„6–7” to nowy, kontrowersyjny trend w randkowaniu. Ekspertka tłumaczy, dlaczego „dating down” może mieć bolesne konsekwencje
Zasada 6–7 zachęca singli i singielki, by umawiali się z osobami uznawanymi za przeciętnie atrakcyjne: właśnie takimi na „sześć” albo „siedem” w skali od 1 do 10. Ale czy warto szukać miłości w ten sposób?

Jeśli randkowanie Ci nie wychodzi, to podobno dlatego, że wszystkie osoby, które Ci się podobają, są po prostu zbyt hot. Brzmi dziwnie? A jednak to właśnie porada, która krąży dziś po sieci jako część nowego „trendu”. Ci, którzy są na bieżąco z absurdami internetowego dyskursu o randkowaniu, mogą pomyśleć, że to brzmi znajomo: czy niefortunnie nazwany trend „shrekking” nie polegał przypadkiem na tym samym, czyli umawianiu się z kimś, kogo uważa się za mniej atrakcyjnego od siebie? Tym razem jednak temat z nową siłą podbija social media, podtrzymując przekonanie, że osoby „lekko ponad średnią” będą bardziej dostępne emocjonalnie, uważniejsze i po prostu... pewniejsze jako partnerzy.
W tym artykule:
- Na czym polega trend randkowy „6–7”?
- Dlaczego „dating down” od początku ustawia relację źle
- Atrakcyjność nie mówi nic o tym, jak ktoś będzie Cię traktować
- Trendy randkowe raczej nie rozwiązują problemów sercowych
- Zamiast obwiniać innych, warto przyjrzeć się własnym schematom
- Każda z nas zasługuje, by być dla kogoś „10/10”
Na czym polega trend randkowy „6–7”?
Jak w przypadku większości trendów z mediów społecznościowych, trudno wskazać ich konkretne źródło. Ten wydaje się naturalnym rozwinięciem trendu 6–7, który stał się popularny wśród nastolatków już w 2025 roku. Użytkownicy wrzucali wówczas głównie bezsensowne filmiki, w których unosili dłonie w powietrzu i powtarzali do kamery te liczby – też nie do końca to rozumiem i chyba... właśnie o to chodziło. Problem w tym, że teraz 6–7 wkroczyło do rozmów o randkowaniu. I właśnie dlatego uważam, że nie powinnyśmy brać tego zjawiska na serio.
Po pierwsze: skoro już koniecznie mamy oceniać potencjalnych partnerów w skali od 1 do 10, to czy naprawdę nie chciałybyśmy spotykać się z kimś, kto dla nas jest „10”? Nie chodzi o to, żebyśmy wszystkie goniły za najatrakcyjniejszymi albo najbardziej „udanymi” ludźmi. Ale jeśli już na starcie uznajesz, że Twój partner jest w jakimś sensie „gorszy”, to trudno uznać to za dobry fundament relacji. Tym bardziej że stoi za tym dziwny i bardzo niezdrowy mechanizm wyższości – randkując „w dół”, automatycznie ustawiasz siebie „wyżej” od drugiej strony.
Dlaczego „dating down” od początku ustawia relację źle
Dochodzi do tego powierzchowność, którą ten trend wciąż przecież wzmacnia. Bo czym właściwie jest „szóstka” albo „siódemka”? Jak to zmierzyć? Zakolami? Wzrostem? Znakiem zodiaku? – Ryzykujesz, że po obu stronach zacznie narastać frustracja – mówi psycholożka dr Madeleine Roantree. – Jeśli w głębi duszy wierzysz, że się ‘zadowoliłaś tym, co było’, to i tak będzie to widoczne. A jeśli partner poczuje, że jest bezpieczną opcją, a nie kimś, kogo naprawdę pożądasz, może to działać destrukcyjnie.
Trudno się z tym nie zgodzić: gdyby ktoś, z kim się spotykam, ocenił mnie na „sześć albo siedem” na 10, byłabym wściekła.
Atrakcyjność nie mówi nic o tym, jak ktoś będzie Cię traktować
Ten trend opiera się też na kompletnie wypaczonym założeniu, że atrakcyjność fizyczna i dobre zachowanie w związku wzajemnie się wykluczają. Że „szóstka” nie potraktuje Cię źle, bo będzie po prostu wdzięczna, że w ogóle ją wybrałaś. – Ta logika jest po prostu błędna – mówi Amy Chan, autorka książki „Unsingle: How to Date Smarter and Create Love that Lasts”. – Obniżenie standardów dotyczących wyglądu samo w sobie nie jest niczym złym – wiele osób przywiązuje zbyt dużą wagę do powierzchownych cech – ale fatalnym pomysłem jest utożsamianie ‘mniejszej atrakcyjności’ z tym, że ktoś będzie lepiej Cię traktował. To nie mówi absolutnie nic o charakterze tej osoby. To wciąż ta sama błędna logika, tylko odwrócona.
Trendy randkowe raczej nie rozwiązują problemów sercowych
Kierowanie się trendami randkowymi rzadko jest dobrym pomysłem. Owszem, bywa kojące, kiedy ktoś nadaje nazwę temu, czego właśnie doświadczasz: trend 6–7 uwypukla problem ze znalezieniem partnerów dostępnych emocjonalnie. Ale od tego do realnej zmiany w życiu uczuciowym droga jest daleka. – Większość trendów randkowych jest reaktywna – tłumaczy Chan. – Pojawiają się jako odpowiedź na zbiorowy ból i stają się viralami dlatego, że dobrze klikają się w internecie – nie dlatego, że naprawdę mogą coś zmienić.
Nie pomaga też to, że trendy randkowe często zachęcają nas do obwiniania innych za własne złe doświadczenia. Zdecydowanie rzadziej nakłaniają do przyjrzenia się sobie. Trend 6–7 działa jak mechanizm obronny i siłą rzeczy będzie przemawiał do osób, które mają za sobą serię toksycznych związków z atrakcyjnymi partnerami. Tyle że zamiast skłonić je do przeanalizowania własnych schematów, wygodnie przerzuca winę na kogoś innego.
Zamiast obwiniać innych, warto przyjrzeć się własnym schematom
Widać to zresztą w języku, jakim mówimy dziś o randkowaniu online. Czy tylko mój algorytm jest zalany filmikami kobiet, które narzekają na fatalnych facetów, z którymi ostatnio się spotykały, i w odpowiedzi ogłaszają... celibat? – Dużo łatwiej powiedzieć: ‘randkowanie w moim mieście jest okropne’ albo ‘wszyscy fajni są już zajęci’, bo wtedy nie musimy brać odpowiedzialności za własny udział w sytuacji ani podejmować realnych kroków, by coś zmienić – mówi Chan, która uważa, że obwinianie innych to wygodny sposób na unikanie prawdziwej bliskości.
Rozumiem to. Randkowanie dziś jest trudne. Czasem naprawdę ma się wrażenie, że przechodzimy z jednego odcinka „Seksu w wielkim mieście” do drugiego, od jednego męskiego stereotypu do kolejnego: „Rosjanin”, „polityk”, „Amerykanin”. Mój terapeuta zasugerował nawet, żebym przestała nadawać mężczyznom, z którymi się spotykam, takie etykietki. I choć w trendach randkowych czuć pewien rodzaj wspólnotowości – bo przecież wszystkie przez to przechodzimy – to w praktyce mogą one jedynie „uwięzić” nas w pętli negatywnego myślenia. W pętli, która odcina nas od czegoś naprawdę znaczącego i odsuwa od trudnej, ale koniecznej autorefleksji, potrzebnej do przerwania niezdrowych schematów.
Każda z nas zasługuje, by być dla kogoś „10/10”
Dlatego nie będę szukać „szóstki” ani „siódemki”. Myślę, że wszystkie zasługujemy na „10/10”. A jeszcze bardziej zasługujemy na to, by nasze partnerki i partnerzy widzieli w nas „10”. Inaczej naprawdę nie wiem, po co w ogóle randkować. Równie dobrze mogłybyśmy wszystkie zamieszkać z... kotami – co, szczerze mówiąc, wcale nie brzmi tak źle.
Oryginalny tekst ukazał się w brytyjskim wydaniu ELLE

