To były cztery dni, które zapamiętamy. Open’er Festival 2026 nadał rytm muzycznemu latu
Cztery dni, dziesiątki koncertów i tysiące ludzi, którzy na kilka dni zamienili lotnisko w Gdyni-Kosakowie w muzyczne miasto. Open’er Festival 2026 dobiegł końca, zostawiając po sobie nie tylko wielkie nazwiska, ale przede wszystkim emocje, momenty i koncerty, do których będzie się wracać długo po ostatnim bisie.

Co roku na kilka dni lotnisko w Gdyni-Kosakowie zamienia się w jedno z najważniejszych muzycznych miejsc w Europie. Open’er Festival po raz kolejny udowodnił, że jest czymś więcej niż serią koncertów - to doświadczenie tworzone nie tylko przez artystów stojących na scenach, ale także przez tysiące ludzi, którzy przyjeżdżają tam po emocje, spotkania i wspomnienia.
Edycja 2026 przyniosła zarówno legendy światowej muzyki, jak i przedstawicieli młodego pokolenia. Od gitarowych brzmień i melancholijnych ballad po wielkie taneczne widowiska - każdy dzień festiwalu miał własną energię i zupełnie inny charakter.
To był również mój pierwszy Open’er. I już po kilku godzinach wiedziałam, że nie jest to wyłącznie festiwal muzyczny. To małe miasto, które przez cztery dni żyje własnym rytmem. Koncerty odbywają się na pięciu scenach, ale pomiędzy nimi tętni życie. Można zajrzeć do kina, wziąć udział w warsztatach, odwiedzić Dom Qultury, odpocząć w strefach relaksu, skorzystać ze wsparcia psychologicznego albo po prostu usiąść na trawie i słuchać muzyki dochodzącej z oddali. Open’er daje wybór - i właśnie to robi największe wrażenie.
Dzień pierwszy. Florence + The Machine i line-up, który stawiał przed niemożliwymi wyborami

Już pierwszy dzień pokazał, że tegoroczny program został przygotowany bez żadnych kompromisów. Problemem nie było znalezienie koncertu, na który warto pójść. Problemem było wybranie tylko jednego. Wiele występów odbywało się w tym samym czasie, a odległości między scenami potrafiły skutecznie zweryfikować kondycję. To chyba jedyna rzecz, na którą mogą narzekać festiwalowicze - zwłaszcza ci, którzy chcieliby być wszędzie jednocześnie.
Wieczorem główną scenę przejęła Florence + The Machine. Florence Welch po raz kolejny udowodniła, że jej koncerty są czymś znacznie więcej niż muzycznym widowiskiem. To spektakl pełen emocji, kontaktu z publicznością i energii, która udziela się nawet tym, którzy słyszą ją na żywo po raz pierwszy. Zupełnie inny klimat stworzyli The XX. Ich hipnotyzujące brzmienie i minimalistyczna oprawa sprawiły, że był to jeden z najbardziej klimatycznych koncertów całego festiwalu. Zwłaszcza, że zespół miał ponad 8 letnią przerwę w występach na scenie.
Ogromne wrażenie zrobił także David Byrne, który wraz z zespołem pojawił się na Tent Stage. W swoich charakterystycznych pomarańczowych stylizacjach roztańczył publiczność i udowodnił, że sceniczna charyzma nie zna wieku. To był występ pełen radości, dystansu i świetnej zabawy. Kiedy wydawało się, że po kilkunastu godzinach koncertów wszyscy powoli będą wracać do namiotów, scenę przejął Vito Bambino. Była druga w nocy, a namiot pękał w szwach. Tłum bawił się tak, jakby dopiero zaczynał festiwal, a nie kończył pierwszy dzień pełen kilometrów i muzycznych emocji.
Chcesz zobaczyć tę treść?
Aby wyświetlić tę treść, potrzebujemy Twojej zgody, aby YouTube i jego niezbędne cele mogły załadować treści na tej stronie.
Dzień drugi. Nick Cave, Chopin i Ibiza przeniesiona do Gdyni

Drugi dzień miał zupełnie inny charakter. Z jednej strony monumentalny koncert Nick Cave & The Bad Seeds, który po raz kolejny udowodnił, dlaczego od lat pozostaje jednym z najwybitniejszych współczesnych artystów koncertowych. Był mrok, emocje i charakterystyczna intensywność, z której słynie.
Jednym z najbardziej zaskakujących momentów całego festiwalu okazał się jednak... Fryderyk Chopin. Po raz pierwszy w historii Open’era na głównej scenie wybrzmiała jego muzyka. Pianista Yehuda Prokopowicz wraz z Sinfonią Varsovią przenieśli publiczność do zupełnie innego świata. W samym środku festiwalowego zgiełku pojawiła się chwila wyciszenia i oddechu. To był jeden z tych momentów, które pokazują, że Open’er nie boi się wychodzić poza utarte schematy. I szczerze? Chcemy więcej Chopina na Open’erze.
Późnym wieczorem festiwal przeszedł kolejną metamorfozę. Calvin Harris zamienił lotnisko w jedną wielką imprezę. Lasery, ogień, pirotechnika, kłęby dymu i tysiące ludzi tańczących mimo deszczu sprawiły, że przez chwilę można było odnieść wrażenie, że Ibiza przeniosła się do Gdyni. Tego dnia nie zabrakło także bardziej kameralnych emocji. Daria ze Śląska zgromadziła tłumy fanów i stworzyła jeden z najbardziej poruszających koncertów całego festiwalu.
Chcesz zobaczyć tę treść?
Aby wyświetlić tę treść, potrzebujemy Twojej zgody, aby Instagram i jego niezbędne cele mogły załadować treści na tej stronie.
Dzień trzeci. Pogoda nie odpuszczała, ale publiczność też nie

Jeśli pierwszy dzień sprawdzał organizację, a drugi wytrzymałość, trzeci był prawdziwym testem charakteru. Wiatr, deszcz i niska temperatura nie rozpieszczały uczestników. Dla wielu osób było to już po prostu za dużo. Mój telefon bezlitośnie przypominał mi o wysiłku. Średnio ponad 22 tysiące kroków dziennie, czyli około piętnastu kilometrów przemierzanych między scenami. Nic dziwnego, że tego dnia wśród festiwalowiczów największym zainteresowaniem cieszyły się gorąca kawa i herbata. Kolejki były naprawdę imponujące.
Prawdziwym hitem okazały się także... czapki. I to nie te „z daszkiem” chroniące przed słońcem, tylko te zimowe, grube, dające uczucie ciepła choć przez chwilę. Te z oficjalnego sklepu festiwalowego zniknęły już dwie godziny po rozpoczęciu trzeciego dnia. Podobnie było w stoiskach z odzieżą. Sama wróciłam z dwiema. Mimo wymagającej pogody koncert Martina Garrixa zamienił główną scenę w wielki parkiet pod gołym niebem. Publiczność tańczyła i śpiewała, jakby deszcz zupełnie nie istniał.
Kilka godzin wcześniej zupełnie innych emocji dostarczył koncert The Cure. Robert Smith i jego zespół stworzyli widowisko pełne nostalgii i utworów, które od dekad łączą kolejne pokolenia fanów. Zespół grał bez przerwy ponad 2 godziny - miało być jeszcze dłużej, ale pogoda pokrzyżowała plany i z powodów technicznych koncert skrócono. Z kolei Ethel Cain pokazała, jak ogromną społeczność zbudowała wokół swojej muzyki. Dawno nie słyszałam tak głośno śpiewającej publiczności. Każdy tekst był znany na pamięć, a energia fanów zrobiła na mnie ogromne wrażenie.
Chcesz zobaczyć tę treść?
Aby wyświetlić tę treść, potrzebujemy Twojej zgody, aby YouTube i jego niezbędne cele mogły załadować treści na tej stronie.
Wielki finał. Teddy Swims, LP, Jennie i Peggy Gou

Ostatni dzień przyniósł mocne zakończenie festiwalu i słońce. Teddy Swims zachwycił potężnym głosem i sceniczną charyzmą, a LP po raz kolejny pokazała klasę, dając koncert, który wielu uczestników jeszcze długo będzie wspominać. Jednym z najgłośniej komentowanych wydarzeń była obecność Jennie. K-pop po raz pierwszy tak mocno zaznaczył swoją obecność na Open’erze i patrząc na zainteresowanie fanów, trudno uwierzyć, że był to jednorazowy eksperyment.
Finał należał do Peggy Gou, która zamknęła tegoroczną edycję wielką taneczną imprezą. Trudno było wyobrazić sobie lepsze zakończenie tych czterech intensywnych dni.
Chcesz zobaczyć tę treść?
Aby wyświetlić tę treść, potrzebujemy Twojej zgody, aby Instagram i jego niezbędne cele mogły załadować treści na tej stronie.
Więc... czy wrócę?

Jechałam na koncerty. Wróciłam z czymś znacznie więcej. Open’er okazał się miejscem, w którym muzyka jest tylko punktem wyjścia. To festiwal, który uczy zwalniać, tańczyć w deszczu, poznawać ludzi i cieszyć się chwilą. Miejscem, gdzie można usiąść na mokrej trawie i przez chwilę po prostu słuchać muzyki dochodzącej z oddali, nie przejmując się tym, że wokół stoją tysiące ludzi. Zaskakująco... wszyscy potrafią znaleźć dla siebie miejsce i nikt nikogo nie depcze.
Czy wrócę? Bez chwili zastanowienia. Tylko następnym razem do plecaka obok powerbanka trafią też kalosze, ciepła czapka i naprawdę porządna przeciwdeszczówka. Bo po Open’erze nie pamięta się tego, ile kilometrów przeszło się między scenami. Pamięta się dokładnie tę jedną piosenkę, którą śpiewało się razem z tysiącami zupełnie obcych ludzi.

