Pianista Lang Lang: „Bywały momenty gigantycznej presji, jaką musiałem znosić. Ojciec poświęcił mojej karierze całe swoje życie” [WYWIAD]
Jeśli ktoś zada dziś pytanie o największych pianistów na świecie, Lang Lang jest w pierwszej piątce. O romansie klasyki z popkulturą, tuż przed koncertem na festiwalu Centralny Plac Muzyki w Warszawie, rozmawiamy z pochodzącym z Chin artystą.

Do pianina usiadł jako trzylatek, bo rok wcześniej zachwycił się kreskówką „Tom i Jerry”, a konkretnie nagrodzonym Oscarem odcinkiem „Koci koncert”, w którym wybrzmiewa fragment rapsodii węgierskiej nr 2 Liszta. Był 1985 rok. Chiny ledwie pożegnały okres rewolucji kulturalnej Mao i przeżyły proces bandy czworga, gdy nadeszła dekada umiarkowanej odwilży. Po długim czasie prześladowań do domów znów wróciły instrumenty muzyczne, a oskarżana dotąd o zachodnią, burżuazyjną zgniliznę muzyka klasyczna na powrót stała się pożądana. Rodzice Lang Langa, również muzycy (ojciec gra na erhu, chińskim instrumencie smyczkowym o dwóch strunach – przyp. red.) wyczuli pasję syna i postanowili wspierać jego talent.
Szybko okazało się jednak, że nauka gry na fortepianie nie przypominała baśni, a presja jest ogromna. Edukacja w Chinach? Bezwzględna. Mimo to Lang Lang wygrywał pierwsze konkursy już jako pięciolatek. Cztery lata później przeniósł się z ojcem do Pekinu, by rozwijać swoje muzyczne zdolności, lecz gdy nauczycielka odesłała go do domu, bo jej zdaniem „nie miał talentu”, ojciec w przypływie desperacji kazał mu z sobą skończyć. Sam Lang Lang zwątpił w siebie, ale nie minęło wiele czasu, gdy znów zaczął czerpać przyjemność z muzyki. Wkrótce, bo w wieku 11 lat, zaczęła się wielka kariera cudownego dziecka, która doprowadziła pianistę na szczyt. Dziś ma na koncie koncerty z najważniejszymi orkiestrami na najważniejszych scenach na świecie. Jego występ otwierał igrzyska olimpijskie w 2008 roku, a artysta zagrał przed 40 milionami widzów. Jest globalnym ambasadorem męskiej linii Diora, luksusowych zegarków Hublot, występuje w filmach. Grał przed głowami państw, m.in. Barackiem Obamą czy królem Karolem III. 29 czerwca w Warszawie zagra z Orkiestrą Polskiego Radia.
O czym myślisz, gdy budzisz się rano i widzisz fortepian? „Znowu to samo?” czy może nadal czujesz ekscytację?
LANG LANG: Każdy dzień i każdy poranek wywołują we mnie pewnego rodzaju podniecenie. Może po 40 latach codziennego grania powinna być to już dla mnie rutyna, ale z tego, co widzę, raczej mi ona nie grozi. Gdy spoglądam na fortepian, zastanawia mnie jedynie to, co mnie dziś czeka, co nowego odkryję. A zawsze jest coś nowego do odkrycia – jakaś fraza, o której wcześniej nawet nie pomyślałem, kolor, którego obecności tam się nie spodziewałem. Fortepian ma swoje sekrety i dzieli się nimi powoli. Dlatego tak go lubię.
Poza muzyką masz czas, żeby zachwycić się inną formą sztuki? Albo w ogóle sztuką życia?
Staram się. Jednym z ulubionych zajęć, którymi zajmuję się w podróży, jest wyszukiwanie nowych restauracji. Kocham też modę – świat wizualny w ogóle mnie fascynuje, nie tylko ubrania, lecz także architektura. Jeśli tylko wiem, że w miastach, które odwiedzam, znajdują się jakieś ciekawe budynki, po prostu muszę je zobaczyć. Ale tak naprawdę wszędzie i zawsze towarzyszy mi muzyka. Wsłuchuję się w rytm ulicy, daję się ponieść melodii rozmów. Niemożliwe jest się od niej odciąć.
A co z kinem? Pamiętam Twoją rolę w świetnym serialu z Gaelem Garcíą Bernalem „Mozart w miejskiej dżungli”. Byłeś zaangażowany m.in. w film animowany „Latająca maszyna”. Jak wygląda Twoja relacja z filmem?
Znów muzyka... Bo muzyka i kino bez siebie nie istnieją. W końcu moją pierwszą lekcją fortepianu była kreskówka z cyklu „Tom i Jerry”. To, w jaki sposób kot zagrał rapsodię węgierską Liszta, sprawiło, że zapragnąłem robić to, co robię. Potem, jako dorosły, grałem kolejne wspaniałe partytury filmowe... I cykl zatoczył koło.
Bywały momenty gigantycznej presji, jaką musiałem znosić. Ojciec poświęcił mojej karierze całe swoje życie. To wielki ciężar spoczywający na barkach dziecka.
Jako „ten dorosły” denerwujesz się przed koncertem?
Zawsze. Ale nauczyłem się, że zdenerwowanie i podekscytowanie są w zasadzie tym samym uczuciem – różnica polega tylko na tym, jak się do niego odniesiesz. Gdy byłem młodszy, zdarzało się, że bywałem absolutnie przerażony. Dziś wiem, że nerwy dostarczają energii, a energię potrafię przekuć w muzykę. Gdybym kiedyś przestał się bać, zaniepokoiłaby mnie ta sytuacja. Zdenerwowanie oznacza, że ci zależy. Że muzyka ma znaczenie.
A gdy już jesteś na scenie? Też się stresujesz?
Wtedy już nie. Coś się we mnie przestawia. Widzę widownię, jest muzyka i przerażenie zmienia się w paliwo. Staram się nawiązać dialog z publicznością. I myślę o tym, czy to się uda. Nie o nutach, sprawach technicznych – te są zaopiekowane. Pytanie brzmi: czy znajdziemy porozumienie?
Profesjonalną karierę zacząłeś jako 11-latek. To wielkie obciążenie dla dziecka. Odczuwałeś to?
Gdy dziś się nad tym zastanowię, to tak. Bywały momenty gigantycznej presji, jaką musiałem znosić. Ojciec poświęcił mojej karierze całe swoje życie – rzucił pracę, dom, przeniósł się ze mną do Pekinu. To ogromny ciężar spoczywający na barkach dziecka niezależnie od tego, czy jest tej sytuacji świadome, czy jeszcze nie do końca. Jednocześnie szczerze kochałem muzykę. Najtrudniejszym było wówczas oddzielenie tej miłości od strachu, że wszystkich wokół zawiodę. Wiele lat zajęło mi przepracowanie tego tematu.
Nauczanie w klasyce bywa okrutne. Zmieniło się coś przez lata? W jednym z wywiadów powiedziałeś, że swojego syna nigdy nie zmusiłbyś do gry, tak jak Ciebie przymuszano.
Zmieniło się bardzo wiele. To, że nie zmuszałbym syna, jak to było ze mną, mówię z wielką odpowiedzialnością. Ciśnienie, którego doświadczyłem, momentami było zbyt duże. Dlatego w mojej fundacji, pracując z dziećmi, pomagam im odnaleźć pasję. Bo jeśli odkryjesz w sobie miłość do grania, dyscyplina przyjdzie sama. Nie da się wymusić sztuki strachem. Tak można wypracować technikę, ale nie muzykę.
Ciekawi mnie Twoje naturalne łączenie dość zamkniętego świata tzw. muzyki poważnej z popkulturą. Kiedy zrozumiałeś, że kultura pop jest istotna w rozwoju muzyka klasycznego? Czy to czasami nie zasługa „Toma i Jerry’ego”?
Właśnie tak! Pomyślałem wtedy, że ten Liszt jest świetny! Miałem dwa lata, więc w zasadzie od zawsze czułem, że muzyka klasyczna ma ekscytować, być teatralna, powinna cię wciągać. Kiedy trafiłem do Curtis Institute (w Stanach Zjednoczonych – przyp. red.), moi amerykańscy koledzy uważali, że Beethoven to muzyka dla ich babć. Pomyślałem: „Nie, nie, nie! Musimy pokazać ludziom, czym naprawdę jest – emocją, siłą”. A jedyny sposób, żeby to zrobić, to iść tam, gdzie jest jak najwięcej ludzi.
I dlatego występowałeś z gwiazdami K-popu, jak Psy czy Rain, z Metallicą, byłeś sędzią w telewizyjnym show „The Piano”. Nagrałeś ścieżkę do gry Gran Turismo 5. Podczas igrzysk w 2008 roku zagrałeś dla 40 milionów widzów. Odważnie jak na jednego z najważniejszych klasycznych pianistów na świecie. Jak łączysz te światy?
Nigdy nie dostrzegłem między nimi konfliktu. Gdy Metallica zwróciła się do mnie, bym zagrał z nią na gali Grammy, pomyślałem: „Jasne!”. Energia heavy metalu połączonego z finałem Beethovena to przecież ta sama rzecz: moc, pasja, wirtuozeria. Może ze wszystkich osób, które przyszły zobaczyć Metallicę, kilkoro zainteresowaliśmy Rachmaninowem? Byłoby to warte wszystkiego.
Wspomniałeś już o modzie, a skoro rozmawiamy w ELLE, powiedz, jaki masz do niej stosunek. Jako jedyny muzyk klasyczny stworzyłeś z Adidasem własną edycję modelu butów Gazelle. Jesteś globalnym ambasadorem Diora i zegarków Hublot. Występowałeś podczas pierwszego pokazu Pharrella Williamsa dla Louis Vuitton...
Kocham modę. Dla artysty prezencja sceniczna jest totalnie istotna. Sposób, w jaki się ubierasz, komunikuje wiele spraw, jeszcze zanim zagrasz pierwszą nutę. Zmienia formę ekspresji, dlatego uważam, że artyści powinni zwracać na ubiór szczególną uwagę.
W repertuarze wracasz do powszechnie znanych utworów, choć rzadko granych na żywo przez wielkich artystów. Podczas jednego z ostatnich koncertów Orkiestry Polskiego Radia usłyszeliśmy „Bolero” Ravela. Dyrektor orkiestry zapytał potem publiczność, ile osób doświadczyło dotąd tego klasyka live. Okazało się, że pięć. Ty zaś nagrywasz album z utworami Disneya, albo „Dla Elizy” Beethovena czy „Clair de Lune” Debussy’ego. Twoi fani szaleją i wykupują miliony płyt. Wiesz, z czego to wynika?
To często objaw snobizmu – że pomysł grania „Dla Elizy” czy „Clair de Lune” jest poniżej poziomu poważnego artysty. A te utwory stały się słynne ze względu na to, że są piękne! Naprawdę piękne. Wyzwanie polega na tym, żeby je zagrać jak nowe, znaleźć w nich osobistą nutę, życie. W serii „Piano Book” chciałem pokazać, że muzyka klasyczna jest dla wszystkich, a odpowiedź publiczności przeszła moje oczekiwania. Ludzie, którzy nigdy nie chodzili na klasyczne koncerty, przyszli, bo kojarzyli te dzieła.
Szczerze? Popełniałem naprawdę wiele błędów. Byłem młody, pragnąłem nieskończonej atencji, więc czasami ego wybiegało daleko przed muzykę.
Przez to podejście znalazłeś się w setce najbardziej wpływowych ludzi świata według magazynu „Time”. Duża odpowiedzialność?
O tak! Ale to też bardziej szansa niż ciężar. Trafienie na tę listę daje ci fundament, który umożliwia zrobienie czegoś ważnego. Dla mnie to fundacja, edukacja, pewność, że muzyka klasyczna dotrze do dzieci, które w innym wypadku nie miałyby możliwości jej poznać.
Lang Lang International Music Foundation jest istotną częścią Twojej pracy. Jak ważna jest w dzisiejszym świecie wymiana i edukacja muzyczna?
Ważniejsza niż kiedykolwiek. Finansowanie edukacji muzycznej jest ograniczane na całym świecie. Szkoły tracą orkiestry, programy fortepianowe. A to dotyka dzieci, które nie mają żadnego innego dostępu do tego świata, a mogłyby przeżyć ten sam zachwyt, co ja, oglądając „Toma i Jerry’ego”, gdyby tylko ktoś postawił przed nimi instrument. Moja fundacja zainspirowała już ponad 10 milionów dzieci na całym świecie. Ta liczba to dla mnie wszystko.
Byłeś pierwszym chińskim pianistą zaangażowanym przez Filharmonię Berlińską, Wiedeńską i inne topowe orkiestry. Jak nie stracić głowy, gdy świat leży u Twoich stóp, a Ty wciąż jesteś dzieciakiem?
Szczerze? Popełniałem naprawdę wiele błędów. Byłem młody, pragnąłem nieskończonej atencji, więc czasami ego wybiegało daleko przed muzykę. Ale miałem wspaniałych nauczycieli – choćby ważnego dla mnie Gary’ego Graffmana w Curtis Institute. Pewnego razu powiedział mi: „Zapomnij o wszystkich rankingach, sławie, skup się na muzyce. A ta sprowadzi cię na ziemię. Beethoven nie przejmuje się tym, jak bardzo jesteś sławny. Za każdym razem i tak będziesz musiał odnaleźć go na nowo”.
Podczas festiwalu Centralny Plac Muzyki zagrasz m.in. V koncert fortepianowy Beethovena. Skoro już go wywołałeś, co Cię w nim pociąga?
Koncert Cesarski to Beethoven w najbardziej triumfalnej, a do tego najczulszej odsłonie. Druga część, Adagio, to jedna z najpiękniejszych rzeczy, jakie kiedykolwiek napisano na fortepian i orkiestrę. To tak, jakbyś została porwana przez ogromną siłę, a potem nagle poczuła, że zalewa cię spokój i intymność. Aż znów wchodzi finał z tą swoją niesamowitą energią. Wykonywanie tego utworu na otwartej przestrzeni, na warszawskim Placu Centralnym, z Orkiestrą Polskiego Radia i Bassemem Akikim to wielka rzecz. Uwielbiam ten pomysł! Beethoven zasługuje na potężną scenę.
Nieco bardziej współczesny muzyk, Herbie Hancock, powiedział kiedyś, że Twoja gra jest „głęboko ludzka”. Jak szukasz delikatności i ludzkiego pierwiastka w muzyce, która wymaga tak wielkiej precyzji i dyscypliny?
Bardzo za to Herbiemu dziękuję. Rozumie to, bo jazz opiera się na podobnych poszukiwaniach możliwości pozostania człowiekiem w ramach struktury i dyscypliny. Dla mnie bierze się to ze słuchania orkiestry, ciszy, przestrzeni. I ze znajomości historii – tego, przez co przeszedł Beethoven, co próbował powiedzieć, ile go to kosztowało. Jeśli znasz tę historię, człowieczeństwo przychodzi samo. Tego nie da się udawać, za to można w sobie pielęgnować.
Muzyka przekracza bariery społeczne i polityczne?
Wierzę w to. Grałem w miejscach bardzo od siebie różnych kulturowo, historycznie, językowo. Muzyka zawsze tworzy wspólną przestrzeń. W sali koncertowej czy na otwartym placu dzieje się coś tak niesłychanego, że przez dwie godziny wszyscy przeżywamy podobne emocje. Widziałem to zbyt wiele razy, żeby w to wątpić. Muzyka przypomina nam o tym, co nas łączy. To potężna siła.
A Ty o czym chcesz dziś opowiedzieć muzyką?
Że wciąż tu jesteśmy. Że w skomplikowanym świecie piękno jest nadal możliwe i nadal potrzebne. Że gdzieś jakieś dziecko może usłyszeć utwór i jego życie się zmieni. Tak było ze mną. Chcę to przekazywać dalej.

