pik pik: „Nie chcę udawać wielkiego artysty. Chcę robić rzeczy, które jarają mnie i moich ludzi” [WYWIAD]
W świecie pik pika lekkość nie oznacza braku ambicji. To nie tylko pseudonim, ale coraz bardziej rozpoznawalne uniwersum, w którym dres spotyka się z błyskiem, a żart potrafi prowadzić do całkiem szczerej opowieści o wrażliwości i robieniu rzeczy po swojemu. I właśnie dlatego trudno zamknąć pik pika w jednej łatce – „artysta z internetu” szybko okazuje się zbyt wąskim określeniem.

Pod koniec lipca pik pik wydaje debiutancki album „A STAR”, ale już teraz widać, że nie chodzi mu tylko o wrzucanie kolejnych numerów do sieci. Tworzy własny świat – z muzyki, social mediów, streetwearu, humoru i autoironii, a wokół niego rośnie społeczność, która też chcą być jego częścią. Mówi nam, że „nic nie jest na serio”, ale za tą lekkością stoi bardzo świadome myślenie o tym, co robi i jaką energię chce zostawić po sobie. W naszej rozmowie opowiada o początkach w DRE$$CODE, ludziach po drugiej stronie ekranu, pracy nad debiutem i współpracy ze Swarovskim i marką Relab, która idealnie wpisuje się w jego błyszczący, zabawny, ale bardzo konsekwentnie budowany świat.
Aleksandra Michalik Elle.pl: Zacznijmy od tego, kim dzisiaj jest pik pik. Wiele osób kojarzy cię z sieci, ze współpracy z DRE$$CODE’em albo z viralowych filmików. Gdybyś miał uporządkować tę historię, jak nazwałbyś siebie dzisiaj?
pik pik: Myślę, że zdecydowanie nazwałbym się muzykiem. Twórcą internetowym też jestem, ale raczej bez presji, która często wiąże się z tym określeniem. Nigdy nie miałem potrzeby, żeby ludzie do mnie pisali, lajkowali wszystko, co wrzucam, albo żebym musiał stale coś udowadniać w sieci. To zawsze działo się dość naturalnie. Po prostu publikowałem rzeczy, które mnie jarały, bawiły albo wydawały mi się fajne – i po drodze trafiały na osoby, które czuły podobnie. Internet pozostaje ważną częścią tego, jak to wszystko funkcjonuje.
Czyli na pierwszym miejscu jest muzyka?
Zdecydowanie.
Ale pik pik to nie tylko twój pseudonim. To też całe uniwersum: styl prowadzenia social mediów, imprezy, estetyka, autoironia w piosenkach i wideo. Budujesz ten świat celowo czy wychodzi to naturalnie?
To chyba połączenie jednego i drugiego. Z jednej strony jest w tym zamysł, bo chcę zarażać ludzi swoim humorem, zajawkami i sposobem patrzenia na świat. Z drugiej – robiłbym to tak czy inaczej, bo po prostu to lubię. Muzyka, ciuchy, autoironia, pokazywanie rzeczy, które mnie jarają – to wszystko wychodzi ze mnie naturalnie. Nie mam rozpisanego scenariusza i nie planuję każdego ruchu z kartką w ręku. Ale wiadomo, że kiedy coś trafia do social mediów, przestaje być w stu procentach spontaniczne, bo jednak chcesz, żeby ktoś to zobaczył i poczuł. Najważniejsze jest dla mnie, żeby pozostać autentycznym.

Coraz bardziej czuję też, że pik pik nie musi być tylko moją ksywą artystyczną. Chciałbym tworzyć go jak markę albo community – coś, do czego inni też mogą należeć. Widać to nawet po TikToku, gdzie ludzie dopisują sobie do nicków „pikpik” – pojawiają się różne: „aniapikpik” czy „olciaxpikpik”. To jest dla mnie super, bo pokazuje, że ludzie chcą należeć do mojego świata. Nie chodzi o to, żeby wszystko kręciło się wyłącznie wokół mnie jako osoby. Mam poczucie, że każdy może mieć w sobie trochę pik pika.
Byłeś częścią DRE$$CODE’u, jednej z najpopularniejszych grup twórców internetowych. Co dał Ci ten etap?
Dał mi bardzo dużo obycia w większej grupie osób, które robią super rzeczy i są bardzo barwne. Nauczyłem się funkcjonować w takim środowisku, wyróżniać się na jego tle i radzić sobie w różnych sytuacjach. Członkowie ekipy dali mi też dużo ciepła - to byli moi ziomale. Jak na tamte czasy, to był idealny przepis: świetnie się bawić, jeździć po Polsce, zarabiać na tym i przy okazji spełniać się artystycznie czy ambicjonalnie. To były świetne czasy.
Przygotowało Cię to do kariery muzycznej, zwłaszcza tej scenicznej?
Myślę, że tak – przynajmniej w jakimś sensie. Na pewno bardzo dużo wyciągnąłem z tamtego okresu. Wielu artystom, którzy wcześniej nie mieli nic wspólnego z internetem, takie doświadczenie mogłoby się przydać, bo zobaczyliby inną stronę tego wszystkiego. Czasem coś, co na początku wcale nie wygląda jak twoja droga, potrafi cię obudzić albo dać narzędzia, które później okazują się bardzo przydatne. To działa trochę jak inspiracje w muzyce czy w ogóle w twórczości. Możesz zainspirować się muzykiem, ale możesz też zainspirować się czymś zupełnie przypadkowym. Zrozumiałem też, że nie ma nic ważniejszego niż ludzie, którzy są po drugiej stronie. Gdyby nie oni, mnie też by tutaj nie było. Im częściej widzisz się z osobami, które cię obserwują, tym bardziej to doceniasz.
Kiedy poczułeś, że muzyka jest czymś, co chcesz robić na 100%? Że to nie jest dodatek do życia, tylko jego core?
Na pewno nie czułem tego w szkole muzycznej. Tam muzyka była czymś narzuconym. I chociaż ją lubiłem, nie miała dla mnie takiego twórczego wymiaru, który naprawdę by mnie odpalał. Mocniej zajarałem się nią dopiero wtedy, gdy skończyłem liceum i zacząłem robić muzykę dla przyjemności. Powstawały moje pierwsze produkcje, coraz bardziej w to wchodziłem i czułem, że moja wrażliwość na dźwięki i różne tematy zaczyna się jeszcze bardziej rozwijać. Sam proces twórczy jest dla mnie czymś niesamowicie ciekawym i trudnym do opisania. W pewnym momencie pomyślałem po prostu: to jest coś, co chcę robić do końca życia. Nieważne, czy teraz jest to rap, czy później będzie to zupełnie inny gatunek. Moim marzeniem jest na przykład kiedyś skupić się na muzyce filmowej.
Czyli nie zamykasz się na jedną estetykę?
Nie. Chcę to montować, mieszać i rozwijać.
Internet lubi przypinać łatki: „ten z internetu”, „ten z ekipy”. Miałeś moment, w którym czułeś, że musisz komuś albo sobie udowodnić, że masz realny warsztat muzyczny i możesz nazywać się artystą?
Mam wrażenie, że robienie muzyki w Polsce, zwłaszcza rapowej, trochę polega na udowadnianiu. W moim przypadku jest to paradoksalne, bo ja nie mam potrzeby, żeby coś udowadniać. Ale kiedy spojrzysz na niektóre moje teksty, możesz zobaczyć, że one jednak trochę o tym są. To takie koło. W życiu nie czuję, że muszę coś udowadniać, ale sam fakt, że wrzucam muzykę do internetu i na platformy streamingowe, już jest jakimś udowadnianiem. Dla mnie najlepszym sposobem na łatki jest po prostu robienie ambitnych, dobrych rzeczy. Takich, o których ktoś może powiedzieć: „Dobra, może mi to nie siedzi, ale szacun, świetna robota”. Albo takich, które komuś innemu po prostu się spodobają.
Humor i autoironia są dużą częścią twojej twórczości. To dla ciebie naturalny sposób mówienia o sobie, czy raczej metoda, żeby dotykać poważniejszych rzeczy bez nadęcia?
To jest trochę mój sposób na wytyczanie sobie dróg w życiu . Mam tak, że kiedy trzeba być na serio, to jestem na serio, a kiedy nie trzeba, to nic nie jest na serio. Zresztą tak nazywa się jeden z utworów na moim debiutanckim albumie: „nic nie jest na serio :x”. On też opowiada o autoironii, o podejściu do życia i o tym, że wiele rzeczy na końcu nie ma aż takiego znaczenia. Co z tego, że zrobię z siebie błazna przez minutę, godzinę albo nawet tydzień? Większość ludzi i tak szybko o tym zapomni, dla części może będzie to śmieszne, a ja będę się przy tym dobrze bawił. To jest jakiś luz w życiu. Gdybym wszedł do pokoju pełnego ludzi w garniturach, pewnie nie byłbym sobą, gdybym nie przyszedł w bluzie i full capie. Jasne, potrafię dostosować się do różnych sytuacji i często to robię, ale nie chcę przy tym tracić siebie. Wiem, że niektórzy mogą odbierać to jako brak kultury, ale ja uważam, że rodzice świetnie mnie wychowali i nic bym w tym nie zmienił.
Ten balans między luzem a emocjami mocno słychać w singlu „A STAR ᐸ^ᐳ”. Utwór jest zapowiadany jako jeden z najważniejszych na twojej debiutanckiej płycie. Dlaczego akurat on?
Bo jest top. Ma dobry refren i jest chyba najbardziej zrównoważony, jeśli chodzi o emocje i czutkę. Opowiada o tym, że czuję się jak gwiazda – i tak też nazywa się album, „A STAR”. Singiel ma jeszcze tę emotkę interpunkcyjną ( ᐸ^ᐳ), którą sobie wymyśliłem i która jest dla mnie mega fajna. W tym numerze są momenty, kiedy jestem mocny, i momenty, kiedy jestem słaby. Pod koniec pokazuję bardziej emocjonalną sferę, a na początku dla kontrastu jestem totalnie nonszalancki i mam wszystko gdzieś.
Chcesz zobaczyć tę treść?
Aby wyświetlić tę treść, potrzebujemy Twojej zgody, aby YouTube i jego niezbędne cele mogły załadować treści na tej stronie.
Od twórców z twojej generacji oczekuje się, że będą nie tylko muzykami, ale też performerami, influencerami, projektantami. To cię napędza czy czujesz przez to presję?
Ja robię różne rzeczy, bo mam taką potrzebę, ale szczerze współczuję osobom, które działają w branży muzycznej i czują, że muszą być wszystkim naraz. Trochę się tak nie da. Widzę to po sobie: kiedy mam czutkę na zamknięcie się i totalne skupienie na muzyce, nie jestem w stanie robić social mediów. Kiedy mam czutkę na social media, trudniej mi robić bardziej emocjonalnie wymagające utwory. Nie wiem, czy sam bym się w tym odnalazł, gdyby życie nie podrzuciło mi odpowiednich sygnałów. Mama posłała mnie do szkoły muzycznej i to bardzo mi pomaga, bo nauczyło mnie wrażliwości. Równolegle interesowałem się streetwearem, a projektowanie ubrań zawsze gdzieś się przewijało. Mam chyba farta w życiu, że rzeczy, które mnie interesowały, były pochodne od siebie: ciuchy, muzyka, internet. I w każdym z tych kierunków robiłem coś trochę innego niż wszyscy. Gdybym urodził się w innych czasach, nie wiem, czy byłoby tak samo.
Współpraca ze Swarovskim i marką Relab wydaje się naturalnym przedłużeniem świata, w którym łączysz muzykę, streetwear i internet. Jakie to uczucie, kiedy tak ikoniczna marka jak Swarovski wchodzi we współpracę z pik pikiem?
Szczerze? Chyba do tej pory w pełni do mnie nie dotarło, że to się wydarzyło. To jest szalone i to trochę spełnienie mojego marzenia streetwearowca. W 2018 czy 2019 roku stałem po buty na campach, jarałem się całą boot grą i zawsze marzyłem, żeby zrobić kiedyś naprawdę mocny collab. Nie sądziłem, że będzie to współpraca ze Swarovskim i do tego z Relabem, czyli marką, którą sam bardzo szanuję. To, że te światy się połączyły, jest dla mnie piękne.

Mam poczucie, że zapisaliśmy się w jakiejś historii streetwearu: zrobiliśmy potrójną kolaborację trzech różnych brandów, która ma sens, ma bardzo dobry produkt i mocną komunikację. Przy okazji mojego debiutanckiego albumu nie chciałem wypuścić zwykłego merchu, o którym każdy zapomni i który później będzie noszony jako piżama. Chciałem stworzyć produkt, w którym można normalnie wyjść, czuć się dobrze, ale nie mieć wrażenia, że nosi się na sobie baner z napisem: jestem fanem tego artysty.
I wyszło, że takim produktem będzie dres?
Tak. Myślałem o rzeczach low-key: czapka, rękawiczki, szorty. Ale co każdy ma i często nosi? Dres. To było też back to the roots, bo kiedyś robiłem dresy w swojej marce odzieżowej. Poza tym bardzo często nosiłem dresy Relaba i zawsze chciałem, żeby moje wyglądały właśnie tak jak ich. Skoro idealny produkt był przede mną, uznałem, że po prostu coś na nim zaprojektuję.


Kryształki wzięły się stąd, że zawsze lubiłem wszystko, co się świeci: biżuterię, srebro, błyszczące elementy. Kiedy zastanawialiśmy się z moją managerką Igą, jaki jest mój kolor na album, jak ludzie mnie widzą, przejrzała moje zdjęcia i powiedziała: „Stary, twój kolor to świecące srebro”. Wtedy wszystko zaczęło się układać: blink blink, srebro, kryształki. Na początku miały być zwykłe kryształki. Zrobiliśmy sample, pokazywałem go w tajemnicy najbliższym znajomym i wtedy mój ziomal Kuba zapytał: „A nie chcecie dać na to kryształów Swarovskiego?”. Pomyślałem, że to byłoby spełnienie marzeń. A potem od razu poszedłem o krok dalej: może nie tylko użyć kryształów Swarovskiego, ale zrobić to po prostu we współpracy z marką? Urzekła mnie też sama historia brandu: Swarovski jako ktoś, kto był prekursorem w obróbce szkła i przeniósł to w stronę biżuterii. Pomyślałem, że połączenie tego ze streetwearem, Relabem i moim światem będzie świetne. Odezwaliśmy się do Swarovskiego, oni się zajarali i tak to wyszło.
Gdybyś miał zaplanować kolejne etapy swojej kariery, to co by to było? Po takiej współpracy trudno będzie przebić debiut
Myślę, że przy każdym większym projekcie muzycznym będę chciał stworzyć wokół niego cały świat. Zależy mi na tym, żeby to było coś specjalnego, innego niż wszystko i żeby nie kończyło się tylko na muzyce. Ten collab rzeczywiście będzie trudno przebić. Jeszcze nie wiem, jak to zrobić, ale myślę, że na pewno na coś wpadnę. A jeśli nie będę mógł go przebić, to i tak mam poczucie, że na debiut nie mogłem sobie wyobrazić lepszej współpracy.


