„Nie musimy naprawiać każdej emocji”. Meredith Elkins o tym, dlaczego nadopiekuńczość rodziców nie pomaga dzieciom [WYWIAD]
Czy lęk rodzica może wzmacniać niepokój u dziecka? Psycholożka wyjaśnia, dlaczego nadopiekuńczość nie zawsze pomaga i jak wspierać dzieci w budowaniu odporności psychicznej.

Współczesne rodzicielstwo coraz częściej przypomina projekt, który trzeba prowadzić perfekcyjnie: świadomie, uważnie, odpowiedzialnie i najlepiej bez żadnych błędów. Rodzice mają nie tylko kochać i chronić dzieci, ale też przewidywać ich potrzeby, regulować emocje, zapobiegać kryzysom i troszczyć się o ich przyszłą odporność psychiczną. Nic dziwnego, że w tej presji coraz więcej miejsca zajmuje lęk, zarówno ten dziecięcy, jak i rodzicielski.
O tym mechanizmie pisze dr Meredith Elkins, psycholożka kliniczna specjalizująca się w leczeniu zaburzeń lękowych, zaburzeń nastroju oraz zaburzeń obsesyjno-kompulsyjnych u dzieci, młodzieży i młodych dorosłych. Elkins kieruje dziecięcym oddziałem leczenia zaburzeń lękowych w szpitalu McLeana, jednostce klinicznej Uniwersytetu Harvarda, oraz wykłada na Wydziale Psychiatrii Harvard Medical School.
Jej książka „Lęk rodzica. Jak przerwać błędne koło zmartwień i wychować odporne psychicznie dziecko”, wydana w Polsce przez PWN, to czuły, ale bardzo konkretny przewodnik dla rodziców, którzy chcą lepiej rozumieć emocje swoje i swoich dzieci. Autorka pokazuje, że lęk nie jest czymś, co należy za wszelką cenę usunąć z życia rodzinnego. Dużo ważniejsze jest nauczenie się, jak przez niego przechodzić.
O błędnym kole zamartwiania się, kulturze „intensywnego rodzicielstwa” i o tym, dlaczego unikanie trudnych emocji często wzmacnia lęk, rozmawiamy z Meredith Elkins.
Dlaczego zdecydowała się pani napisać książkę, która łączy dwa pojęcia: rodzicielstwo i lęk? Na pierwszy rzut oka mogą wydawać się odległe, ale dla wielu osób to połączenie brzmi bardzo znajomo.
Tytuł książki ma dla mnie podwójne znaczenie. Z jednej strony chodzi o lęk, którego doświadczamy jako rodzice. Martwimy się o to, czy nasze dzieci będą nie tylko fizycznie zdrowe, ale też stabilne emocjonalnie. Wiemy, że poziom lęku rośnie zarówno u dzieci, jak i u dorosłych, więc współcześni rodzice, zwłaszcza osoby wykształcone i świadome, czują ogromną presję, by „zoptymalizować” emocjonalną przyszłość dziecka.
Z drugiej strony pojawia się pytanie: jak być rodzicem dziecka, które samo mierzy się z lękiem? Wokół tego tematu krąży dziś mnóstwo informacji, ale też dezinformacji, szczególnie w internecie i mediach społecznościowych. Rodzice, którzy i tak są przeciążeni, chcą po prostu wiedzieć: jak mogę pomóc? A przynajmniej, jak nie pogorszyć sytuacji?
Dlatego książka dotyczy dwóch rzeczy naraz: tego, jak radzić sobie z własnym lękiem w roli rodzica, oraz tego, jak wspierać dziecko, które się boi. Zwłaszcza wtedy, gdy sami jesteśmy osobami lękowymi.
Lęk jest częścią życia, także życia rodziców. Gdzie przebiega granica między zwykłym rodzicielskim martwieniem się a lękiem, który powinien nas zaniepokoić?
To bardzo ważne pytanie, ale wymaga ostrożnego podejścia. W języku angielskim mamy rozróżnienie między smutkiem a depresją. Rozumiemy, że smutek jest normalnym ludzkim doświadczeniem, a depresja jego kliniczną manifestacją. Tymczasem słowa „lęk” używamy zarówno w odniesieniu do naturalnego stanu, którego wszyscy doświadczamy, jak i do zaburzeń lękowych. To bardzo zaciemnia obraz.
Szczególnie w przypadku rodziców. Kiedy myślimy: „moje dziecko się boi”, często automatycznie traktujemy to jako problem, który trzeba rozwiązać. W książce staram się pokazać różnicę między lękiem normatywnym a klinicznym i podkreślić, że mamy do czynienia ze spektrum.
To ważne, bo czasem mówimy o lęku tak, jakby był przewlekłą chorobą, czymś, co będzie nam towarzyszyć już zawsze. A to nieprawda. Kliniczny poziom lęku oznacza, że w danym momencie objawy są bardzo dotkliwe, utrudniają codzienne funkcjonowanie, relacje, pracę czy szkołę i utrzymują się przez tygodnie albo miesiące. Ale mamy bardzo skuteczne metody leczenia zaburzeń lękowych. Nawet jeśli w jakimś okresie życia ktoś spełnia kryteria diagnozy, nie oznacza to wyroku.
Lęk może ustąpić. Może wrócić w innym momencie życia, ale jeśli rozumiemy podstawowe zasady radzenia sobie z nim, możemy podejść do niego z większym poczuciem sprawczości. Co istotne, zasady, które stosujemy w pracy z klinicznym lękiem, przydają się też przy zwykłym, codziennym lęku. Dlatego zależało mi, by dać czytelnikom ramę, dzięki której będą mogli lepiej rozumieć, co się z nimi dzieje.
Wydaje się, że dziś często nadużywamy słowa „lęk”. A rodzicielstwo samo w sobie jest wyzwaniem, więc łatwo się w tym pogubić.
Zdecydowanie. Współczesna kultura rodzicielstwa mówi nam, że naszym zadaniem nie jest już tylko kochać dzieci i dbać o ich fizyczne bezpieczeństwo. Mówi nam, że powinniśmy aktywnie zarządzać ich emocjonalnym doświadczeniem.
W takim kontekście, kiedy dziecko czuje lęk, rodzic może pomyśleć: „to moja odpowiedzialność, muszę to naprawić”. I często, z miłością oraz najlepszymi intencjami, robimy rzeczy, które w dłuższej perspektywie wzmacniają lęk. Usuwamy źródło dyskomfortu. Mówimy: „jeśli się boisz, nie musisz tego robić”. To zrozumiałe i troskliwe, ale z czasem może napędzać dokładnie ten problem, któremu próbujemy zapobiec.
W książce pisze Pani o „intensywnym rodzicielstwie” (po polsku nazywanym też „hiperrodzicielstwem”). Czym ono właściwie jest i jaki ma związek z lękiem?
Jestem bardzo ciekawa, jak ten mechanizm objawia się w różnych kulturach, bo sama jestem Amerykanką. Ale z literatury wynika, że intensywne rodzicielstwo nie jest wyłącznie amerykańskim zjawiskiem. Widzimy je w wielu rozwiniętych krajach, zwłaszcza tam, gdzie kobiety są dobrze wykształcone.
Sam koncept został opisany w latach 90. przez amerykańską socjolożkę Sharon Hays, która badała, co kulturowo oznacza bycie „idealnym rodzicem”. Co ciekawe, intensywne rodzicielstwo zaczęło zyskiwać na znaczeniu w czasie, gdy coraz więcej kobiet wracało do pracy zawodowej. Socjolodzy widzą w tym również przejaw macierzyńskiego poczucia winy: skoro pracuję poza domem, muszę jeszcze więcej dawać z siebie w domu.
Dane pokazują, że współcześni rodzice spędzają z dziećmi znacznie więcej czasu niż poprzednie pokolenia, mimo że częściej pracują zawodowo. Intensywne rodzicielstwo zakłada, że rola rodzica powinna stać się centralną częścią tożsamości. Dziecko postrzega się jako cenne, wrażliwe, wymagające ochrony przed toksycznym światem przez kochającego, uważnego dorosłego.
W praktyce oznacza to kilka rzeczy. Rodzicielstwo staje się skoncentrowane na dziecku, jego potrzeby, pragnienia i emocje są zawsze w centrum. Jest emocjonalnie pochłaniające, bo emocjonalne doświadczenie dziecka staje się doświadczeniem rodzica. Jest pracochłonne, bo „więcej” zaczyna znaczyć „lepiej”. Jest kosztowne finansowo. I jest napędzane przez ekspertów, bo zamiast pytać ciotkę czy babcię, szukamy specjalisty od każdego aspektu wychowania.
Kiedy to wszystko połączymy, dostajemy bardzo „lękotwórczą” propozycję. Niezależnie od tego, ile robimy, zawsze możemy mieć poczucie, że powinniśmy robić więcej.
Jakie konsekwencje może mieć takie podejście dla dziecka?
Wyobraźmy sobie dziecko, które doświadcza trudnych emocji: lęku, wstydu, smutku, strachu. Jeśli kochający rodzic za każdym razem wkracza i wygładza mu drogę, dziecko może nauczyć się kilku rzeczy. Po pierwsze: „ta sytuacja musiała być dla mnie zbyt trudna, skoro rodzic musiał mnie ratować”. Po drugie: „świat jest niebezpieczny, a ja sobie z nim nie poradzę”. Po trzecie: „rodzic nie wierzy, że jestem w stanie to udźwignąć”.
Z czasem może to przekładać się na niższą pewność siebie, mniejszą samodzielność i trudność w radzeniu sobie z zadaniami dzieciństwa, dorastania, a później dorosłości. Coraz częściej słyszymy od osób pracujących na uniwersytetach, że rodzice dorosłych studentów kontaktują się w sprawie ocen czy trudności swoich dzieci. Na przykład, część studentów gorzej radzi sobie z wymaganiami kształcenia medycznego niż kiedyś, a rodzice częściej interweniują w ich imieniu.
To nie jest „wina” tych młodych ludzi. I nie jest to też prosta wina rodziców. Kultura mówi nam, że właśnie tak wygląda dobre rodzicielstwo. Intencje są dobre, ale długoterminowe skutki bywają problematyczne.

Jak zatem wygląda mądre wspieranie dziecka w trudnej sytuacji?
Moja córka ma osiem lat i niedawno wróciła do lekcji jazdy konnej. Podczas jednej z pierwszych lekcji koń bardzo się spłoszył. To było dla niej naprawdę przerażające. Po tym doświadczeniu chciała zrezygnować z zajęć.
Oczywiście, nie musi jeździć konno. Ale razem z mężem zadaliśmy sobie pytanie: czego ją nauczymy, jeśli powiemy, że po jednym strasznym doświadczeniu nigdy więcej nie musi zbliżać się do konia? Być może nauczy się, że sytuacja była zbyt niebezpieczna, a ona sama nie umie z nią poradzić.
Dlatego zachęcaliśmy ją, by wracała na lekcje. Tydzień po tygodniu. Bała się za każdym razem, ale stopniowo stawało się to łatwiejsze. Teraz znowu to kocha, i chce nawet jechać na obóz. Cieszę się, że nie pozwoliliśmy, by unikanie stało się odpowiedzią. Nie dlatego, że jestem psycholożką kliniczną, ale dlatego, że wiemy, iż unikanie napędza lęk. To dotyczy zarówno ośmiolatka, jak i pięćdziesięciolatka. Kiedy unikamy tego, co budzi w nas dyskomfort, w krótkiej perspektywie czujemy ulgę. W długiej – płacimy za to cenę.
A co z rodzicami, którzy już widzą, że lęk wpływa na ich sposób reagowania? Albo z dorosłymi dziećmi, które dopiero po latach odkrywają konsekwencje takiego wychowania?
Dobra wiadomość jest taka, że zachowanie zawsze można zmienić. Na świecie jest wiele rzeczy poza naszą kontrolą, ale własne zachowanie jest czymś, na co mamy wpływ. Nie zawsze tak to odczuwamy, bo emocje potrafią nas popychać do określonych reakcji, ale zmiana jest możliwa.
Kluczowa jest edukacja. Właśnie dlatego napisałam tę książkę. Niezależnie od tego, jak daleko jesteśmy na ścieżce lęku, zawsze możemy zawrócić albo skręcić, jeśli lepiej rozumiemy, co się dzieje.
W pracy z dziećmi, rodzicami i dorosłymi zaczynamy od wyjaśnienia, czym lęk jest, a czym nie jest. Samo uczucie lęku jest normalne, naturalne i nieszkodliwe. Jest nieprzyjemne, bo ewolucyjnie miało być nieprzyjemne. Ale nie oznacza, że jesteśmy zepsuci czy słabi. Bardzo często ludzie wierzą, że sam lęk może im zaszkodzić. Tymczasem, jeśli nie mamy współistniejącej choroby medycznej, uczucie lęku jest bolesne, ale nie jest niebezpieczne. Problem zaczyna się od tego, co robimy pod jego wpływem.
Czuję lęk, więc nie idę do szkoły. Czuję lęk, więc unikam rozmowy. Czuję lęk, więc odkładam ważnego maila. To zachowania podtrzymują problem. I to zachowania możemy zmieniać.

Od czego zacząć?
Od małych kroków. Nie trzeba zmieniać wszystkiego naraz. W książce opisuję kobietę, z którą pracowałam podczas pandemii. Urodziła dziecko i rozwinęło się u niej zaburzenie paniczne. Bała się, że dostanie ataku paniki, kiedy będzie trzymać syna, upuści go i zrobi mu krzywdę. W efekcie zaczęła trzymać dziecko tylko wtedy, gdy mąż był tuż obok.
Nie zaczęłyśmy od tego, że mąż wychodzi z domu, a ona zostaje sama z dzieckiem. Zaczęłyśmy bardzo powoli. Trzymała dziecko, a mąż stał na wyciągnięcie ręki. Potem stopniowo się oddalał. W końcu był w drugim pokoju, a ona podczas naszej wirtualnej sesji ćwiczyła wstawanie z dzieckiem na rękach, mimo że odczuwała panikę.
Celem ekspozycji nie jest poczucie spokoju. Celem jest pełne doświadczenie lęku i nauczenie się, że można go znieść. Kiedy ludzie zaczynają delikatnie modyfikować swoje zachowanie i podejmować wyzwania, które są trudne, z czasem staje się to łatwiejsze.
Warto zacząć zauważać momenty dyskomfortu i impuls do unikania. A potem zadać sobie pytanie: czy mogę zrobić trochę więcej? Nie chcę wysłać maila do szefa, odkładam to, sprawdzam go sześć razy. To może być okazja do ekspozycji. Sprawdzam raz i wysyłam. Zwykle okazuje się, że najgorszy scenariusz się nie wydarza, a ja jestem w stanie znieść napięcie. To buduje motywację do kolejnych kroków.
Czy zawsze potrzebna jest terapia? Czy można zacząć pracować z lękiem samodzielnie?
To nie jest tajemna wiedza dostępna wyłącznie psychologom klinicznym. Wszyscy intuicyjnie wiemy, że konfrontowanie się z lękiem jest trudne, ale z czasem pomaga nam poczuć się lepiej. Ekspozycja może być po prostu sposobem myślenia o życiu.
Warto szukać sytuacji, w których naszym pierwszym odruchem jest unikanie, i próbować wejść w nie choć trochę. Rodzice mogą też opowiadać dzieciom o własnych doświadczeniach. Na przykład: „Miałam dziś trudną sytuację w pracy. Szef poprosił mnie, żebym zaprezentowała coś na spotkaniu, a ja nie czułam się przygotowana. Chciałam tego uniknąć, ale zrobiłam to i cieszę się, że się odważyłam”. Kiedy rodzice pokazują własne zmagania i to, że potrafią przejść przez lęk, tworzą dla dzieci bardzo ważną narrację.
Oczywiście, jeśli lęk osiąga poziom kliniczny, czyli mocno utrudnia życie, pracę, relacje, jest bardzo dotkliwy i trwa bez ulgi przez dłuższy czas, samodzielna praca może być zbyt trudna. Wtedy terapia bywa bardzo pomocna. Terapeuta może nauczyć umiejętności tolerowania dyskomfortu i przeprowadzić przez proces ekspozycji. Ale celem takiej terapii nie jest bycie w terapii zawsze. Dobrze ukierunkowana praca z lękiem może przynieść efekty nawet w ciągu 10–20 sesji.
To ciekawe, bo czasem także od terapii można się uzależnić, jeśli zaczynamy wierzyć, że bez terapeuty sobie nie poradzimy..
To bardzo podobny mechanizm do tego, co dzieje się między dzieckiem a rodzicem. Jeśli rodzic staje się kimś, kto zawsze ratuje, dziecko zaczyna wierzyć: „poradzę sobie tylko wtedy, kiedy rodzic jest obok”. Podobnie może być w terapii. Jeśli ktoś myśli: „z trudnym momentem poradzę sobie tylko z terapeutą”, pojawia się zależność. Jako terpautka naprawdę wierzę, że terapia może być wspaniale pomocna. Wszyscy czasem potrzebujemy wsparcia. Ale celem nie jest pomoc bez końca.
Jak reagują czytelnicy Pani książki? Czy dzielą się historiami zmian, które wprowadzili w swoim życiu po lekturze?
Dostałam bardzo poruszające wiadomości. Jedna mama wysłała mi zdjęcie swoich dzieci idących samodzielnie ulicą. Napisała, że idą do dziadków i że nigdy wcześniej im na to nie pozwoliła. Po przeczytaniu książki zrozumiała, że to jej własny lęk ograniczał dzieci i wzmacniał ich niepokój, choć one były gotowe na ten krok. To było dla mnie bardzo ważne.
Pisali też do mnie inni specjaliści, mówiąc, że udało mi się przystępnie opisać pracę, którą wykonujemy w gabinetach. To podejście jest typowo kliniczne, ale ma zastosowanie znacznie szerzej, do wszystkich rodziców i, szczerze mówiąc, do wszystkich ludzi.
Niedawno prowadziłam spotkanie dla kobiet po pięćdziesiątce. Wiele z nich nie miało już małych dzieci, ale te dorosłe, a także partnerów lub małżonków, z którymi przez lata tworzyły relację opartą na lęku i zależności. Po spotkaniu uczestniczki mówiły: „Zaczęłam myśleć o tym, jak od lat dostosowuję się do lęku mojego męża. Robię wszystko, co wywołuje w nim dyskomfort, żeby on nie musiał go czuć. I to trzyma nas oboje w miejscu”.
To bardzo satysfakcjonujące, móc obserwować te zmiany.
Jakie obszary psychologii chciałaby Pani badać w przyszłości? Czy nadal będzie to rodzicielstwo i lęk?
W książce podkreślam, że intensywne rodzicielstwo, o którym rozmawiałyśmy, nie jest tematem często badanym w psychologii klinicznej. To raczej obszar socjologii. W literaturze psychologicznej widzę pewne ślady, elementy tego zjawiska, ale nie zawsze są one tak nazwane.
Bardzo chciałabym przeprowadzić szerokie badanie współczesnych rodziców w różnych kulturach. Interesowałoby mnie, w jakim stopniu identyfikują się z intensywnym rodzicielstwem, czyli z przekonaniem: „tak właśnie wygląda dobre rodzicielstwo”. Chciałabym sprawdzić, jak wiąże się to z poziomem ich lęku oraz z poziomem lęku u ich dzieci.
Nie mamy jeszcze przekrojowego badania, które jasno pokazywałoby, że im silniej ktoś identyfikuje się z intensywnym rodzicielstwem, tym bardziej prawdopodobne jest, że sam doświadcza lęku i że jego dzieci również go doświadczają. Mamy dane dotyczące pokrewnych zjawisk, ale brakuje interdyscyplinarnego ujęcia.
Myślę, że takie badanie mogłoby pomóc obalić mit, który kultura intensywnego rodzicielstwa narzuca rodzicom: że tylko w ten sposób można być dobrym rodzicem. Tymczasem wiemy, że ta presja utrudnia życie rodzicom i wcale nie pomaga dzieciom tak bardzo, jak chcielibyśmy wierzyć.

