Reklama

Przez lata była świadkiem historii, które rozgrywały się z dala od kamer. Julia Samuel, jedna z najbardziej cenionych brytyjskich psychoterapeutek, przyjaźniła się z księżną Dianą, a po jej tragicznej śmierci pomagała przejść przez żałobę młodym Williamowi i Harry’emu. Od ponad trzech dekad towarzyszy ludziom w najtrudniejszych momentach życia: stracie, chorobie, rozstaniach i rodzinnych kryzysach. Dziś mówi, że każda historia żałoby prowadzi ostatecznie do tego samego miejsca: rodziny.

W najnowszej książce „Każda rodzina ma swoją historię. . Jak dziedziczymy miłość i stratę”” Julia Samuel przygląda się temu, jak miłość, tajemnice, traumy i niewypowiedziane emocje przechodzą z pokolenia na pokolenie. Rozmawiamy o rodzinnych opowieściach, które nas kształtują, o sekretach żyjących dłużej niż ich bohaterowie, a także o tym, dlaczego w świecie pełnym szybkich bodźców i technologii wciąż najbardziej potrzebujemy bliskości drugiego człowieka.

Gabriela Trojanowska, ELLE: W swojej najnowszej książce skupia się Pani na pojęciach rodziny i historii. Dlaczego są one tak ważne?

Julia Samuel: Od ponad 35 lat pracuję jako terapeutka i właściwie każda osoba, która przechodziła przez drzwi mojego gabinetu, niezależnie od tego, z jakim problemem przychodziła, prędzej czy później zaczynała mówić o rodzinie. O swoim pochodzeniu, o rodzinie, w której żyje, albo o rodzinie, którą chciałaby stworzyć.

Im dłużej tego słuchałam, tym mocniej widziałam, że historie, które rodzina opowiada o sobie, historie, które zna (ale też te, których nie zna), bardzo często wpływają na to, kim stają się jej członkowie. Opowieści są przekazywane z pokolenia na pokolenie, ale istnieją też historie niewypowiedziane, przemilczane. Czasem są to historie traumy, które oddziałują na kolejne pokolenia.

Zaczęła mnie więc bardzo interesować praca z całymi systemami rodzinnymi, z rodzinami wielopokoleniowymi. Chciałam zrozumieć, o czym rozmawiają, co rozumieją jako system, na co jest w rodzinie przyzwolenie, a na co go nie ma. To było fascynujące. Każda z tych rodzin była wyjątkowa, ale kiedy na końcu książki sformułowałam 12 punktów odniesienia dla rodzin, zobaczyłam też, że istnieją pewne uniwersalne aspekty ważne dla każdej rodziny.

Wspomniała Pani o historiach, które nie zostały opowiedziane. Czasem to właśnie one okazują się najsilniejsze. Milczymy o tym, co najważniejsze…

Tak. Myślę, że 80 lat po wojnie ludzie zaczynają mówić o tym, co się wydarzyło, bo dopiero teraz potrafią znaleźć słowa na coś, na co wcześniej słów nie mieli. Widzę to w Wielkiej Brytanii i wyobrażam sobie, że podobnie jest w całej Europie.

W poprzednich książkach poświęca Pani wiele uwagi tematowi żałoby. Czy praca nad książką o rodzinie była dla Pani pewnego rodzaju kontynuacją tego tematu?

Tak, ponieważ żałoba jest zmianą. W żałobie uczymy się poruszać w spektrum straty, dopuszczać ten ból i pozwalać, by rzeczywistość, w której żyjemy, nas zmieniła.

A jeśli pomyślimy o rodzinach, to jedną z rzeczy absolutnie pewnych jest to, że rodziny nieustannie się zmieniają. Dzieci dorastają, nastolatki stają się dorosłe, małe dzieci idą do szkoły. Zmiana wynika z wieku, ale też z wydarzeń. Ktoś musi wyjechać do pracy za granicę, ktoś się rozwodzi, ktoś otrzymuje trudną diagnozę…

Największy psychologiczny proces w rodzinach, czasem ukryty, a czasem bardzo widoczny, zawsze dotyczy zmiany. A żałoba jest w gruncie rzeczy zmianą.

Jak wyglądała praca nad książką „Każda rodzina ma swoją historię”? Co było w tym procesie najtrudniejsze?

Pracowałam nad książką w czasie lockdownu, więc wszystkie sesje odbywały się przez Zooma. W przypadku rodzin wielopokoleniowych było to duże psychologiczne obciążenie. Obserwowanie ich twarzy, tego, jak się zmieniają, jak reagują, było bardzo intensywne.

Niektóre historie były niezwykle poruszające. Jedna z nich dotyczyła rodziny ocalałych z Holokaustu, pięciu pokoleń: prababki, która była w Auschwitz, jej córki, wnuczki i prawnuczki. Pracowałam z nimi wszystkimi.

Trudne było wyczucie skali bólu i prowadzenie procesu przez ekran. Nie mogłam dokładnie zobaczyć, co dzieje się w pokoju. Niektóre starsze osoby nie radziły sobie najlepiej z technologią, więc czasem widziałam czyjeś ucho albo fragment twarzy (śmiech). A jednak była to jedna z najlepszych prac, jakie wykonałam. Uwielbiałam pisać tę książkę. Bardzo wiele się od tych rodzin nauczyłam i jestem im ogromnie wdzięczna.

Każdej rodzinie wysyłałam później szkic tekstu. Mogli coś dodać albo poprosić o usunięcie fragmentów. Większość chciała coś dopowiedzieć. Mówili: „Nie, proszę dodać jeszcze to. Tego pani nie uwzględniła”. Samo czytanie tekstu stawało się częścią terapii. To oczyszczające.

Kiedy widzi się coś na piśmie, nabiera to szczególnej siły. Można dopiero wtedy zrozumieć, co naprawdę zostało powiedziane.

Tak. Była też historia mężczyzny, który umierał. Chorował na raka. Po przeczytaniu tekstu powiedział coś niezwykle poruszającego: że ktoś wreszcie zobaczył jego życie.

A która historia z książki szczególnie panią poruszyła?

Nie było jednej takiej historii. Każda z nich poruszyła mnie na swój sposób. Byłam bardzo wdzięczna rodzinom za ich otwartość i gotowość do rozmowy. Kiedy czytamy o czyimś doświadczeniu, bardzo często odnajdujemy w nim własną wersję tej historii. Dlatego myślę, że czytelnicy mogą znaleźć cząstki siebie w opowieściach innych ludzi.

Jakie reakcje czytelników i czytelniczek najbardziej Pani zapamiętała? Czy pojawiały się głosy, że książka coś w nich zmieniła, zadziałała jak forma terapii?

Otrzymałam naprawdę wiele wiadomości i e-maili od osób, które pisały, że zobaczenie siebie w historii kogoś innego było dla nich bardzo ważne. Pomogło im rozpoznać część siebie, której wcześniej nie widzieli.

Myślę, że szczególnie mocno działa idea wzorców zachowań i sekretów, które nie są przekazywane wprost, ale ich skutki przechodzą na kolejne pokolenia. Kiedy ból z poprzedniego pokolenia pozostaje nieprzepracowany, niesie się dalej, aż ktoś będzie gotów go poczuć. Dla wielu osób ta myśl otworzyła rodzaj portalu. Pozwoliła im zobaczyć, dlaczego czują to, co czują, i kim są.

Wywiad z Julią Samuel
mat. prasowe PWN

Czy uważa Pani, że każda rodzina powinna pójść na terapię? A jeśli nie, to co rodzina może zrobić, by lepiej funkcjonować razem?

Nawet gdybym bardzo tego chciała, szanse na to, że każda rodzina pójdzie na terapię rodzinną, są zerowe. Do takiej terapii potrzebna jest gotowość wszystkich członków rodziny. Jeśli jedna osoba stawia opór, terapia może zostać zakłócona.

Jako terapeutka nie jestem oczywiście obiektywna, ale uważam, że jeśli rodzina ma za sobą bardzo trudną historię albo wydarzyło się coś, co dotknęło wszystkich, stworzenie bezpiecznego środowiska prowadzonego przez osobę, która potrafi pracować z emocjami wielu ludzi naraz, może ochronić tę rodzinę przed latami dysfunkcji. Nie zawsze potrzeba bardzo długiej terapii: czasem sześć czy siedem spotkań może dać rodzinie wspólną wiedzę i zrozumienie.

Ale można też robić prostsze rzeczy. Na przykład raz na kilka tygodni pójść razem na spacer i porozmawiać o tym, co wydarzyło się w ostatnim czasie. O tym, z czym ktoś ma trudność, ale też o tym, co daje radość. A potem zjeść razem obiad. To piękny rytuał. Kiedy idziemy i poruszamy się, poruszają się też nasze emocje. Nie patrzymy sobie bezpośrednio w oczy, co czasem nas blokuje, mamy większą swobodę.

A co zrobić, jeśli jedna osoba w rodzinie nie chce wracać do trudnych tematów albo sięgnąć po poradę specjalisty?

Nie warto naciskać na wszystkie bolesne punkty naraz. Częścią pracy terapeutycznej jest też psychoedukacja, a zatem wyjaśnienie, że z wielu dekad badań wiemy jedno: to, co robimy, żeby zablokować ból, z czasem często zaczyna nam szkodzić. Czasem szkodzi też kolejnym pokoleniom.

Oczywiście chcemy minimalizować nasz ból: to naturalne. Ale mechanizmy obronne, których używamy, by go nie czuć, blokują również naszą zdolność do odczuwania radości.

Kontakt z nieprzepracowaną żałobą czy bólem z przeszłości jest trudny, ale w dłuższej perspektywie pozwala poczuć większe zaangażowanie w siebie i życie. Daje więcej radości, energii, poczucia bycia naprawdę obecnym.

Pracuje Pani z bardzo trudnymi tematami: żałobą, bólem, stratą, rodzinnymi ranami. Jak sama Pani radzi sobie z taką ilością emocji? Czy ma pani strategie, które pomagają się wyciszyć?

Mam ich wiele. Dużo ćwiczę. To pozwala mi rozładować napięcie, które gromadzi się w ciele. Łączę bieganie czy jazdę na rowerze z jogą i medytacją. To pomaga mojemu układowi nerwowemu się uspokoić.

Cenię też naturę i kulturę: spotkania z przyjaciółmi, filmy, muzykę albo wystawy. Robię rzeczy, które mi służą. Dzięki temu w pracy jestem zregenerowana i naprawdę obecna.

Wróćmy do książki. Co chciałaby Pani, żeby czytelnik z niej wyniósł, gdyby miała to być tylko jedna rzecz?

W rodzinach najbardziej kochamy, ale też najbardziej nienawidzimy i popełniamy najgłębsze błędy. Rodziny są chaotyczne, nieprzewidywalne i pełne bałaganu. Ale jednocześnie są najbardziej ochronnymi i najważniejszymi relacjami w naszym życiu: najbardziej kochamy i ranimy właśnie w rodzinie.

Dlatego są warte emocjonalnej pracy, kosztów finansowych i czasu. A zajmują bardzo dużo czasu. Jeśli jednak jesteśmy wobec siebie współczujący i traktujemy te relacje priorytetowo, zwykle zostajemy za to wynagrodzeni.

Często mówi się, że ból jest czynnikiem zmiany. Jednocześnie żyjemy w świecie mediów społecznościowych, szybkich bodźców, kolorowych obrazków i łatwej przyjemności. Dlaczego ból i dyskomfort mimo wszystko są ważne?

Ból jest najlepszą soczewką, najlepszym sygnałem alarmowym.

Nie chodzi o to, żeby zanurzać się w bólu i cierpieniu. Ale jeśli nie zwracamy uwagi na sygnał, który wysyła nam ciało czy psychika, rana się nie zagoi. Kiedy pozwalamy sobie ją zobaczyć, dopiero wtedy możemy zacząć zdrowieć.

Jak przez ostatnie dekady zmieniło się w Wielkiej Brytanii podejście do psychoterapii? W Polsce taka zmiana świadomości, związana z dbaniem o zdrowie psychiczne, wydaje się rozwijać szczególnie przez ostatnie kilka lat.

W Wielkiej Brytanii bardzo dużo zmieniło się w ciągu ostatnich 10, a właściwie 20 lat. Starsze pokolenia, w tym pokolenie moich rodziców, a nawet częściowo moje, były bardzo przywiązane do zasady „keep calm and carry on”, czyli „zachowaj spokój i rób swoje”. Zawsze mówiło się: „wszystko w porządku”, „nic mi nie jest”.

Młodsze pokolenia mają znacznie szersze pojmowanie emocji. Lepiej rozumieją swoje uczucia, choć czasem istnieje też ryzyko nadmiernego stawiania autodiagnoz. Ale mówienie o terapii, o chodzeniu na terapię, o tym, czego terapia nauczyła, jest dziś obecne w świecie publicznym w sposób, który 20 lat temu właściwie nie istniał. Na początku XXI wieku prawie się o tym nie mówiło.

Jakie kierunki będą się, Pani zdaniem, rozwijały w psychologii i psychoedukacji najbliższych latach? Czy w epoce mediów społecznościowych wrócimy do korzeni, do rodzin, systemów rodzinnych i poprzednich pokoleń, a może pójdziemy w inną stronę?

W Wielkiej Brytanii zaczyna się coś, co być może później pojawi się również w Polsce: więcej psychoedukacji w szkołach. Dzieci uczą się o różnych emocjach, o tym, jak je wyrażać, o uważności. Od września w szkołach ma być też obowiązkowo omawiana żałoba i strata, sam proces żałoby i to, co pomaga w jej przeżywaniu.

Myślę, że to bardzo dobre. Dzięki temu rozmowa o emocjach, żałobie i stracie stanie się bardziej normalna.

Coraz lepiej rozumiemy też, że na nasz nastrój i zdrowie psychiczne nie wpływa tylko terapia rozmową. Ważny jest ruch, sen, jedzenie, więzi z innymi ludźmi. To wszystko tworzy całość.

Coraz częściej słyszymy, że ludzie rozmawiają ze sztuczną inteligencją jak z terapeutą. Czy widzi pani w tym zjawisku zagrożenie, a może jednak szansę?

Jedno i drugie. Tam, gdzie dostęp do terapeutów jest niemożliwy, gdzie ludzi nie stać na terapię albo nie ma wykwalifikowanych specjalistów, może to być pomocne. Szczególnie jeśli istnieją odpowiednie zabezpieczenia.

Ale jesteśmy istotami głęboko nastawionymi na ludzką więź. Ważna jest elastyczność relacji, emocjonalne połączenie między dwiema osobami, patrzenie na swoje twarze. AI nie jest osobą. Jest maszyną. I nie sądzę, żeby to było dla nas dobre jako zastępstwo za prawdziwą relację.

To chyba dobre podsumowanie naszej rozmowy. Wszystko sprowadza się do innych ludzi, do bliskich relacji i więzi. Niezależnie od tego, czy mówimy o rodzinie, przyjaciołach, czy relacji z samym sobą.

Tak, to bardzo pozytywna konkluzja.


Julia Samuel jest brytyjską psychoterapeutką specjalizującą się w pracy z żałobą, traumą i kryzysami życiowymi. Od ponad 35 lat wspiera dzieci, rodziców i całe rodziny w przechodzeniu przez doświadczenia straty. Współtworzyła organizację Child Bereavement UK, której patronką była księżna Diana. Przez lata należała do grona jej najbliższych przyjaciół i po śmierci Diany wspierała terapeutycznie książąt Williama i Harry’ego. Jest autorką bestsellerowych książek „Sposób na żałobę”, „To też przeminie” oraz „Każda rodzina ma swoją historię”, a także twórczynią podcastu „Therapy Works” i aplikacji Grief Works. Za swoją działalność na rzecz rodzin dotkniętych stratą została odznaczona Orderem Imperium Brytyjskiego (MBE).

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca. Bądź na bieżąco! Obserwuj nas w Google
Reklama
Reklama
Reklama
Loading...