Są książki, które czytamy grzecznie: kilkanaście stron przed snem, zakładka, lampka zgaszona. I są takie, przez które o 2:47 zaczynamy negocjować sami ze sobą. Jeszcze jeden rozdział. Jeszcze dziesięć stron. Muszę tylko dowiedzieć się, co się stało.
WIDEO…
Ta lista jest poświęcona wyłącznie tej drugiej kategorii.
1. „Projekt Hail Mary”, Andy Weir
Mężczyzna budzi się na pokładzie statku kosmicznego. Nie wie, gdzie jest. Nie pamięta, jak się nazywa. Nie ma też pojęcia, dlaczego obok niego znajdują się ciała dwóch członków załogi. A potem zaczyna sobie przypominać.

Andy Weir, autor „Marsjanina”, doskonale wie, jak zamienić naukę w thriller. „Projekt Hail Mary” jest pełen fizyki, biologii i technicznych problemów, ale ani przez moment nie przypomina lekcji. Każda odpowiedź rodzi kolejne pytanie, a stawka szybko okazuje się absurdalnie wysoka.
Dla kogo: dla osób, które twierdzą, że „nie lubią science fiction”. To może być książka, która zmieni ich zdanie.
2. „11/22/63”, Stephen King
Co zrobilibyście, gdyby można było wrócić do przeszłości i powstrzymać zabójstwo Johna F. Kennedy’ego?
Jake Epping dostaje taką możliwość. Przejście prowadzące do Ameryki końca lat 50. staje się dla niego początkiem misji, która brzmi stosunkowo prosto: odnaleźć Lee Harveya Oswalda, upewnić się, że rzeczywiście zamierza zabić prezydenta, a następnie mu przeszkodzić. Tyle że przeszłość nie lubi, kiedy ktoś próbuje ją zmieniać.
„11/22/63” ma rozmiary książki, którą rozsądny człowiek powinien czytać przez kilka tygodni. Problem w tym, że King skonstruował ją tak, że rozsądek szybko przestaje mieć znaczenie. To jednocześnie thriller, romans, podróż w czasie i niezwykle sugestywny portret Ameryki sprzed kilku dekad.
Dla kogo: dla tych, którzy chcą zniknąć z własnego życia na kilkaset stron.
3. „Zaginiona dziewczyna”, Gillian Flynn
Amy znika dokładnie w piątą rocznicę ślubu. W domu zostają ślady walki, policja rozpoczyna śledztwo, media wyczuwają historię, którą można zamienić w narodowy spektakl. A mąż Amy, Nick, zachowuje się… cóż, niekoniecznie tak, jak powinien zachowywać się zrozpaczony mąż.
Jeśli znacie tylko ekranizację Davida Finchera, książka Gillian Flynn nadal jest warta przeczytania. Jeśli nie znacie ani filmu, ani powieści – macie szczęście. Nie googlujcie zakończenia. Flynn bierze małżeństwo, miłość, urazę i potrzebę kontrolowania własnego wizerunku, a następnie robi z nich coś bardzo, bardzo nieprzyjemnego.
W najlepszym możliwym sensie.
Dla kogo: dla fanów thrillerów psychologicznych i bohaterów, którym zdecydowanie nie należy ufać.
4. „Cień wiatru”, Carlos Ruiz Zafón
Barcelona, rok 1945. Młody Daniel trafia z ojcem na Cmentarz Zapomnianych Książek – tajemnicze miejsce, w którym przechowywane są dzieła skazane na zapomnienie. Wybiera jedną z nich: „Cień wiatru” nieznanego pisarza Juliána Caraxa. Wkrótce odkrywa, że ktoś systematycznie niszczy wszystkie egzemplarze książek Caraxa.
Tak zaczyna się historia, w której literatura prowadzi do kolejnych sekretów, romansów, tragedii i obsesji. Zafón stworzył Barcelonę, do której chce się wejść i trochę w niej pobłądzić – najlepiej nocą, choć prawdopodobnie byłby to fatalny pomysł. To jedna z tych powieści, które przypominają, dlaczego w ogóle zakochaliśmy się w czytaniu.
Dla kogo: dla romantyków, miłośników tajemnic i wszystkich, którzy uważają księgarnie za miejsca odrobinę magiczne.
5. „Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet”, Stieg Larsson
Harriet Vanger zniknęła kilkadziesiąt lat temu z wyspy należącej do potężnej szwedzkiej rodziny. Jej ciała nigdy nie znaleziono. Jej wuj jest jednak przekonany, że została zamordowana – i że zrobił to ktoś z rodziny. Do rozwiązania zagadki zatrudnia dziennikarza Mikaela Blomkvista. W jego śledztwie pojawia się Lisbeth Salander: genialna hakerka i jedna z najbardziej charakterystycznych bohaterek współczesnego kryminału.
Larsson na początku cierpliwie rozstawia pionki. Warto mu na to pozwolić. Kiedy wszystkie znajdą się na planszy, „Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet” zmieniają się w rasowy page-turner.
Dla kogo: dla osób, które lubią naprawdę rozbudowane zagadki kryminalne i mroczny skandynawski klimat.
6. „Shantaram”, Gregory David Roberts
Ponad 800 stron? Indie? Filozoficzne rozważania? Brzmi jak książka, którą można odkładać przez trzy lata. A jednak „Shantaram” potrafi połknąć czytelnika w całości.
Bohater ucieka z australijskiego więzienia i z fałszywym paszportem trafia do Bombaju. Tam zaczyna nowe życie, które prowadzi go przez slumsy, więzienia, romanse, przyjaźnie, przemyt i świat miejscowej mafii.
Roberts stworzył powieść ogromną, przesadzoną i miejscami niemal operową. Ale właśnie na tym polega jej urok. Czytając, ma się wrażenie, że przez chwilę żyje się cudzym, znacznie bardziej niebezpiecznym życiem.
Dla kogo: dla tych, którzy tęsknią za wielką, bezwstydnie wciągającą przygodą.
7. „Siedem śmierci Evelyn Hardcastle”, Stuart Turton
Evelyn Hardcastle umrze dziś wieczorem. Problem w tym, że ten dzień będzie się powtarzał. Aiden Bishop budzi się każdego ranka w ciele innego gościa znajdującego się w posiadłości Blackheath. Żeby się wydostać, musi odkryć, kto zabił Evelyn.
Brzmi skomplikowanie? Jest skomplikowane.
Turton konstruuje kryminalną łamigłówkę, w której czytelnik próbuje być o pół kroku przed autorem, po czym regularnie odkrywa, że autor właśnie zmienił planszę, zasady i kilka pionków. To książka wymagająca uwagi, ale odpłaca za nią jednym z najbardziej pomysłowych kryminalnych konceptów ostatnich lat.
Dla kogo: dla ludzi, którzy podczas oglądania kryminału po 20 minutach oznajmiają wszystkim w pokoju, kto zabił.
8. „Pacjentka”, Alex Michaelides
Alicia Berenson ma pozornie idealne życie. Jest cenioną malarką, mieszka z mężem w pięknym domu w Londynie. Pewnego wieczoru strzela do niego pięć razy. Potem przestaje mówić.
Theo Faber, psychoterapeuta, jest przekonany, że potrafi odkryć, co naprawdę wydarzyło się tamtej nocy. Jego zainteresowanie Alicią szybko zaczyna jednak przypominać obsesję. „Pacjentka” nie próbuje być najbardziej subtelną powieścią psychologiczną świata. Ma zrobić coś innego: sprawić, żebyście przewracali strony coraz szybciej. I dokładnie to robi.
Dla kogo: dla osób szukających thrillera na weekend, który bardzo łatwo zamienia się w thriller na jeden wieczór.
9. „Jutro, jutro i znów jutro”, Gabrielle Zevin
Sam i Sadie poznają się jako dzieci. Po latach spotykają się ponownie i zaczynają razem tworzyć gry komputerowe. Odnoszą sukces. I oczywiście wszystko zaczyna się komplikować.
Ale nie – to nie jest książka „o grach”. To historia o przyjaźni, twórczej obsesji, zazdrości, ambicji, miłości i o tym szczególnym rodzaju bliskości, który nie daje się łatwo nazwać. Zevin świetnie pokazuje również cenę wspólnego tworzenia czegoś, co nagle zaczyna należeć nie tylko do ciebie, ale również do milionów innych ludzi.
Nie ma tutaj morderstwa do rozwiązania ani astronauty walczącego o życie. Jest za to coś równie skutecznego: bohaterowie, których los zaczyna nas autentycznie obchodzić.
Dla kogo: dla tych, którzy chcą się w książce nie tyle zgubić, ile emocjonalnie zamieszkać.
10. „Yellowface”, R.F. Kuang
June Hayward patrzy, jak jej koleżanka Athena Liu odnosi dokładnie taki sukces literacki, o jakim ona sama może tylko marzyć. Kiedy Athena nagle umiera, June zostaje sama z jej nieopublikowanym rękopisem. I podejmuje decyzję, która uruchamia lawinę kłamstw.
„Yellowface” zaczyna się od literackiego skandalu, a potem robi się tylko bardziej niewygodnie. R.F. Kuang zagląda za kulisy świata wydawniczego, pisze o ambicji, zazdrości, przywłaszczeniu cudzej historii i internetowych polowaniach na winnych. Robi to jednak bez ciężaru powieści, która za wszelką cenę chce nam coś wytłumaczyć.
Największą siłą „Yellowface” jest June – bohaterka, której kolejnych decyzji czasem nie sposób zrozumieć, a mimo to desperacko chcemy zobaczyć, jak daleko jeszcze się posunie. I właśnie dlatego strony przewracają się właściwie same.
Dla kogo: dla tych, którzy kochają literackie skandale, niejednoznacznych bohaterów i historie, w których obserwowanie nadciągającej katastrofy okazuje się zdecydowanie zbyt przyjemne.
11. „Dark Matter”, Blake Crouch
Jason Dessen ma żonę, syna i zwyczajne życie w Chicago. Pewnego wieczoru zostaje porwany. Kiedy odzyskuje świadomość, otaczający go ludzie twierdzą, że jego życie wygląda zupełnie inaczej. Nie ma żony. Nie ma syna. Za to osiągnął coś, czego w swoim dotychczasowym życiu nigdy nie dokonał.
„Dark Matter” najlepiej czytać bez dodatkowych informacji. Blake Crouch bierze wielki koncept science fiction i opowiada go w tempie thrillera, który właściwie nie posiada hamulca ręcznego. Nie jest to książka, przy której będziecie co kilka stron zatrzymywać się, żeby podziwiać konstrukcję zdania. Będziecie zbyt zajęci sprawdzaniem, co wydarzy się za chwilę.
Dla kogo: dla fanów „Black Mirror”, alternatywnych rzeczywistości i historii, które można pochłonąć w dwa wieczory. Albo jeden, jeśli następnego dnia nie trzeba wcześnie wstawać.



























