Reklama

MAJA CHITRO: Który z was chętniej łamie reguły?

JAKUB JÓZEF ORLIŃSKI: Obaj je łamiemy, tylko w inny sposób.

Czyli jaki?

ALEKSANDER DĘBICZ: Nie sądzę, że jest w nas dusza rebeliantów, którzy za wszelką cenę chcą coś zburzyć. A są takie osobowości, których celem nadrzędnym jest zmiana paradygmatu...

JAKUB: Nami kieruje głównie głód artystyczny i głód wyrazu artystycznego, który sam w sobie jest przełamaniem. To nas interesuje, taki mamy background.

Nie chodzi o bunt dla buntu, ale o pewien cel.

ALEKSANDER: Chęć zmiany wynika z tego, że istnieje spora część publiczności, która boi się muzyki klasycznej, bo kojarzy ją z surowymi zasadami, więc nową formułą festiwalu chcemy pokazać, że one nie są najistotniejsze. Niektóre są słuszne, wynikają z konwencji, której nie należy łamać, ale w wielu przypadkach zasady nie przystają do XXI wieku i przeszkadzają w odbiorze klasyki, będącej muzyką jak każda inna – żeby móc ją odbierać, wystarczy otworzyć się na emocje. A trudno to zrobić, jeśli jest się zestresowanym, czy dobrze się zachowuje, wygląda... Albo czy ma się wystarczającą wiedzę, bo wiele osób myśli, że konieczna jest solidna podstawa, by odbierać muzykę klasyczną. To nieprawda. Przecież nie trzeba znać historii kina czy sztuk wizualnych, żeby się nimi zachwycać.

JAKUB: Gdy byliśmy w trasie z naszym albumem „LetsBaRock”, w każdym mieście odwiedzaliśmy muzea. Nie trzeba się znać, by znaleźć tam coś dla siebie. Podobnie jest z muzyką, w której każdy odbierze to samo dzieło osobiście w zależności od tego, w jakiej jest właśnie formie, miejscu w życiu i co go teraz cieszy albo trapi. Bardzo często odwiedzam Madryt, oglądam tam te same obrazy, a za każdym razem reaguję inaczej. Odnajduję nowe detale u Boscha albo obserwuję jednolite prace Bosco Sodiego. Zawsze poruszą we mnie inną strunę.

Gdzie jeszcze oprócz muzeów szukacie wrażeń?

ALEKSANDER: Lubię duże miasta, inspirują mnie, chłonę ich energię. Londyn jest takim miejscem. Oglądałem tam niedawno kapitalny musical „Dracula” z Cynthią Erivo. To plus naszego zawodu, można pojechać, zrobić swoje, a jednocześnie czerpać coś dla siebie.

JAKUB: Ja też nie jestem w stanie siedzieć w hotelu. Oczywiście odpoczynek, skupienie, koncentracja przed wykonem są potrzebne, ale ja po prostu muszę wyjść. Na przykład do parku, żeby usiąść i obserwować. Tak się wyciszam. Byłem teraz miesiąc w trasie po Azji (razem z pianistą Michałem Bielem – przyp. red.). Dość trudne doświadczenie, bo wszystko mnie ekscytowało. Europa jest dla mnie domem, odkodowuję tu podobieństwa niezależnie od tego, czy gram w Niemczech, czy we Francji. Wszystko jest znajome, bliskie. A tam? By dostać się z miasta do miasta, trzeba często przelecieć samolotem przynajmniej siedem godzin. Wielki kontynent. I wszystko nowe. Mimo gigantycznego zmęczenia i jet lagu wstawałem rano, zwiedzałem, jadłem. Byłem nakręcony. Gdy wylądowałem w Europie, poczułem emocjonalne wyprucie. Tym bardziej że podczas każdego występu naprawdę dużo z siebie dajemy, a trzeba też zadbać o siebie i fizycznie, i psychicznie.

Bo taki występ to coś więcej niż zwykłe odegranie roli.

JAKUB: Nie chodzi nawet o to, że na scenie trzeba się ruszać, wywoływać sceniczną akcję, żeby złamać pewnego rodzaju konwencję. Energia i rodzaj interpretacji powodują przełamanie. Charyzma – to jest podstawa. Każdy ma swoją osobowość.

Rozmawialiśmy rok temu, przed pierwszą edycją Break in Classic. Jak się macie dziś, przed drugą?

ALEKSANDER: Mamy przed sobą innego rodzaju wyzwania. Rok temu byliśmy podekscytowani i zestresowani, bo nie mieliśmy pewności, czy wszystko się uda. Tym bardziej że kilka rzeczy naprawdę wisiało na włosku. W tym roku mamy już większą pewność, także organizacyjną. I więcej czasu, ale musimy też sprostać wyzwaniu, jakim była pierwsza edycja – a była sukcesem. Druga nie może być gorsza, ma być lepsza!

JAKUB: Przygotowaliśmy fajny program, organizacyjnie dużo rzeczy jest dopiętych. Po pierwszej edycji odbyliśmy długie spotkanie, rozmawialiśmy o tym, co wyszło, a co trzeba poprawić. Tak na gorąco. I od tamtej pory cały czas pracujemy, żeby festiwal był jeszcze ciekawszy i jeszcze bardziej dopieszczony.

Czyli jaki?

JAKUB: Chcemy rozszerzyć gastrostrefę. Zajmujemy więcej pomieszczeń w pałacu, jeśli chodzi o zaplecze, bo mamy większe składy – całą orkiestrę Aukso, a także Fuse czy Manchester Collective. Potrzebujemy więc większych garderób, by artystom było wygodnie.

ALEKSANDER: Do tego dbamy o publiczność. Chcemy, żeby festiwal mimo wszystkich barier architektonicznych był jak najbardziej dostępny. W tym roku np. pojawią się pętle indukcyjne, żeby osoby słabosłyszące mogły usłyszeć całą piękną muzykę, a nawet wziąć udział w silent disco! Kontynuujemy też linię programową, to dla nas bardzo ważne. Nietrudno jest zaprosić wybitnych artystów, ale chodzi o to, żeby nie tylko byli wybitni, lecz także wpasowali się w ideę Break in Classic, a więc nowoczesności, otwartości w myśleniu. To artyści bardzo od siebie różni, flirtujący z innymi gatunkami, świetnie komunikujący się z publicznością dzięki swojej charyzmie, potrafiący prezentować muzykę klasyczną w duchu XXI wieku, wychodzący poza muzeum. Między innymi dlatego nasza scena jest budowana w plenerze. Tak powstaje most między różnymi gatunkami a klasyką, nieprzekraczający granicy dobrego smaku.

JAKUB: I znów ta charyzma. Break in Classic to światowy poziom z polskimi akcentami, bo chcemy pokazać ludziom, że w naszym kraju mamy wspaniałe osobowości.

ALEKSANDER: Chcielibyśmy, żeby publiczność, która do nas przychodzi, z chęcią potem eksplorowała klasykę również w bardziej tradycyjnym wydaniu. To wakacyjny festiwal i pokazujemy nim, że utwory, które zostały skomponowane 200–300 lat temu, są cool bez mocnej ingerencji w tkankę muzyczną. Ludzie mogą się przy tym dobrze bawić.

Jakub Józef OrlińskI i Aleksander Dębicz
Fot. Alicja Lesiak

Polska to trudny rynek na zorganizowanie festiwalu?

JAKUB: Publiczność od początku była pozytywnie nastawiona. Ciężko porównać to do czegoś innego, bo festiwalu do tej pory poza Polską nie robiliśmy. Mamy dużo kontaktów na miejscu, świetną administrację, Pawła Szumnego i Martę Szymańską. I to dobrze funkcjonuje, świetnie się razem dogadujemy.

A byliście zaskoczeni odbiorem pierwszej edycji?

JAKUB: Trochę tak. Sprzedaż biletów ruszyła bardzo późno, a mieliśmy ponad pięć tysięcy osób na festiwalu. To olbrzymia liczba! Break in Classic odbywa się w Muzeum Wnętrz w Otwocku Wielkim, oddziale MNW, więc spod gmachu głównego muzeum jeżdżą autokary, z których publiczność może korzystać. W tym roku będą również autokary z windą, by osoby na wózkach też mogły dojechać na festiwal. Jest też możliwość zwiedzania Muzeum Wnętrz...

To przełamanie, od którego zaczęliśmy – ten „break” – jest też widoczne w samym programie. Po występach organizujecie m.in. spotkania z artystami, silent disco.

ALEKSANDER: Tak, trochę przypadkiem staliśmy się też konferansjerami, co nam się spodobało. Mówimy innym językiem niż na koncertach klasycznych. Wszyscy artyści są chętni, by spotkać się z publicznością po występach w swobodnej atmosferze. I jest to faktycznie zburzenie ściany między słuchaczem a artystą – można mu zadać pytania, zrobić zdjęcie, poprosić o autograf.

JAKUB: Fakt, że jesteśmy dyrektorami artystycznymi, nie determinuje tego, że siedzimy tylko w biurze, podpisujemy dokumenty... Przeciwnie, stąd ta konferansjerka. Mieszamy się z tłumem, by oglądać koncerty, dzięki czemu obserwujemy z bliska reakcje, możemy porozmawiać z ludźmi. No i prowadzimy wywiady z artystami. W ubiegłym roku wyszło to świetnie, publiczność zadawała bardzo ciekawe pytania. Mamy też sklepik, w którym można kupić płyty muzyków, bo chcemy dawać im tę możliwość, a nie zawsze jest to standard, co wiem ze swojego doświadczenia. Poza tym lubimy gadżety i w tym roku można się spodziewać bardzo fajnych! Na pewno pojawią się koszulki. Widzowie przychodzą w nich później na nasze koncerty!

ALEKSANDER: No i będzie naprawdę świetny bidon.

JAKUB: Piękna butelka na wodę! Nie mogę się jej doczekać. Więcej na razie nie zdradzimy.

Skoro mowa o gadżetach, częścią scenicznej obecności, o której rozmawialiśmy, są także ubrania. Poza tym wy naprawdę lubicie modę. Co daje wam kostium?

ALEKSANDER: Na scenie w pewnym sensie wchodzisz w rolę niezależnie od tego, jak jesteś naturalny. Więc odpowiednie ubranie ułatwia to wejście, usprawnia proces przekazania tego, co chce się powiedzieć.

JAKUB: No i kostium dodaje przede wszystkim pewności siebie. Nauczyłem się tego w breakdansie. Szedłem na trening w byle jakim dresie i T-shircie i ćwiczyłem konkretne ruchy. Było OK. Potem jednak, gdy wkładałem szerokie dżinsy, w których się dobrze czułem, fajny T-shirt, bluzę z kapturem, wykonywałem te same ruchy, nagle czułem, że jestem najlepszy, nagle pojawiał się przypływ endorfin, dopaminy, czegoś, co nie jest cię w stanie zatrzymać. Na sesjach zdjęciowych do magazynów mody można się przekonać, że istnieją rzeczy, które ty nosisz, albo takie, które noszą ciebie – są przebraniem. A na scenie? Mam nie tylko swoje ulubione garnitury, lecz także odpowiedni kostium do programu, kiedy potrzebuję w określony sposób czuć i wyglądać. Często więc o naszych projektach myślimy wizualnie, bo to ważny aspekt tego, co się słyszy. Zupełnie jak w breakingu, gdy tańcząc, stajesz się fizycznym efektem dźwięku, który słyszysz. Tak samo dobrze jest wiedzieć, że ludzie najpierw cię widzą, a potem słyszą. Mój mentor zawsze mówił: „Najważniejsze, co możesz dla siebie zrobić, to kupić sobie dobre buty”. Nieważne są nawet spodnie i garnitur, pierwsze wychodzą twoje nogi. A jako że scena jest często podniesiona, pierwsze, co widzą ludzie, to obuwie. Byłem wtedy zdziwiony, odpowiadałem, że przecież to śpiew jest najważniejszy. Ale rada okazała się prawdą.

A zdarzyło wam się na scenie być przebranymi w kostium, który do was nie pasował?

ALEKSANDER: Najwięcej takich wspomnień mam z dzieciństwa, gdy uczono mnie, że wychodzi się w zapiętej marynarce, a rozpina ją, gdy siada się do fortepianu. Zdarzyła mi się walka z guzikiem... Przegrana.

JAKUB: Ja pamiętam to z początków mojej drogi. Sporo pracowałem wtedy jako model, zarabiając na studia. Często źle się w jakimś ubraniu czułem, myślałem, że sam nigdy bym go nie włożył. Ale gdy nauczyłem się, że modeling to również konwencja, rola do odegrania, w którą warto wejść, było o wiele łatwiej. I okazywało się, że te ubrania na zdjęciach wyglądały świetnie. Cała tajemnica. Po prostu trzeba w to uwierzyć.

Kostium daje więc pewność siebie, jednak w świecie muzyki klasycznej to nadal temat kontrowersyjny. Na przykład ubranie przez długi czas rzutowało w recenzjach na odbiór artystyczny dokonań wybitnej pianistki Yuji Wang, która koncertuje w fantazyjnych sukienkach i bardzo wysokich szpilkach. Obrywało jej się za to przez lata.

JAKUB: Wiem, że dużo ją to kosztowało. Yuja gra na totalnie zjawiskowym poziomie i jest to smutne, że ktoś w takim kontekście krytykuje jej ubiór.

ALEKSANDER: Mnie to dziwi, bo Wang ubiera się w sposób niekonwencjonalny, ale sceniczny, przygotowany specjalnie na występ. Znam za to artystów, którzy wyglądają niechlujnie, a o tym się nie pisze. I źle, bo jest to niepoważne traktowanie publiczności.

JAKUB: Oczywiście priorytetem dla nas zawsze jest muzyka – ona pozostaje najważniejsza, bo sam kostium ze słabym wykonaniem nie zadziała. W tym zawodzie wszystko musi się zgadzać i mieć sens.

Skoro wszystko musi się zgadzać, wróćmy dla balansu do muzyki. Na festiwalu usłyszymy m.in. utwór, który specjalnie na tę okazję komponujesz, Alku.

ALEKSANDER: Tak... Chcemy zrobić coś odjazdowego.

JAKUB: Bo budujemy nowy program, w którym pojawią się elementy oryginalne, pisane przez Aleksandra.

W takim razie jak wy, osobiście, widzicie przyszłość muzyki klasycznej?

JAKUB: Ludzie mówią, że muzyka klasyczna umiera i że jest ciężko. Jest ciężko, bo zawsze było. Przypomina mi się tekst, który czytałem w biografii Händla, że już za jego czasów, na początku XVIII wieku, dosłownie sto kilkanaście lat po wynalezieniu opery, mówiono, że opera umiera. „Händel, przestań pisać, to nie ma w ogóle sensu!”. Zaczęły się więc pojawiać opery żebracze, pastisze. I co? Jesteśmy w 2026 roku i opera nadal się trzyma, nadal się dzieje i nadal będzie się rozwijać. Szczególnie w czasach sztucznej inteligencji, wzmożonej aktywności i szacunku do tego, co dzieje się z poziomu wykonania ludzkiego. Tych wszystkich umiejętności wypracowywanych setkami godzin i dziesiątkami lat. Jesteśmy w momencie, który powinniśmy jak najlepiej wykorzystać, by postawić się różnym korporacjom, które przekonują, że każdą rzecz można wytworzyć w sekundę.

ALEKSANDER: Ja powiedziałbym nawet, że w dobie AI dostrzegam większą szansę dla muzyki klasycznej. Uważam, że zwiększy się potrzeba słuchania wybitnej muzyki minionej. Zastanawia mnie za to przyszłość współczesnej muzyki klasycznej. Zupełnie nie wiem, co się z nią stanie. Ciekaw jestem tego, jak będzie brzmiała ambitniejsza muzyka tworzona za sto lat. Żyjemy dziś w czasach, w których stoimy na rozdrożu i nie możemy się w nim do końca odnaleźć. A przecież trudno w muzyce powiedzieć coś zupełnie nowego...

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca. Bądź na bieżąco! Obserwuj nas w Google
Reklama
Reklama
Reklama
Loading...