą latynoskiej muzyki jest to, że przekracza granice. Nie ma znaczenia, skąd pochodzisz. Gdy wsłuchujesz się w te rytmy czujesz się tak, jakbyś chwyciła paszport i przeniosła się na Karaiby. Ludzie to doceniają. Dlatego z taką przyjemnością wracamy do miast Europy Środkowej i Wschodniej. To naprawdę niesamowite, jak odbieracie tę muzykę!
Niektórzy twierdzą, że Polacy pod względem emocjonalnym są Latynosami Europy Wschodniej, więc coś w tym musi być... A masz jakieś ulubione miejsca, do których wyjątkowo chętnie wracasz podczas trasy?
To trudne pytanie, bo za każdym razem w głowie mam jedną myśl – dać z siebie wszystko, żeby wywołać reakcję publiczności, do której jestem przyzwyczajony. Uwielbiam, kiedy ludzie stają się wspólnotą. Maja, nie ma znaczenia to, czy pochodzisz z Japonii, Australii, czy Polski. W ostatecznym rozrachunku reakcje ludzi na całym świecie są w zasadzie takie same. Mój koncert staje się karnawałem, więc ludzie przełamują bariery i przestają się bać tańczyć, a nawet wygłupiać. To jest potrzebne każdemu człowiekowi, by poczuł się wolny.
Co robisz, żeby się otworzyli?
Po wejściu na scenę od razu mówię, żebyśmy zapomnieli o wszystkich problemach, z którymi mierzy się świat. I że przez następne dwie godziny koncertu wszyscy na sali mają przestać myśleć o pracy, domu, własnym kraju. W tym czasie wojny przestają dla nas istnieć. Przez dwie godziny budujemy razem miejsce idealne, w którym wszyscy czujemy się dobrze.

OK, ale to jedna strona medalu. Jest i druga – trasy koncertowe są fizycznie i mentalnie wycieńczające, pojawia się stres, czy wszystko wyjdzie. Czym są dla Ciebie koncerty nie tylko na poziomie artystycznym, lecz także czysto ludzkim?
Pewnego razu powiedziałem mojemu dziecku: „Synu, znasz Rolling Stonesów?”. Odpowiedział: „Tak, tato, oczywiście”. „A wiesz, że są po osiemdziesiątce, wciąż jeżdżą w trasy i koncertują? Więc myślę, synu, że twój ojciec będzie robił tak samo”. Kilka dni później pyta mnie: „Tato, wiesz, kto jeszcze jeździ w trasy? Paul McCartney”. No więc już mi do tego niedaleko...
Myślę, że jednak jeszcze trochę...
Tak czy siak kocham scenę. Karmię się nią. To moje paliwo, siła napędowa, nałóg. I jasne, koncerty bywają wykańczające. Zmiana kontynentów, bycie z dala od domu, tęsknota za rodziną. Ale takie są uroki tego zawodu, trzeba to po prostu zaakceptować. Więcej niż bólu jest tych dobrych stron. To uczucie, gdy wychodzisz na scenę i 20–30 tysięcy osób śpiewa twoje piosenki, jest nieporównywalne absolutnie z niczym. Muzyka podnosi na duchu. Pozwala mi dostrzec, gdzie dokładnie emocjonalnie jestem, na jakim etapie mojego życia. To ciągła autorefleksja, która w gruncie rzeczy cię wzmacnia, bo dochodzisz do pewnych wniosków, uczysz się tego, co dla ciebie dobre, a co nie. Wszystko po to, by móc funkcjonować na scenie przez lata. A nie jest to łatwe, wielu kolegów sobie z tym nie radzi, kończy się to fizycznym zmęczeniem, wyczerpaniem. Dlatego podróżuję z fizjoterapeutą. Traktuję swoje ciało jak ciało sportowca. Pracuję nad nim tak samo jak nad głową, żeby być w jak najlepszej formie. To jedyny sposób, by wytrzymać ciężar trasy. Za to, kiedy jestem w domu i w spokoju spędzam dwa tygodnie, zaczynam wariować. Wszystkim powtarzam: „Jedźmy już gdzieś!”. Nawet dzieci pytają, dokąd teraz... Więc rodzina się do tego trybu życia przyzwyczaiła. A co dalej? Cóż, nie znam innego życia, kiedyś po prostu chyba umrę na scenie. Nie chcę dramatyzować, ale... wydaje mi się, że to dość oczywiste, patrząc na moje życie. Scena to moje miejsce.
Doskonałe! „Nie chcę dramatyzować” w ustach portorykańskiego artysty...
No dobra, zawsze dramatyzuję, mam tendencje do nadmiernej przesady. Ale na usprawiedliwienie dodam, że to znakomite paliwo do tworzenia muzyki.
To akurat czuć w hiszpańskojęzycznych tekstach. Skoro już o piosenkach mowa, Twoje pierwsze albumy, jeszcze w latach 90., sprzedawały się w milionach kopii. Nie będzie przesadą, jeśli powiem, że otworzyłeś drzwi do światowych list przebojów dla kolejnych pokoleń artystów z Karaibów, Ameryki Środkowej i Południowej. Dużo Cię to kosztowało?
Wyobraź sobie, że na początku kariery cała moja muzyka – albo przynajmniej jej większość – to były romantyczne ballady. Gdy świadomie, coraz częściej zaczynałem sięgać po latynoski folklor, pracować z rytmami, które są częścią mojej tożsamości – również narodowej – jeden z dyrektorów wytwórni powiedział mi: „Ricky, to koniec twojej kariery”. Wiesz, o jakim utworze mówił? O „Maríi ”!
I co Ty na to?
Nie złamałem się, przeciwnie, dla mnie to była motywacja. Pomyślałem wtedy: „Wiesz co? Udowodnię ci, że ludzie chcą tego słuchać, nie tylko Latynosi, ale i cały świat”. I wtedy się zaczęło — pierwszy, naturalny krok to była Hiszpania, gdzie ta muzyka stała się faktycznie fenomenem. Potem przyszedł czas na Francję i kolejno Finlandię, Polskę, Niemcy, aż stała się zjawiskiem na skalę całego kontynentu europejskiego. Dlaczego? Może dlatego, że od zawsze bardzo ciężko pracowałem. Jestem przedstawicielem starej szkoły — uważam, że aby osiągnąć wyjątkowe rzeczy, trzeba na nie zapracować. Dlatego lubię trasy, które, jak już rozmawialiśmy, mogą być wycieńczające. Przyznaję, że miałem wtedy sporo energii, siły, żeby promować moje albumy o każdej porze dnia, w każdym miejscu na świecie. Ta muzyka wywołała sporo zamieszania, bo – owszem – byli ludzie, którzy znali muzykę latynoską, ale byli też tacy, którzy pierwszy raz się z nią zetknęli. Albo traktowali jako egzotykę, coś, co istnieje tylko na wakacjach na Karaibach. Więc kiedy woziłem ten klimat do Europy, czasem w środku zimy, przypomniałem wszystkim o ich wypoczynku. I to okazało się pomocne. Publiczność przyjmowała mnie z otwartymi ramionami. Ale najważniejsze było utrzymać to zainteresowanie, żeby nie stać się artystą jednej letniej piosenki. Właśnie wtedy zaczęła się prawdziwie ciężka praca. Moja droga artystyczna to wiele wzlotów i upadków, ale uważam siebie za kogoś, kto potrafi przetrwać w show-biznesie. Jestem na scenie od wielu lat, więc coś muszę robić dobrze. Musimy... Do popularyzacji muzyki latynoskiej przyczyniły się przecież całe pokolenia chłopaków i dziewczyn, którzy chcą być wysłuchani, zaakceptowani oraz nieść swoje idee i muzykę w inne części świata. I mają wiele ciekawego do powiedzenia. Choćby Gloria Estefan, Shakira, Enrique Iglesias, Jennifer Lopez, dziś Bad Bunny — jedyny w swoim rodzaju, w tym momencie największy artysta na świecie. Myślę więc, że ziarno zostało dobrze zasiane.

Muzyka latynoska jest obecna w popowym mainstreamie od wielu dekad...
Różnica polega jednak na tym, że teraz mamy do niej łatwiejszy dostęp i jesteśmy bardziej ciekawi tego, co dzieje się w różnych częściach globu. Dzięki mediom społecznościowym świat jest dziś dużo bardziej otwarty. Kiedy dorastałem, słuchało się właściwie tylko artystów śpiewających po angielsku, bo to było „cool”. Teraz jest inaczej, sam słucham muzyki włoskiej, brazylijskiej. Podoba mi się to, co dzieje się w Meksyku i w Korei. K-pop jest fascynujący! Ludzie konsumują więcej muzyki, o której wcześniej by nawet nie pomyśleli, bo łatwiej im ją znaleźć. Kiedyś artysta musiał pracować dużo ciężej, bo nie było mediów społecznościowych. Teraz dzięki nim wszystko jest prostsze.
Naprawdę? Wielu artystów na nie narzeka.
Zdecydowanie! Jednym kliknięciem informacja dociera do milionów ludzi. Nie musisz jej szukać, ona znajduje ciebie. Rozumiesz? Wspaniały wynalazek! Mam nadzieję, że przestrzeń dla artystów do wyrażania siebie będzie się powiększać. Ale liczę też na to, że publiczność będzie domagała się wysokiej jakości — to ważne. Jesteśmy na dobrej ku temu drodze.
Czego oczekujesz dziś od muzyki?
Nie mam wobec niej żadnych oczekiwań. Muzyka po prostu istnieje i ma swój własny rytm. Chociaż sam ją tworzę, jestem też odbiorcą i obserwatorem. Nie wiem, co będzie dalej, i nie zamierzam się tym zadręczać. Dostosowuję się, a jednocześnie próbuję trochę przesuwać granice, żeby cały proces rozwoju muzyki trwał.
A co stało się z tym człowiekiem z wytwórni, który wieszczył koniec Twojej kariery?
Od dawna już nie pracuje w branży.

