Chociaż romans jako gatunek cieszy się popularnością od dziesięcioleci, w ostatnich latach odnotowano gwałtowny wzrost sprzedaży. W 2025 roku światowy rynek książek i powieści romantycznych osiągnął wartość 19,7mld dolarów, a w samych Stanach Zjednoczonych gatunek wygenerował ponad 1,44 mld dolarów przychodów. Według danych analityków z Grand View Research ta liczba ma w ciągu następnych lat jedynie rosnąć.
WIDEO…
Sarah J Mass, autorka serii „Dworów” czy „Szklanego tronu” tylko do 2024 roku sprzedała ponad 75 milionów egzemplarzy swoich książek, a jej gościnny odcinek w podcaście „Call her Daddy” zdobył 2,3 mln wyświetleń na samym Youtubie. Podobny sukces zaliczają autorzy fanfików - w szczególności ci skupieni wokół historii Harry’ego Pottera. Wystarczy wspomnieć „Manaceled” Sen Lin Yu poświęcony relacjii Hermiony Granger i Draco Malfoya, który w 2025 roku został wydany w przerobionej wersji pod nazwą „Alchemised”. Książka nie tylko została wyróżniona Brytyjską Nagrodą Literacką w kategorii Sciance Fiction i Fantasy, ale doczeka się adaptacji.
Wniosek? Literatura romantyczna z elementami erotycznymi przestaje być piętnowana. I choć gatunek wciąż boryka się z piętnem społecznym, coraz więcej kobiet śmiało sięga po te powieści, co często prowadzi do fascynującej eksploracji pożądania, seksualności i ukrytych pragnień. Co jednak skłania czytelników do zagłębiania się w książki typu smut? Co wyróżnia je od klasycznej pornografii? I jak wpływają na nasze postrzeganie miłości? O to zapytałam Joannę Walczak - psychoterapeutkę par, psycholożkę i seksulożkę.
Julia Lubecka: Skąd bierze się fenomen książek typu smut i dlaczego właśnie teraz stały się tak popularne?
Joanna Walczak: Zacznę od demistyfikacji tego tematu: romans jest najlepiej sprzedającym się gatunkiem literackim od dekad, a historie w których pożądanie napędza fabułę towarzyszą nam od czasów Safony. Nowością jest jednak widoczność tego gatunku. Dekadę czy dwie temu romans z wyraźnymi scenami erotycznymi czytano w tajemnicy, z okładką w dół, z wyrazem twarzy kogoś studiującego raport finansowy. Dziś te same książki stoją na półkach ułożone według poziomu „pikantności”, oznaczone papryczkami chili jak w menu w dobrej restauracji. Są fotografowane, zaznaczane kolorowymi zakładkami i komentowane przez miliony kobiet na całym świecie. Coś się zmieniło, prawda?
Moim zdaniem ta zmiana nastąpiła z kilku powodów. Po pierwsze, technologia zapewniła kobietom prywatność. Zauważamy, że czytnik e-booków nie ma okładki, której można się wstydzić, więc próg wejścia gwałtownie spadł. A potem, paradoksalnie, ta sama treść stała się najbardziej wspólnotowa z najbardziej intymnej. BookTok uczynił czytanie pod kołdrą wydarzeniem społecznym.
Dodajmy do tego pandemię, czas, kiedy wszyscy potrzebowaliśmy ucieczki i (mówiąc językiem gabinetu psychologa) taniego, skutecznego narzędzia do regulacji naszego układu nerwowego. Ciężki dzień, a na końcu sto stron o kimś, kto jest namiętnie pożądany i wszystko kończy się dobrze, działa na napięcie lepiej niż wiele technik oddechowych. Ale kluczem jest ta zmiana statusu, możliwość mówienia o tym otwarcie. Książka, która kiedyś była ukrywana przed rodziną, teraz jest częścią autopromocji. To rodzaj pozwolenia na pożądanie, które zostało przyznane kobietom poprzez zmianę kulturową.
Czy czytanie smutu można traktować jako bezpieczny sposób eksplorowania własnych fantazji i pragnień?
Tak, i to jest jeden z plusów tego zjawiska. Lubię myśleć o fikcji jako laboratorium pożądania. Możesz przetestować, co cię porusza, bez żadnych kosztów, bez negocjacji czy potrzeby „bycia w formie”. Widuję w gabinecie kobiety, które przez tak długi czas nie wiedziały, co je ekscytuje, ponieważ nigdy nie miały bezpiecznych warunków, aby się tego dowiedzieć. Ich seksualność zawsze rozwijała się w relacji, w obliczu potrzeb innych i własnego strachu przed oceną. Czytanie pozwala nam zresetować ten system.
Klienci zauważają na przykład: „Och, czuję coś przy tej scenie, to mnie podnieca, a czytanie tej sceny w ogóle mnie nie porusza”. I to jest informacja tylko dla nich samych, dla nikogo innego. Możesz o tym myśleć, ile chcesz, iść dalej w określonym kierunku i porzucić go w dowolnym momencie. Całkowita wolność. Mam tylko jedno zastrzeżenie: laboratorium jest bezpieczne, o ile pamiętamy, że jest to laboratorium. To znaczy miejsce do badań, eksperymentów, a nie do ustalania jakiegoś standardu czy poprzeczki dla siebie. To jest coś, do czego prawdopodobnie wrócimy.
Czy istnieje ryzyko, że intensywne zanurzenie w tego typu literaturze buduje nierealistyczne oczekiwania wobec seksu, partnera albo relacji? Typowy „book boyfriend" jest w końcu mistrzem komunikacji i zawsze stawia swoją partnerkę na pierwszym miejscu.
Świetne pytanie, bo intuicja jest poprawna, ale skupiona w złym miejscu. Wyobrażamy sobie, że ryzyko to nierealistyczny seks - wytrzymałość, anatomia, fajerwerki. Ale uwodzicielska fantazja w tych książkach nie jest seksualna, lecz relacyjna. Książkowy partner nie jest niebezpieczny, bo jest świetny w łóżku. To, co w nim niebezpieczne, to to, że on wszystko wie, rozumie. Naprawdę dobrze czyta swoją partnerkę, zgaduje, czego potrzebuje, zanim ona to wyrazi, i nigdy nie jest zmęczony, rozproszony czy skupiony na sobie. Absolutny ideał (śmiech).
Z perspektywy psychologii relacji mówimy o fantazji bycia doskonale zrozumianym bez potrzeby komunikacji. To jest prawdziwa trucizna dla codziennego życia w prawdziwym związku, bardziej niebezpieczna niż scena seksu na żyrandolu na stronie trzysta dwadzieścia pięć. Jeśli zaczniemy myśleć sobie „Gdyby naprawdę mnie kochał, wiedziałby”, to będzie to jedno z naszych najkosztowniejszych przekonań w związku.
W terapii par widzę to codziennie: jedna osoba chce, aby druga coś zgadła, a druga nie zgaduje, bo nie czyta w myślach, więc pierwsza wycofuje się obrażona, a potem druga myśli, że to chłód i emocjonalnie się zamyka. I tak cykl trwa – mamy dwie oddalające się, nieszczęśliwe osoby, a żadna nie zrobiła nic złego i żadna z nich nie prosiła się o tę samotność. Prawda jest taka, że w prawdziwej intymności trzeba pytać, mówić, czego się chce. To absolutnie nie jest porażka w miłości ani dowód na to, że partner jest gorszy od fikcyjnego księcia, który gdzieś między kupowaniem kwiatów i naszyjnika z diamentów, najwyraźniej ukończył kurs komunikacji bez przemocy (uśmiech). To po prostu cena bycia z inną osobą.
Więc powiedziałbym tak: niech book boyfriend będzie modelem komunikacji, do którego sami chcemy dążyć, a nie modelem intuicji, której zaczynamy oczekiwać od drugiej osoby w związku.
Czy smut to tylko trend z TikToka i BookToka, czy raczej sygnał głębszej zmiany w podejściu kobiet do własnej seksualności?
Oba. Gdyby TikTok lub BookTok były samochodami, to zmiana bylaby drogą, po której jadą. Trendy zazwyczaj są ulotne, ale ten osiadł na czymś trwalszym, a mianowicie na zmianie, w której kobiece pożądanie nie jest już darem, który ktoś kobiecie łaskawie sprezentował, ale czymś, co się zwyczajnie posiada.
Erotyka, w swojej lekkości, niesie ze sobą bardzo wywrotowe przesłanie, a mianowicie, że kobieta może być podmiotem pożądania, a nie tylko jego obiektem. Ten apetyt jest jej, dla niej i nie potrzebuje uzasadnienia dla funkcji rozrodczej czy przyjemności kogoś innego. Algorytm wzmocnił i przyspieszył to wszystko, ale nic się tu samo nie wydarzyło. Gdyby nie było głodu zmiany, żaden hashtag by nie zadziałał.
Dlaczego erotyka w formule fantasy albo romansu działa dziś mocniej niż klasyczne powieści erotyczne?
Ponieważ klasyczna powieść erotyczna to zazwyczaj danie główne bez żadnej przystawki, a kobiece podniecenie (teraz generalizuję, ale nie bez podstaw) uwielbia przystawkę. Lubi kontekst i budowanie napięcia. Fantazja i romans robią coś, czego sama scena erotyczna nie robi. Zanim bohaterowie się dotkną, czytelnik przeszedł przez wrogość między nimi, tęsknotę, setki spojrzeń, które powinny znaczyć mniej niż znaczyły. Nazywamy to slow burn (powolnym spalaniem, rozpalaniem), a polega ono na celowaniu w podniecenie wynikające z odroczenia, a nie dosłowności. A kiedy spotkanie w końcu następuje, nosi ciężar całego poprzedzającego go doświadczenia.
Nie zapominajmy też o alibi gatunku. Smoki, dwory, magia - to są bezpieczne tematy. Łatwiej jest pozwolić, by coś odważnego wpłynęło do wyobraźni, jeśli dzieje się to w świecie, którego nie znam, który właściwie nie istnieje. Erotyka w kostiumie fantazji ma wbudowane poczucie, że „to się nie dzieje naprawdę” i to jest myśl, która pozwala puścić kontrolę i poddać się czemuś bez aktywacji wewnętrznych hamulców.
Dlaczego dla wielu kobiet fantazja bywa bardziej pobudzająca niż dosłowność?
Największym narządem seksualnym jest mózg, a więc i wyobraźnia, a ona ma jedną przewagę nad jakąkolwiek dosłownością: może działać poprzez całkowite dopasowanie. Tekst zostawia nam luki, a my wypełniamy je dokładnie tym, czego chcemy. Do tego dopamina z oczekiwania, bo mózg reaguje najsilniej nie na samo spełnienie, ale na obietnicę spełnienia. Podczas gdy dosłowność uwalnia napięcie, sugestia je utrzymuje, i dlatego zdanie, które urywa się trochę za wcześnie, może działać lepiej niż najdokładniejszy opis. I być może najważniejsze... w wyobraźni nie ma publiczności. Nikt nas nie obserwuje, nie oceniamy własnego ciała, nie zastanawiamy się, czy dobrze się spisujemy. Presja związana z wydajnością znika, a to może być największą barierą dla pożądania w seksie.
Czy to, co podoba nam się w literaturze erotycznej, musi mieć przełożenie na realne życie seksualne?
Nie i to akurat dość często mam okazję wyjaśniać w gabinecie, gdyż wiele osób niepotrzebnie się tym martwi. Fantazja to nie lista życzeń, ani jakiś tajemny plan czekający na realizację. Klasycznym przykładem są fantazje o byciu „wziętą”, o oddaniu kontroli, pewnym przymusie. są częste wśród kobiet i prawie nigdy nie oznaczają chęci doświadczenia czegokolwiek przykrego. Pod spodem kryje się zupełnie inna treść, a mianowicie pragnienie, by poczuć się tak nieodparcie pożądaną, że można na chwilę odłożyć całą odpowiedzialność i zdjąć z siebie przymus nieustannego zarządzania wszystkim.
Liczy się więc funkcja fantazji, nie jej dosłowna fabuła. Sprawdzamy nie to, czy chcę, żeby to się wydarzyło, tylko „Czego ta scena mi dostarcza - wolności, poczucia, że jestem centrum czyjegoś świata?". Kiedy odczytamy to właściwie, znika wstyd, a zostaje cenna informacja. Można z przyjemnością czytać o czymś, czego w realnym życiu nie chcielibyśmy realizować i to jest całkowicie zdrowe.
Czy smut pomaga kobietom lepiej rozumieć własne potrzeby, czy raczej sprzedaje im określoną fantazję o pożądaniu?
Potrafi robić jedno i drugie, zależy to mniej od książki, a bardziej od tego, jak się ją czyta. Ten sam tekst bywa lustrem albo formą. Lustrem jest wtedy, gdy czytamy z ciekawością wobec siebie, z pytaniem „Co to mówi o mnie, że akurat to mnie poruszyło?". Wtedy lektura odsłania nasze potrzeby, daje im język, czasem nazywa coś, czego sami przez lata nie umieliśmy ubrać w słowa.
Natomiast kiedy czytamy zadaniowo, czyli w taki sposób, jakby książka pokazywała, jak pożądanie powinno wyglądać, wtedy staje się formą, do której się porównujemy i próbujemy dopasować. Widuję to u kobiet z tak zwanym pożądaniem responsywnym - takim, które nie pojawia się znikąd, samo z siebie, tylko narasta w odpowiedzi na bliskość. Po lekturze, w której bohaterka płonie od jednego spojrzenia, miewają poczucie, że coś z nimi jest nie tak. A to nie jest prawda, oba rodzaje pożądania (spontaniczne i responsywne) choć odmienne, są całkowicie prawidłowe. Inaczej mówiąc efekt, który osiągniemy zależy od nastawienia do lektury.
Czy Pani, jako ekspertka od seksualności, patrzy na smut bardziej jako na narzędzie ekspresji, czy jako źródło potencjalnych mitów o seksie i relacjach?
Zdecydowanie bardziej jako na narzędzie, natomiast z pewnością z oczami otwartymi na potencjalne mity. Nie próbuję w ten sposób dyplomatycznie uniknąć odpowiedzi. Moim zdaniem smut sam w sobie nie jest ani wyzwalający, ani szkodliwy. Jest najzwyczajniej tekstem, a znaczenie nadaje mu czytelniczka.
Bilans, który widzę, wypada na korzyść ekspresji, gdyż książki oddają kobietom prawo do pożądania, dają mu słownik, odczarowują wstyd, otwierają rozmowy, które wcześniej w ogóle się nie toczyły. To realna wartość i nie warto jej umniejszać tylko dlatego, że pojawiła się akurat w okładce z wytłoczonym smokiem (śmiech).
Trzy mity, na które warto być czujnym to: że dobry partner się domyśla; że prawdziwe pożądanie zawsze jest spontaniczne i natychmiastowe; oraz że intensywność emocji jest miarą jakości związku. Jeśli czytelniczka jest świadoma, że to mity i potrafi odłożyć na bok błędne założenia, to smut robi to, w czym jest najlepszy, czyli staje się polem do własnej ekspresji.
Czy takie książki mogą realnie wpływać na libido, wyobraźnię erotyczną i otwartość w mówieniu o seksie?
Mogą, i to konkretnie! Czytanie erotyki działa trochę jak gra wstępna rozłożona w czasie, to znaczy rozgrzewa wyobraźnię, kieruje uwagę na ciało, przypomina o całym wymiarze życia, który u zabieganej, zmęczonej osoby potrafi zniknąć na całe miesiące.
W pracy z kobietami zgłaszającymi niskie pożądanie czy trudność z osiąganiem podniecenia lektura bywa zaskakująco pomocna, szczególnie jako sposób na ponowne podłączenie wyobraźni do ciała. U wielu osób pożądanie nie tyle „nie istnieje", co zostało odcięte od bodźców, które potrafiłyby je obudzić. Książka dostarcza takich bodźców w wersji łagodnej i całkowicie pod kontrolą czytelniczki.
Wpływa też na język. Trudno mówić o czymś, na co nie ma się określen - a erotyka, czytana świadomie, taki słownik buduje. Czytelniczki zyskują więcej sposobów, żeby nazwać to, co chciałaby przeżyć. A to może stać się krokiem ku rozmowie w parze o swoich pragnieniach.
Czy smut może poprawiać komunikację w związku - na przykład ułatwiając rozmowę o fantazjach?
Zdecydowanie tak! To jeden z niedocenianych aspektów, bardzo praktyczny plus z tej literatury. Największą przeszkodą w rozmowie jest wstyd i lęk, że to, co powiem, zostanie odebrane nie jako moja fantazja, ale jako ocena partnera albo jako sygnał, że coś z naszym seksem jest nie tak. Że skoro o czymś mówię, to mam do drugiej osoby pretensje i chcę ją zmienić, albo wręcz naprawić.
Książka daje to, co w terapii nazwałabym trzecim obiektem, bezpiecznym pośrednikiem. Zamiast wyznawać wprost „chcę czegoś", co od razu odsłania i nas naraża, można powiedzieć: „czytałam taką scenę i coś mi się w niej spodobało - ciekawe, jak ty byś to odebrał". Pożądanie zostaje na chwilę umieszczone na zewnątrz i dzięki temu łatwiej je oglądać razem, jak coś, co jest w bohaterach, a nie jak obnażone wnętrze osoby, która rozpoczęła rozmowę.
W gabinecie używam wspólnej lektury, scen z filmu, czegokolwiek, co pozwala dwojgu ludziom mówić o własnym pragnieniu okrężną, łagodniejszą drogą. Bywa, że trudniejsze zdania da się wypowiedzieć dopiero wtedy, gdy najpierw udajemy, że mówimy o kimś innym. To może stanowić przyczynek do tego, by każde z dwojga umiało w końcu wytłumaczyć, czego naprawdę potrzebuje.
Co zmieniło się społecznie, że kobiety dziś dużo swobodniej mówią o tym, że czytają erotykę?
Przede wszystkim rozluźnił się dawny podział na kobietę „porządną" i kobietę „pożądającą" - ten, który przez wieki kazał wybierać: albo szacunek, albo apetyt, madonna, albo ladacznica. Dziś można mieć jedno i drugie, to już nie budzi zdziwienia.
Znaczenie mają też kwestie ekonomiczne. Kobiety są dziś główną siłą nabywczą w wydawnictwach, a kiedy jakaś grupa zaczyna decydować o rynku, jej pragnienia przestają być traktowane jako wstydliwy margines. To, co kupują kobiety, definiuje branżę, więc branża przestała udawać, że tych potrzeb nie ma. I oczywiście pojawiły się media społecznościowe, które znormalizowały wiele kwestii. Kiedy widzisz tysiące innych kobiet mówiących o czymś otwarcie, wstyd znika bo brakuje mu pożywki w postaci przekonania, to jakieś odosobnione zjawisko.
Wreszcie, trochę paradoksalnie, przyczyniła się do tego większa świadomość i społeczne kampanie dotyczące świadomej zgody oraz stawiania granic. Skoro nauczyłyśmy się mówić głośno o tym, czego nie chcemy, naturalną konsekwencją stało się mówienie o tym, czego bardzo pragniemy. W zasadzie to ta sama umiejętność, tylko obrócona ku przyjemności. Mówiąc krótko: kobiety zawsze czytały erotykę, ale teraz mogą w końcu przestać chować okładkę.



























