Trzy kolory, trzy podróże, trzy kobiece przemiany

Trzy kolory Maroka to zapis niezwykłej podróży, w której rzeczywiste miejsca – miasta i miasteczka, drogi, góry i pustynie – stają się krajobrazem wewnętrznej wędrówki, duchowego przebudzenia i emocjonalnej przemiany. Każda z części – Podróż do Błękitu, Podróż do Czerwieni i Podróż do Złota – opowiada osobną historię, a zarazem wszystkie splatają się w opowieść o stracie, miłości, wolności i świetle, które rodzi się w ciemności.

mat.prasowe

To książka pisana jako dziennik dla kobiet (i nie tylko), które szukają… siebie, prawdy istnienia, nowego początku.

Zobacz także:
mat.prasowe

FRAGMENT nr 1 książki „Trzy kolory Maroka”

Szafszawan. Miasto błękitu

8 maja

Wszystko, co zbyt ciężkie, rozpływa się tu w błękicie. Karawana autobusów, mułów i ludzi niesie mnie ku górom Rif. Droga wije się serpentynami, a powietrze staje wyraźnie chłodniejsze. Zamiast dusznego mroku ulic pojawiają się rozległe widoki: na doliny, oliwne gaje, nagłe strumienie srebrzące się w słońcu.

Każdy zakręt wydaje się zdejmować ze mnie kolejny ciężar, odsłaniając coraz więcej błękitu. Najpierw delikatny, jak poranna mgła, potem coraz głębszy, nasycony, aż w końcu niebo i domy zlewają się w jedno.

Czuję, że wraz z oddalaniem się od Fezu i Tazy zostawiam lęki, pytania, zagubienie. Zamiast nich pojawia się rodzaj cichego oczekiwania – jakbym wiedziała, że zbliżam się do miejsca, gdzie dusza wreszcie oddycha.

I wtedy ukazuje się moim oczom Szafszawan – cel mojej podróży. Wjeżdżam do miasta, które wygląda jak sen.

Pierwsze, co widzę, to światło.

Nie takie jak w Fezie – tam było ostre, złote, oślepiające.

Tutaj światło jest ciche. Ma w sobie spokój, który koi zmysły. Przypomina równy oddech po modlitwie.

Niedługo potem oglądam miasto jak plamę na zboczu gór: biel i błękit rozlany po stokach, a wszystkie domy pomalowane w odcienie nieba.

Tu mam odnaleźć to, co zgubiłam w labiryncie: ciszę, czystość, przejrzystość. Błękit nie jest już tylko kolorem – jest stanem ducha.

Wejście do miasta przypomina miraż. Niebo i ziemia wydają się niewiele różnić. Niebieskie schody, niebieskie drzwi, niebieskie ściany. Kobalt. Indygo. Lapis. Cień w barwach oceanu, światło jak spojrzenie od wewnątrz.

Gdy wysiadam z busa, odnoszę wrażenie, że znalazłam się w obrazie namalowanym nie przez człowieka, ale przez samo niebo. Wszystko – ściany, drzwi, schody, studnie, donice – lśnią odcieniami błękitu. Jasny, niemal biały jak poranny obłok. Głęboki, ciemny jak nocne morze. Ciepły, turkusowy jak sen o dalekiej wyspie.

Idę powoli, bo chcę, by każdy krok zapisywał się w pamięci. Po dniach spędzonych w mrocznych korytarzach Fezu to miasto jawi się jak wyjście na światło. Ulice są ciche, spowite spokojem –nie ma tu natarczywych nawoływań handlarzy, są tylko dzieci bawiące się na schodach, kobiety niosące dzbany na głowach i koty wylegujące się na schodach…

Szafszawan, ukryty w górach Rif, został założony w XV wieku przez sułtana Mulaja Aliego ben Rachida (1666–1672), twórcy potęgi i zjednoczenia Maroka. Początkowo miasto było schronieniem dla muzułmanów i Żydów uciekających z Andaluzji po rekonkwiście. To dlatego wąskie uliczki i bielone domy przypominają małe miasteczka hiszpańskiej Andaluzji – tu niebo spotyka się z ziemią, a pamięć dawnych wygnańców nadaje miastu melancholię i łagodność.

Uciekinierzy z Andaluzji przynieśli tu swój świat: domy z patio, miłość do światła i do koloru. Po jakims czasie przyszli ci, którzy potrzebowali ciszy. I to miasto ich przyjęło – przemieniło ich smutek w piękno.

Mówią, że błękit rozgościł się tu za sprawą żydowskich mistyków, którzy wierzyli, że ten kolor zbliża człowieka do Boga. Z czasem stał się rodzajem modlitwy – nie narzuconej, lecz wyśpiewanej

szeptem, nuconej z pokolenia na pokolenie. Malowano nim drzwi, okna, schody, ściany i nawet ulice. Nie dla turystów. Dla spokoju duszy.

Dziś błękit jest również codziennością – uśmiechem dziewczyny sprzedającej świeżo wyciskany sok z granatów, rozmachem pędzla malarza, który każdego ranka odświeża kolor na drzwiach swojego domu, i rytmem kroków stawianych na schodkach prowadzących do serca medyny.

Zatrzymuję się w małej kawiarni z widokiem na plac Uta el-Hammam.

Na stole pojawiają się jak zwykle szklaneczka gorącej, słodkiej herbaty z miętą i talerzyk z ciasteczkami z migdałów.

Nieopodal słońce odbija się w kopułach meczetu, a w powietrzu unosi upajająca woń lawendy i kwiatów pomarańczowych. Rozpływam się w zachwycie.

Obok przy stoliku młodzi artyści grają na gembri i bębnach qraqeb, śpiewając rytmy gnawa. Ich muzyka stanowi wezwanie do życia – prostego, pełnego, radosnego.

– Tu nie można się spieszyć – oznajmia mężczyzna w białej dżellabie, który usiadł przy sąsiednim stoliku. – W Szafszawanie nawet czas odpoczywa.

Uśmiecham się. Ma rację. To miasto nie potrzebuje planów. Tutaj każda godzina sama odnajduje sens. Uliczki Szafszawanu są wąskie i kręte, jak ścieżki myśli. Każdy mur, każde drzwi, każda doniczka na progu mają inny odcień błękitu. Nawet cień wydaje się tu jaśniejszy. Na schodach medyny kobiety piorą ubrania w źródle Ras el-Maa. Woda spływa po kamieniach jak szkło. Dzieci biegają z wiaderkami, śmiejąc się do rozpuku, a w tle z jednego z zaułków dobiega muzyka – rytmiczna, hipnotyczna, jak bicie serca ziemi. Zatrzymuję się przy starszej kobiecie, która rozkłada na stole małe błękitne buteleczki.

– Co to jest? – pytam.

– Barwnik – wyjaśnia z uśmiechem. – Taki, jakiego używamy do ścian.

– A dlaczego wszystko tutaj jest błękitne?

– Żeby przypominać ludziom o niebie – mówi po chwili milczenia. – I żeby komary się trzymały z dala. Ale tak naprawdę… błękit to modlitwa. Widzisz, dziecko? My tu nie malujemy ścian, my malujemy dusze.

Kupuję od niej małą buteleczkę. Na etykiecie widnieje jedno słowo: noor – światło. Wkładam ją do torby, jakby była talizmanem szczęścia. Ruszam na marszrutę po mieście. Wędruję przez zaułki, które pachną miętą, olejkiem cedrowym i pieczonym chlebem. Mijam place, na których mężczyźni grają w domino, a młode dziewczyny w chustach szepczą o miłości.

Szafszawan odznacza się spokojem, równowagą, łagodnością. Czas płynie tu inaczej. Wolniej. Szczęśliwiej.

Po południu, kiedy kontury i słońce miękną, idę na lody. Mała lodziarnia przy rue Targui oferuje smaki, o jakich nigdzie indziej nie słyszałam: figa z orzechami, woda różana, cynamon z migdałem, miętowy błękit. Jem powoli, siedząc na murku przy niebieskiej ścianie.

Obok dzieci turlają piłkę, a staruszek na rowerze pozdrawia wszystkich z uśmiechem. Szafszawan jest rzeczywiście jak sen o prawdziwym pięknie ale też o ludzkiej życzliwości O prostocie, w której każda chwila – herbata, rozmowa, zapach mięty – staje się małym objawieniem. Na końcu jednej z ulic znajduję niewielki taras. Poniżej widać całe miasto – jak morze z kamieni i światła. Sadowię się, zdejmuję sandały i dotykam dłonią chłodnej posadzki.

Zamykam oczy. Chłonę ciszę. Zakłóca ją tylko wiatr, który szeleszcząc między murami, niesie echo dawnej modlitwy. I nagle uderza mnie myśl, że błękit nie jest miejscem. To w rzeczy samej – stan ducha. Pojmuję, że niebo we mnie i niebo nade mną są wreszcie jednością.