Reklama

Ogłaszamy koniec miłości romantycznej?

PROF. TOMASZ SZLENDAK: To nie takie proste. Z jednej strony wystarczy rozejrzeć się wokół, żeby zyskać pewność, że model miłości z komedii romantycznych już nie działa. Model związków, które przetrwają wszystko, na przekór złu, już dawno się popsuł albo właśnie się psuje. Z drugiej strony, mimo że to wiemy, jesteśmy tak mocno przyzwyczajeni do hollywoodzkiego scenariusza miłości romantycznej, że nie widzimy żadnych alternatyw. Wprawdzie zauważamy, że świat się zmienia, mimo to wiele kobiet wciąż czeka na księcia z bajki lub rycerza na białym koniu. Nieracjonalnie wprawdzie, ale głęboko wierząc, że historia jak z filmu w końcu im się przytrafi, bo przecież przytrafić się musi. W naszych kulturowych wyobrażeniach każdy i każda muszą się na swojej drodze potknąć o kamień, jakim jest miłość romantyczna.

Tylko lata mijają, a ona nas wciąż nie trafia.

I pojawia się frustracja. A za nią pytanie: dlaczego? Winy upatrujemy głównie w sobie. Statystycznie częściej w tę pułapkę wpadają kobiety. W książce próbuję pokazać, co jest dość trudne, że to nie jest niczyja wina. To procesy makrospołeczne decydują o tym, że niedopasowany do dzisiejszej sytuacji model miłości się psuje, a my jesteśmy do tego modelu przyspawani. Większość umie się przystosować do obecnych mechanizmów, rozwija się zawodowo, świetnie radzi sobie w relacjach towarzyskich. Mimo tego bez romantycznego przeżycia czujemy się niepełni. Wszystko niby gra, ale zgrzyta.

A może mamy zbyt duży wybór i nie umiemy się zdecydować? Kiedyś nie mieliśmy wyjścia, szliśmy wskazaną drogą. Teraz dróg jest wiele.

Myślę, że ten proces wyglądał inaczej. Po prostu życie wielu z nas przestało pasować do jednego modelu. On się sprawdzał, kiedy świat w latach 60. czy 70. był poukładany po staremu, jak w epoce przemysłowej. W USA kobiety nie podejmowały pracy zawodowej aż do połowy lat 70., gdy masowo do niej poszły. I wtedy tradycja zaczęła pękać. Zmieniły się okoliczności, tryb i styl życia. Miłość romantyczna zaczęła uwierać, ale nadal kurczowo się jej trzymaliśmy, bo niczego innego nie było na stole. Efekt jest taki, że ludzie coraz częściej wpadają na pomysł, że mogą żyć inaczej – samodzielnie, w różnych alternatywach, są singlami, żyją w związkach partnerskich, poliamorycznych. Co nie zmienia faktu, że tęsknota za tym modelem miłości cały czas pozostaje, wciąż coś ich uwiera.

Rysa na romantycznym szkle zaczęła pękać, gdy kobiety się wyemancypowały. Naprawdę musimy płacić samotnością za równość?

W latach 90. feministycznie nastawione psycholożki i socjolożki uważały, że da się pogodzić miłość z wolnym wyborem. Okazało się, że to nie działa. Budowanie gospodarstwa domowego i rodziny to jednak poświęcanie części siebie. Szybko zauważono pewien konflikt – z jednej strony kobiety tęskniły za miłością romantyczną, która prowadzi do rodziny, z drugiej nie chciały zaprzepaścić efektów emancypacji pod postacią wolnego życia. Ostatecznie miłość przegrywa. Trudno ją pogodzić w tym klasycznym kształcie, który zakłada oddanie części siebie, zwykle po stronie kobiet. Musimy to sobie uświadomić – miłość jest produktem kultury nowoczesnej. Patriarchalnej w tym sensie, że proponuje kobietom pułapkę. Powszechnie to zauważono, ale kobiety nadal tego pragną. Nie zamiast wolności, ale obok niej, choć wiedzą, że to niemożliwe.

Po pandemii i przymusowych lockdownach okazało się, że fizyczna obecność innych ludzi jest kluczową sprawą.

Ale samodzielność nie musi oznaczać samotności.

To prawda, tak wynika z badań. Kobiety bez romantycznego związku prowadzą satysfakcjonujące, aktywne życie. Co ważne, coraz śmielej przyznają, że nie chcą mieć dzieci i nie chcą być na stałe z partnerem. Do niedawna nie było to możliwe. Dziś się to zmienia – przynajmniej w klasie średniej wzwyż zaczynamy rozumieć, że ludzie mogą realizować się w różnych modelach i to nie oznacza nieszczęścia. Żyjemy w momencie, w którym jeszcze część z nas myśli, że bycie poza związkiem to rodzaj nieszczęścia. Ale potem, kiedy w ten związek wchodzimy, nawet krótki, odkrywamy, że szczęśliwsze jest życie samemu, bo partner nas ogranicza. Poświęcanie części siebie na rzecz związku kłóci się z dzisiejszym modelem kapitalizmu, który nastawia nas na realizację własnych potrzeb.

A co z partnerstwem? Czy ono jest możliwe?

Model zakładający równy podział obowiązków domowych i rodzicielskich jest możliwy, ale nie będzie powszechny. Do tego jest potrzebna świadomość i chęć poświęcenia z obydwu stron. Może się okazać, że taka inwestycja, zwłaszcza ze strony mężczyzn, jest nieopłacalna. Zyski nie wynagrodzą strat.

Czego zatem oczekują mężczyźni? Wśród nich przecież rośnie grupa samotnych, sfrustrowanych inceli.

Populacja mężczyzn jest mocno rozwarstwiona, bardziej niż kobiet. Z jednej strony mamy mizoginów, którzy hejtują kobiety, ale to nie jest duży odsetek. Dużo większa jest grupa mężczyzn, którzy są samotni, bo kobiety ich nie wybierają. Mają niższe wykształcenie, status społeczny, nie posiadają cech istotnych z perspektywy kobiet, które w wyborze partnera szukają wśród równych lub lepszych od siebie. Z kolei mężczyźni o wysokim statusie mogą sobie pozwolić na brak związku. Są cały czas pożądani i mają problem z nadmiarem wyboru, nie z samotnością. Ci niewidzialni dla kobiet popadają we frustrację. Ci pożądani nie szukają związku.

A co z seksem? W tradycyjnym ujęciu to on był jednym z powodów, dla których mężczyźni szukali partnerek.

Ci, którzy chcieliby seksu, nie mają na niego szans, bo kobiety nie wybierają ich na kochanków. A ci, którzy mają zainteresowanie kobiet, mają też seks bez konieczności stałego związku. Z badań wynika, że około 30 proc. młodych mężczyzn do 29. roku życia nie miało w ciągu ostatniego roku żadnych kontaktów z kobietami. Co nie oznacza, że nie doświadczyli przyjemności seksualnej. Od momentu upowszechnienia szerokopasmowego internetu mamy łatwo dostępną pornografię, która niczego od mężczyzn nie chce, do niczego nie zmusza. W związku z tym wielu realizuje swoje potrzeby seksualne ze smartfonem. Są wyłączeni z rynku seksualnego. Do tego do chodzi stres, kortyzol, kompulsywne scrollowanie social mediów, które niszczą seksualność. Fizycznie też jest kłopot – badania wskazują na męskie kłopoty z testosteronem. Wszystko to decyduje o tym, że następuje uwiąd pożądania. A co za tym idzie, nie ma chęci tworzenia związku.

relacje romantyczne
Książka "Miłość nie istnieje" prof. Tomasza Szlendaka materiały prasowe

Wydawało się, że singlom pomogą aplikacje randkowe, a wygląda na to, że utrudniają budowanie związku.

Nie powiedziałbym, że były celowo zaprojektowane po to, żeby rozwalić system społeczny i rodzinny. Raczej po to, żebyśmy siedzieli w nich przynajmniej pół godziny dziennie i przewijali palcem ekran na pętli dopaminowej. Z całą pewnością nie zostały zaprojektowane po to, żeby użytkownicy skutecznie kogoś znaleźli, wtedy przestaliby używać aplikacji. Duża część w ogóle nie szuka tam miłości ani nawet seksu. Traktuje to jako rozrywkę.

A ci, którzy jednak szukają?

Najczęściej nie trafiają na romantyczną miłość, sama mechanika tych aplikacji to uniemożliwia. Z tyłu głowy mają miliony potencjalnie lepszych opcji, co jest ułudą. Mechanizm jest taki: najpierw nakręcają się na spotkanie, ale potem natychmiast wraca ją do przeglądania kolejnych osób. Z jednej strony na pierwszej randce oczekują, że piorun miłości natychmiast ich porazi. Z drugiej – zamiast dać się zaskoczyć, poznawać się, badają daną osobę na wszystkich mediach społecznościowych. I tym sposobem zyskują poczucie, że wiedzą już wszystko i nic ich dalej nie czeka. Wyobraźnia przestaje działać, więc wracają do aplikacji. Prawda jest taka, że miłość nie rodzi się od strzału Amora, tylko w toku randkowania, poznawania, uruchamiania wyobraźni. Ci nieliczni, a jest ich nie więcej niż 12 proc., którym się udaje stworzyć stały związek z poznanym w aplikacji partnerem, mówią to samo: „Na początku nie było fajerwerków, ale dałem kolejną szansę”. Zamknęli aplikacje i wrócili do tradycyjnego systemu randkowania.

Problem w tym, że młodsze pokolenie żyje w telefonie. Nie mają gdzie i jak nauczyć się relacji.

Dwudziestolatek to dziś istota, która w sensie socjologicznym jest niedorosła, nie wyprowadziła się z domu rodzinnego, nie założyła własnego gospodarstwa domowego, nie planuje własnej rodziny, nie utrzymuje się sama. Większość zatem to funkcjonalne dzieci. Zniknęły też miejsca do swobodnego poznawania się w realu. Kiedyś szło się np. do klubu studenckiego po to, żeby, mówiąc wprost, wystawić się na rynek, również erotyczny. To była scenografia do budowania związków. Dzisiaj tej scenografii nie ma albo jest jej radykalnie mniej.

Nie dość, że pokolenie Z kiepsko sobie radzi z tworzeniem związku, to nie potrafi także z niego wyjść. Ghosting (znikanie), breadcrumbing (rzucanie okruchów uwagi), AI breakup, czyli zrywanie przez wiadomość napisaną przez ChatGPT...

To świadectwo tego, jak bardzo zmieniły się nasze relacje. Niedojrzałe zachowania, w tym oddawanie sztucznej inteligencji zrywania swojego związku, wskazuje na daleko posuniętą niekompetencję interakcyjną.

Wielu realizuje swoje potrzeby seksualne ze smartfonem. Są wyłączeni z rynku seksualnego. Do tego do chodzi stres, kortyzol, kompulsywne scrollowanie social mediów, które niszczą seksualność.

Ale jednocześnie potrzeba bliskości jest ogromna.

Po pandemii i przymusowych lockdownach okazało się, że fizyczna obecność innych ludzi jest kluczową sprawą. Że cierpią, kiedy nie ma drugiego człowieka. Realizują to w gronach przyjacielskich, gdzie silnie się przyjaźnią, próbują być razem. To pewien rodzaj budowania wspólnoty, gdzie pewne potrzeby od czasu do czasu są realizowane. Ale nie realizują ich w parach.

A może miłość do siebie zastąpiła nam miłość do innych?

Problem w tym, że to nie jest miłość. Skupienie na sobie, będące efektem kapitalizmu, nie ma nic wspólnego z miłością. Nie da się być z sobą w bliskiej relacji choćby dlatego, że nie da się siebie podotykać z taką uwagą, jak robi to druga osoba. A deprywacja dotyku to pierwszy krok do odczuwania prawdziwej samotności. Ten przekaz wzmacnia kultura psychoterapeutyczna, która pokazuje świat od strony czerwonych flag: „Rozpoznaj toksyka”, „Sprawdź, czy to nie narcyz”. Przebywamy w kokonach internetowych, które nagłaśniają negatywne scenariusze, i rośnie nasz strach przed wchodzeniem w związki. W takich warunkach trudno rozkwitnąć miłości.

Co tracimy wraz z odejściem miłości romantycznej?

Zdolność i możliwość transcendencji. Miłość, po tym jak straciliśmy religijny zapał, pozostała jedynym zjawiskiem, kiedy czuliśmy, że wszystko jest możliwe. Dla miłości stawaliśmy się lepsi. Była fundamentem, rodzajem świętości. Wokół scenariusza miłości romantycznej zbudowaliśmy rodzaj świeckiej religii. Teraz widzimy masowe odejście od niej, choć odchodzimy w nieznane, bo nikt nie dał nam alternatywy.

Co dalej będzie z miłością?

Nie wiem. Jestem socjologiem, nie oceniam, co jest dobre, a co złe. Czas pokaże, czy uda nam się wypracować nowe wzorce i zastąpić czymś miłość romantyczną.

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca. Bądź na bieżąco! Obserwuj nas w Google
Reklama
Reklama
Reklama
Loading...