Sylwia Arlak: Po zdobyciu złotego medalu olimpijskiego zmieniło się wszystko czy niewiele? Co najbardziej Panią zaskoczyło?
Aleksandra Mirosław: Trochę przewrotnie odpowiem: zmieniło się wszystko i niewiele jednocześnie. Na ścianie wciąż jestem tą samą zawodniczką, z tym samym treningiem i tym samym zespołem. Ale poza ścianą przez rok uczyłam się funkcjonować na nowo. Spełniłam marzenie, o którym myślałam przez całą karierę – i nagle przyszło zderzenie z nową rzeczywistością. Mało kto mówi o tym, że po osiągnięciu celu życia może pojawić się coś, co w psychologii określa się jako zespół poolimpijski (Post-Olympic Syndrome). Choć nazwa sugeruje, że dotyczy wyłącznie olimpijczyków, w rzeczywistości może pojawić się u każdego, kto przez lata podporządkował swoje życie jednemu, wielkiemu celowi. Dotyczy nie tylko samych zawodników, ale także trenerów oraz osób, które przez długi czas były częścią tej drogi i wspólnie pracowały na końcowy sukces.
Najbardziej zaskoczyło mnie chyba to, że najważniejsza lekcja po złocie nie dotyczyła sportu, tylko mnie samej. Nie odkryłam wtedy niczego zupełnie nowego, ale życie po igrzyskach sprawiło, że jeszcze raz musiałam zmierzyć się z pytaniem, kim jestem, kiedy nie stoję na podium. I to dało mi ogromny spokój.
Wspinaczka na czas trwa zaledwie kilka sekund, ale przygotowania zajmują miesiące. Co jest trudniejsze: sam trening czy utrzymanie koncentracji przez tak długi czas?
Trening na poziomie wyczynowym jest wymagający w każdej dyscyplinie i wspinaczka nie jest wyjątkiem. Ciało można jednak wytrenować. Znacznie trudniej przygotować głowę. Mój bieg trwa około sześciu sekund i w tym czasie nie ma przestrzeni na wątpliwości ani niepotrzebne myśli, dlatego od lat pracuję z psychologiem sportowym tak samo regularnie, jak trenuję na ścianie, czy siłowni. Dla mnie jedno nie działa bez drugiego.
Paradoks polega na tym, że kiedy staję na starcie, w ogóle nie myślę o rekordzie świata. Skupiam się tylko na tym, żeby jak najlepiej wykonać swoją pracę. Rekord nie rodzi się z gonienia za rekordem. Pojawia się wtedy, kiedy wszystko jest na swoim miejscu – ciało, głowa i pełne zaufanie do tego, co robiłam przez miesiące treningów. Najtrudniejszym przeciwnikiem bardzo często nie jest stoper, tylko presja i oczekiwania, które sami na siebie nakładamy.
Czy jest jakaś cecha, którą kiedyś uważała Pani za swoją słabość, a dziś okazuje się największą siłą?
Wrażliwość i emocjonalność. Długo wydawało mi się, że w sporcie trzeba być twardym i najlepiej niczego nie czuć, a już na pewno o trudnych rzeczach nie mówić głośno. Przeszłam bardzo ciężki okres w 2023 roku i to właśnie wtedy zrozumiałam, że siłą nie jest udawanie, że wszystko jest w porządku, tylko umiejętność świadomego mówienia o swoich emocjach i o tym, co się ze mną dzieje.
Dziś wiem, że ta wrażliwość pozwoliła mi zbudować zrównoważoną, zdrową karierę i wygrywać z radością, a nie ze strachu. Zresztą nie lubię słowa porażka – każdą trudność traktuję jako lekcję. Wierzę, że wszystko, co spotyka mnie w życiu, dzieje się dla mnie, a nie przeciwko mnie.
Jaka jest Aleksandra Mirosław poza sportem i treningami? Co sprawia, że udaje się Pani naprawdę zwolnić i na chwilę zapomnieć o rywalizacji?
Myślę, że dużo spokojniejsza, niż mogłoby się wydawać, patrząc na mnie na starcie. Bardzo cenię sobie zwyczajną codzienność – czas spędzony z mężem, naszym psem Lokim, przyjaciółmi czy po prostu spokojny wieczór w domu. To właśnie takie proste rzeczy najbardziej mnie wyciszają.
Przez lata podróżowałam po całym świecie, ale najczęściej wyglądało to tak, że widziałam lotnisko, hotel i ścianę wspinaczkową. Dlatego dziś ogromną radość sprawiają mi podróże bez presji wyniku – takie, podczas których mogę naprawdę odkrywać nowe miejsca, a nie tylko w nich startować.
Bardzo lubię też pracę z dziećmi w naszej Akademii. One przypominają mi, że wspinaczka przede wszystkim daje radość. Nie myślą o rekordach ani medalach, tylko o tym, że świetnie się bawią. To jest bardzo odświeżająca perspektywa i myślę, że każdy sportowiec od czasu do czasu potrzebuje sobie o niej przypomnieć.
Lubi Pani mieć wszystko pod kontrolą czy potrafi też odpuścić i działać spontanicznie?
Sport na tym poziomie nauczył mnie kontroli doprowadzonej do perfekcji – w dyscyplinie, w której o wszystkim decydują setne sekundy, każdy detal przygotowań musi być dopięty. Ale nauczył mnie też czegoś odwrotnego: że momentu startu nie da się kontrolować, można mu tylko zaufać.
Dlatego dziś staram się nie snuć scenariuszy i nie podchodzić do przyszłości z oczekiwaniami, tylko z ciekawością – skupiać się na każdym kolejnym dniu i kroku. Więc odpowiedź brzmi: planuję jak sportowiec, ale odpuszczać też już umiem. Tego uczyłam się dłużej niż wspinania.
Na ile wsparcie partnerów, takich jak Totalizator Sportowy, daje sportowcom większy komfort w przygotowaniach do najważniejszych startów?
Ogromny. Mówię to z pełnym przekonaniem, bo znam obie strony – początki, kiedy o wszystko trzeba było walczyć samemu, i przygotowania olimpijskie ze stabilnym partnerem za plecami. Takie wsparcie daje spokój głowy: mogę skupić się wyłącznie na treningu, a nie na tym, jak sfinansować obóz, sztab czy sprzęt. A spokój głowy to w sporcie wyczynowym waluta bezcenna.
Ważne jest dla mnie też to, że Totalizator Sportowy wspiera nie tylko sportowców indywidualnych, ale i infrastrukturę sportową w Polsce. Taka pomoc realnie wpływa na rozwój sportu i pozwala nam, zawodnikom, trenować w coraz lepszych warunkach.
Co przekonało Panią do współpracy z marką LOTTO?
Kiedyś powiedziałam, że ta współpraca to dla mnie jak „szóstka” w Lotto – i naprawdę tak to czuję. To bardzo prestiżowa współpraca z marką, która od dziesięcioleci jest związana z polskim sportem i wspiera go na każdym poziomie: od mistrzów olimpijskich po lokalne boiska i ścianki.
Przekonało mnie to, że nie jest to partnerstwo tylko na logo. LOTTO wspiera moją drogę sportową, ale też promocję całej dyscypliny – a mnie zawsze zależało na tym, żeby wspinaczka rosła w Polsce razem ze mną. Do tego dochodzą wspólne wartości: aktywność, konsekwencja i pomaganie innym, jak choćby przy projektach Fundacji LOTTO.
Angażuje się Pani również w LOTTO Bieg na Szóstkę. Co powiedziałaby Pani osobie, która od dawna chce zacząć się ruszać, ale wciąż nie może znaleźć motywacji?
Że motywacja nie przychodzi przed pierwszym krokiem, tylko po nim. Nie trzeba czekać na idealny moment, formę ani plan treningowy – wystarczy zacząć od czegoś, co sprawia frajdę. Mnie do sportu przekonał tata, który po prostu pokazał mi, że aktywność fizyczna jest fajna. Nie zaczynałam z marzeniem o medalu igrzysk – zaczynałam od zabawy.
Dlatego tak lubię ideę Biegu LOTTO na Szóstkę: sześć kilometrów to dystans dla każdego, biegniemy razem w kilku miastach naraz, a przy okazji pomagamy innym. „Biegniesz dla siebie – wygrywasz dla innych” to chyba najlepsza motywacja, jaką znam. Jeśli ktoś od dawna szuka pretekstu, żeby zacząć – to jest właśnie ten pretekst.

Po tylu sukcesach wciąż stawia sobie Pani nowe cele. Co dziś najbardziej Panią napędza – kolejne medale, rozwój czy może coś zupełnie innego?
Przez lata napędzało mnie wygrywanie – uwielbiam wygrywać i w ogóle się tego nie wstydzę. I to się nie zmieniło. Nadal trenuję i staję na starcie po to, żeby wygrywać. Gdyby było inaczej, nie byłoby mnie już w sporcie. Różnica polega na tym, że dziś wynik nie jest jedyną rzeczą, która mnie definiuje.
Po ośmiu latach na absolutnym topie i po decyzji, że chcę zakończyć karierę na własnych zasadach, coraz bardziej napędza mnie również rozwój i to, co mogę zostawić po sobie. Zawsze marzyłam, żeby odejść, będąc na szczycie – wtedy, kiedy sama uznam, że to właściwy moment.
Po tylu latach w sporcie wyczynowym trudno byłoby mi usiedzieć w miejscu, dlatego szukam kolejnych wyzwań. Chcę pokazywać dzieciom, że wspinaczka to fantastyczny sport, i zachęcać je do aktywności fizycznej przez zabawę. Ogromną satysfakcję daje mi też świadomość, że zostawiam moją dyscyplinę w bardzo dobrym miejscu i mogę z boku obserwować, jak dalej się rozwija.
Jakie marzenie niezwiązane ze sportem chciałaby Pani jeszcze spełnić?
Podróże – ale w końcu takie prawdziwe. Od ósmego roku życia jestem w sporcie wyczynowym i zjeździłam pół świata, ale najczęściej widziałam tylko halę, hotel i lotnisko. Chciałabym wrócić do wielu z tych miejsc już bez stopera i bez planu startowego – po prostu je zobaczyć i naprawdę ich doświadczyć. Przez lata wybieraliśmy kierunki przede wszystkim pod kątem treningów i zawodów. Teraz chciałabym podróżować dlatego, że po prostu ciekawi mnie świat.
A poza tym – i wiem, że to zabrzmi bardzo zwyczajnie – marzy mi się spokojna codzienność. Taka, w której mam czas dla bliskich, mogę spontanicznie zaplanować weekend i nie muszę podporządkowywać wszystkiego kolejnym startom. Do przyszłości podchodzę z ciekawością. Nie mam szczegółowo rozpisanego scenariusza, bo życie już nieraz pokazało mi, że potrafi zaskakiwać. Wierzę, że przede mną jeszcze wiele pięknych doświadczeń i z ekscytacją czekam na to, co przyniesie kolejny rozdział.

Materiał promocyjny marki LOTTO



























