Reklama

Kiedyś tyle miałam w głowie, uciekałam i płakałam; Brałam wszystko na poważnie, to co dzisiaj jest nieważne; Teraz mówię sercu, aby sercem było. Ta noc do innych jest niepodobna: i leżę cicho, cicho przy twym boku. Godzina mija za godziną

Nie bez powodu słowa tej piosenki Maanamu przemówiły do mnie na tyle, że… był to pierwszy utwór na moim weselu. Bo uciekanie, płakanie, zastanawianie się kiedy on odpisze miałam opanowane wręcz do perfekcji. Myślałam, że miłość właśnie na tym polega (bo przecież „tak jest w filmach”!): na wzajemnym przyciąganiu się, później oddalaniu, na robieniu wszystkiego, by obiekt westchnień w końcu zwrócił na mnie uwagę. I wiecie co? Dzisiaj bardzo cieszę się, że ten etap mam już za sobą. Ale z perspektywy mogę zastanowić się, dlaczego tak było i … po prostu przytulić siebie sprzed kilku(nastu) lat. Bo naprawdę mam ochotę ją utulić i wreszcie zrozumieć.

Łobuz kocha najmocniej i „żeby było jak na filmach”

Kiedy jako dziewczynka i nastolatka oglądałam filmy czu seriale o miłości, szybko zauważyłam, że w przedstawianych tam związkach najczęściej dominuje emocjonalny rollercoaster: ona go kocha, on jej nie, później on wraca, ona ma już inny obiekt westchnień, ale jednak myśli o nim… – ten sam scenariusz pasowałby przynajmniej do połowy tytułów, które przychodzą mi do głowy. Mają one jeden wspólny mianownik: jeśli jest miłość, to ważne, żeby się działo.

Nic więc dziwnego, że obraz związku, jaki miałam w głowie, obfitował właśnie w podobne perypetie, a idealnym partnerem wydawał mi się bad boy z gitarą w ręku (no i oczywiście papierosem w ustach). Problem w tym, że w parze z tym wyidealizowanym wyobrażeniem często szedł brak lojalności, niepoważne traktowanie relacji i lekkie podejście do życia. Ale – tak, dzisiaj mogę powiedzieć to wprost – chyba jeszcze bardziej mi to imponowało.

On nie odpisuje? Topię łzy w drinku w towarzystwie koleżanek. Wstawia zdjęcie ze spotkania z kimś innym? Układam z najlepszym przyjacielem w głowie plan „zemsty” i na kolejną imprezę kupuję najpiękniejszą revenge dress. A co, jeśli jednak napisze i zaproponuje spotkanie? Oczywiście, że zmieniam w ostatniej chwili plany, by za dwie godziny zjawić się na najbardziej obiecującej randce życia (z której, chyba nie muszę tego podkreślać, ostatecznie nigdy nic nie wyszło).

Przez kilka lat tkwiłam w takim właśnie schemacie. W pogoni za kimś, a może raczej: za wizją kogoś, kto tak naprawdę nigdy nie istniał. Za związkiem, który może i wygląda jak na filmach, ale nie przynosi żadnych perspektyw. I paradoksalnie – teraz wiem, że pozwalając innym, by mnie tak traktowali, sama przyciągałam do siebie toksyczne osoby. Bo chciałam, żeby „się działo” – a emocjonalna cena, jaką za to płaciłam, była bardzo wysoka.

Co ciekawe, kiedy naprawdę trafiłam na kogoś, kto był mną zainteresowany, a przy tym… przewidywalny i poukładany, momentalnie nudziłam się i uciekałam. Bardzo długo zajęło mi wyjście z tego błędnego koła i zrozumienie, że naprawdę można inaczej, a miłość to nie jest nieustanna gra w kotka i myszkę.

Bonnie i Clyde
Pinterest

„Tylko się nie przyzwyczajaj”. Jak działają style przywiązania?

Dopiero po latach zrozumiałam, że moje relacyjne wybory nie brały się znikąd. To, że tak łatwo wpadałam w zachwyt nad kimś niedostępnym emocjonalnie, a jednocześnie traciłam zainteresowanie osobami, które dawały mi poczucie bezpieczeństwa, miało swoje źródło głębiej, niż wtedy przypuszczałam. Psychologowie nazywają to stylem przywiązania, czyli sposobem, w jaki budujemy bliskość, reagujemy na zaangażowanie i radzimy sobie z lękiem w relacjach. Te wzorce kształtują się bardzo wcześnie, w kontakcie z najbliższymi, czy poprzez książki, filmy, wyobrażenia, które nas uformowały. Później potrafią towarzyszyć nam przez całe dorosłe życie.

Psychologia wyróżnia cztery style przywiązania: to podstawowe sposoby budowania bliskości, reagowania na zaangażowanie i regulowania lęku w relacjach, które kształtują się najczęściej w dzieciństwiei później wpływają na związki dorosłe.

Bezpieczny styl przywiązania pojawia się wtedy, gdy bliskość jest naturalna i stabilna. Osoby z tym wzorcem potrafią mówić o potrzebach wprost, ufać i budować relacje bez ciągłego testowania drugiej strony. Konflikty nie są dla nich zagrożeniem, tylko sytuacją do rozwiązania.

Lękowo-ambiwalentny styl przywiązania wiąże się z silną potrzebą bliskości i jednoczesnym lękiem przed odrzuceniem. W relacji często czujemy napięcie, nadwrażliwość na dystans i potrzeba potwierdzania uczuć. Miłość bywa tam intensywna, ale trudna do uspokojenia.

Z kolei lękowo-unikający styl przywiązania polega na chronieniu się przed zbyt dużą bliskością. Gdy relacja robi się intensywna, pojawia się dyskomfort i odruch wycofania. Emocje są często tłumione, a niezależność staje się sposobem na utrzymanie kontroli nad dystansem.

Wreszcie, zdezorganizowany styl przywiązania łączy w sobie sprzeczne impulsy – potrzebę bliskości i jednoczesny lęk przed nią. To często efekt trudnych doświadczeń. Relacje w takim wzorcu bywają chaotyczne, bo reakcje zmieniają się w zależności od napięcia i poczucia bezpieczeństwa.

Uzbrojona w tę wiedzę nauczyłam się rozpoznawać, że moje reakcje nie są przypadkowe. To, co brałam za „chemiczny brak dopasowania”, często było uruchomieniem starego schematu. I że to właśnie ten schemat sprawiał, że spokój wydawał się podejrzany, a chaos znajomy.

Właśnie dlatego dla jednych miłość kojarzy się ze spokojem, zaufaniem i wzajemnym wsparciem, a dla innych z ciągłą niepewnością, czekaniem na wiadomość, analizowaniem każdego gestu i szukaniem potwierdzenia, że są wystarczająco ważni.

Dobra wiadomość jest taka, że choć styl przywiązania wpływa na nasze związki, nie musi ich definiować. Czasem pierwszy krok do stworzenia zdrowej relacji polega po prostu na tym, by z ciekawością przyjrzeć się własnym schematom i zrozumieć, skąd właściwie się wzięły. I tak właśnie zrobiłam.

W głowie zawsze jest najbezpieczniej. Czym jest lęk przed bliskością?

Czasem za fascynacją niedostępnymi ludźmi kryje się coś jeszcze: lęk przed prawdziwą bliskością. Szczególnie u osób z unikowym stylem przywiązania wyidealizowany obraz „tego jedynego” może pełnić bardzo konkretną funkcję. Jeśli obiektem uczuć jest ktoś emocjonalnie nieosiągalny, zajęty, niezdecydowany albo istniejący głównie w naszej wyobraźni, nie trzeba konfrontować się z tym, co dzieje się w realnej relacji. Nie ma przecież rozmów o przyszłości, codziennych kompromisów, momentów rozczarowania ani odpowiedzialności za drugą osobę. Łatwiej tęsknić za kimś, kto pozostaje marzeniem, niż budować bliskość z kimś, kto jest obok naprawdę, prawda?

Kiedy patrzę na swoje doświadczenia, widzę to dziś dużo wyraźniej. Przez długi czas wydawało mi się, że po prostu trafiam na niewłaściwych ludzi. Że mam pecha albo wyjątkowy talent do zakochiwania się w tych, którzy akurat nie chcieli tego samego co ja. Dopiero później zaczęłam się zastanawiać, dlaczego tak bardzo pociągało mnie to, co wymagało pogoni. Być może dlatego, że marzenie było bezpieczniejsze od rzeczywistości. W fantazji wszystko mogło pozostać idealne. W prawdziwej relacji trzeba już pokazać siebie, odsłonić słabości, powiedzieć czego się potrzebuje i zaryzykować, że druga strona nie odpowie na to tak, jakbyśmy chcieli.

Paradoks polega na tym, że im bardziej gonimy za filmową wizją miłości, tym skuteczniej uciekamy przed jej rzeczywistą formą. W ten sposób powstaje błędne koło: wybieramy to, co niedostępne, bo wydaje się bezpieczniejsze, a później utwierdzamy się w przekonaniu, że bliskość jest czymś trudnym albo niemożliwym do osiągnięcia. Tymczasem prawdziwa relacja zaczyna się właśnie tam, gdzie kończy się fantazja i pojawia się drugi człowiek ze swoją codziennością, potrzebami i niedoskonałościami.

Sam termin „lęk przed bliskością” nie pojawił się w psychologii przypadkiem. Jego korzenie sięgają teorii przywiązania stworzonej przez Johna Bowlby'ego i rozwijanej przez Mary Ainsworth. To właśnie ich badania pokazały, że sposób, w jaki doświadczamy relacji w dzieciństwie, wpływa później na to, jak kochamy, ufamy i budujemy związki jako dorośli. Z czasem psychologowie zauważyli, że część osób bardzo pragnie bliskości, ale gdy relacja zaczyna stawać się naprawdę ważna, uruchamia się w nich silny dyskomfort.

Dzisiaj psychologia patrzy na ten mechanizm z dużą uważnością. Wiadomo już, że lęk przed bliskością rzadko oznacza brak potrzeby miłości. Częściej jest próbą ochrony siebie przed zranieniem, odrzuceniem albo utratą niezależności. Właśnie dlatego możemy jednocześnie marzyć o wielkim uczuciu i wybierać osoby niedostępne emocjonalnie. Na szczęście i z tym mechanizmem można pracować, a najważniejszym, pierwszym krokiem do zmiany i spełnienia w relacjach jest jego zauważenie.

Marek Hłasko vs James Dean. Dlaczego mit bad boy'a szkodzi?

Stereotyp bad boy'a bardzo mocne kulturowe korzenie. Od lat karmimy się historiami, w których wielka miłość idzie w parze z cierpieniem, niepewnością i buntem. Fascynowali nas Bonnie i Clyde, tragiczni kochankowie gotowi spalić dla siebie cały świat. Wzdychałyśmy do Jamesa Deana, który stał się symbolem niepokornego outsidera. W Polsce podobną aurę roztaczali bohaterowie Marka Hłaski: mężczyźni poranieni, niedostępni, żyjący na własnych zasadach i, rzecz jasna, sam Hłasko.

Problem polega na tym, że literatura i kino kończą się zwykle w najciekawszym momencie. Nie pokazują codzienności po napisach końcowych: rozmów o pieniądzach, wspólnego rozwiązywania konfliktów, odpowiedzialności za drugą osobę. Bad boy doskonale sprawdza się jako bohater opowieści, bo dostarcza emocji, napięcia i zwrotów akcji. Zdrowy związek potrzebuje jednak czegoś innego: przewidywalności, bezpieczeństwa i gotowości do bycia obok także wtedy, gdy życie przestaje przypominać filmową scenę. Dlatego tak łatwo pomylić intensywność z miłością. Serce bije szybciej, adrenalina rośnie, a my mamy wrażenie, że dzieje się coś wyjątkowego. Tymczasem bardzo często jest to po prostu emocjonalny rollercoaster, który daje silne przeżycia, ale rzadko prowadzi do bliskości, za którą naprawdę tęsknimy.

Marek Hłasko
Pinterest

Jest jeszcze jeden element tej układanki, o którym rzadko mówi się głośno. Wiele kobiet nie zakochuje się w samym bad boyu, ale… w wizji jego przemiany. W głowie pojawia się scenariusz dobrze znany z filmów i książek: dla wszystkich jest chłodny, niedostępny i nieprzewidywalny, ale przy mnie pokaże swoją prawdziwą twarz. To ja będę tą jedyną, dla której się otworzy, dojrzeje i zmieni swoje życie. Chcemy, by nadal miał w sobie ten bunt, pewność siebie i aurę niebezpieczeństwa, ale żeby jednocześnie był czuły, lojalny i całkowicie oddany właśnie nam. Innymi słowy: żeby pozostał bad dla świata, ale przestał być bad w relacji.

Pułapka takiego myślenia polega na tym, że miłość rzadko działa jak program naprawczy. Jeśli ktoś nie jest gotowy na bliskość, odpowiedzialność i zaangażowanie, nawet największe uczucie drugiej osoby nie wykona za niego tej pracy. Co więcej, próba ciągłego „ratowania” partnera często prowadzi do sytuacji, w której jedna osoba buduje związek, a druga jedynie z niego korzysta. A przecież zdrowa relacja zaczyna się wtedy, gdy spotykają się dwie osoby gotowe być razem i pracować nad związkiem. I to było dla mnie kolejne przełomowe odkrycie.

To, co bezpieczne, wcale nie jest nudne, tylko najcenniejsze

Po kilku latach prób i wchodzenia w te same emocjonalne schematy w końcu to do mnie dotarło. Przerobiłam okresy intensywności, niepewności, ciągłego analizowania i życia w napięciu, które myliłam z czymś ważnym. Dopiero z czasem zobaczyłam, że to, co stabilne, wcale nie jest nudne. Po prostu nie krzyczy. Nie wymusza reakcji, nie trzyma w ciągłym pobudzeniu, nie każe zgadywać.

Na początku miałam z tym problem. Mój układ nerwowy (świetnie, że o jego reakcjach i schematach mówi się ostatnio coraz częściej!) odnajdywał się w chaosie szybciej niż w spokoju. Brak huśtawki emocji interpretowałam jako brak chemii, brak „iskry”, brak czegoś istotnego. Dopiero później zauważyłam, że to nie było żadne niedopasowanie, tylko przyzwyczajenie do napięcia, które udawało bliskość.

I kiedy pierwszy raz trafiłam na relację, w której nie musiałam niczego gonić ani udowadniać, wiedziałam już, że to jest to. Bo wreszcie zaczęłam widzieć różnicę między emocjami a stabilnością. Emocje potrafią być głośne i mylące. Stabilność jest cicha, ale w tej ciszy i spokoju bardzo konsekwentna. Nie znika po kilkugodzinnym milczeniu, nie zmienia zdania po jednej rozmowie, nie wymaga ciągłego testowania.

Mr Big
Pinterest

Nagle zaczęłam dostrzegać, że naprawdę można cieszyć się po prostu z małych rzeczy. Obejrzeć razem film. Pożartować. Iść na spacer. Zjeść ulubione lody. Pamiętać, że nie lubię cebuli i kupić ulubiony jogurt w sklepie za rogiem.

Teraz widzę, że właśnie w tym spokoju zaczyna się coś prawdziwego: coś, co wreszcie otwiera przestrzeń na relację dojrzałą, spokojną i dającą ogromn satysfakcji. Nie dzieje się to w napięciu, które trzeba stale podtrzymywać, tylko w związku, który nie wymaga ode mnie walki o miejsce. I to jest dla mnie kompletna definicja bliskości, miłości, zrozumienia i wzajemnego szacunku. Znalezienia takiej osoby i takiej relacji każdemu (i sobie sprzed kilku lat!) życzę z całego serca.

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca. Bądź na bieżąco! Obserwuj nas w Google
Reklama
Reklama
Reklama
Loading...