Reklama

Na początku swojej muzycznej kariery chciałaś tworzyć muzykę wyłącznie dla siebie. Dlaczego ostatecznie zdecydowałaś się wejść na drogę profesjonalną?

ICHIKO AOBA: Pierwotnie rzeczywiście nie chciałam tworzyć muzyki zawodowo. Miałam swojego mistrza, mentora i samo naśladowanie jego muzyki dawało mi szczęście. To mi wystarczało. Nie przypuszczałam nawet, że sama kiedykolwiek zadebiutuję. Ale osoby z japońskiej branży muzycznej zwróciły się do mnie z propozycją. Na początku nie czułam, że przynależę do tego świata, ale z czasem jednak pomyślałam, że jeśli przez to, że śpiewam i gram, ktoś może poczuć się szczęśliwy, to chcę to kontynuować.

Teraz Twoja publiczność na całym świecie bardzo się rozrosła. Czy kiedykolwiek pomyślałaś, że Twoja muzyka będzie słuchana globalnie? Że powstanie wokół niej społeczność fanów w różnych krajach? Czy miałaś jakiekolwiek przeczucie, że tak to się rozwinie, kiedy widzisz dziś reakcje ludzi i czujesz wsparcie słuchaczy?

Absolutnie nie miałam takich oczekiwań. Nie zaczynałam swojej kariery dlatego, że chciałam zostać przez kogoś uznana czy doceniona. Nie wyobrażałam sobie tego, ale fakt, że teraz ludzie mnie słuchają i czekają na moje utwory w różnych miejscach na świecie, stało się dla mnie wyjątkowym spełnieniem. Mogę w ten sposób komunikować się z nimi – i właśnie słuchacze mnie tego uczą. Cały czas.

W Twojej muzyce pobrzmiewa natura. Nie jest ona wyłącznie tłem – jest sprawcza, ma swój głos, własną duszę. Jak wygląda Twoja relacja z nią? A może inaczej – w jaki sposób wyobrażasz sobie naturę?

Na co dzień nie tworzę muzyki z założeniem, że ma dotyczyć natury. Dlatego to, że łączy się z nią moją muzykę, jest dla mnie czymś nowym i odkrywczym. Nie myślę bez przerwy o naturze, kiedy piszę utwory. Dorastałam w Japonii, gdzie przyroda jest czymś bardzo obecnym: czysta woda, lasy, bliskość krajobrazu. Do tego wszyscy znają animacje Hayao Miyazakiego – one też są częścią codzienności. Myślę więc, że nawet jeśli nie zamierzam śpiewać o naturze, to ona i tak jest we mnie zakorzeniona, przeniknęła do mojego ciała. Dlatego te obrazy pojawiają się w muzyce naturalnie, bez planowania. Czuję, że urodziłam się w uprzywilejowanym pod tym względem miejscu. Cieszy mnie, że te elementy w naturalny sposób docierają do słuchaczy i budzą w nich takie skojarzenia.

Czy jest w Japonii jakieś konkretne miejsce związane z naturą, które szczególnie Cię inspiruje?

Właściwie cała Japonia taka jest. Ale miejscem, do którego często wracam, jest najbardziej na południe wysunięta wyspa Okinawa. Tam przyroda jest bardzo bogata, a tamtejsi mieszkańcy wciąż uczą mnie dostrzegać jej piękno.

Przez długi czas mieszkałaś w Kioto. Czy atmosfera, środowisko tego miasta również miały na Ciebie wpływ?

Myślę, że tak. Nigdy się nad tym nie zastanawiałam, ale dom, w którym mieszkałam w Kioto, stał tuż przy górach – za nim rozciągało się pasmo dużych wzgórz. Każdego ranka widziałam startujące stamtąd ptaki, które odlatywały gdzieś na cały dzień, a wieczorem wracały. Słyszałam ich głosy codziennie. Dorastałam, czując wokół siebie ruch i puls wielkiego lasu.

Ichiko Aoba
Ichiko Aoba fot. Kodai Kobayoshi

Słyszałem, że lubisz nurkować. Pod wodą dźwięk brzmi zupełnie inaczej, dlatego chciałbym zapytać, jak nurkowanie wpłynęło na sposób, w jaki tworzysz i postrzegasz muzykę?

Miało duży wpływ. Nie nurkuję z butlą tlenową – używam tylko własnego oddechu, więc właściwie bliżej temu do snorkelingu. I nie unoszę się tylko przy powierzchni, ale schodzę w dół, w głąb. Zaczęłam to robić w czasie pracy nad albumami „Windswept Adan” i „Luminescent Creatures”. Wiele krajobrazów, które wtedy zobaczyłam pod wodą, znalazło swoje miejsce w tych dwóch projektach. Szczególnie ważne było dla mnie miejsce w prefekturze Kagoshima – najpierw odwiedziłam Amami Oshimę, a potem jeszcze mniejszą wyspę, Kakeromę. W tamtych okolicach zdarzyło mi się pływać z wielorybami. Wspomnienia z tych spotkań, z samego morza, przeniknęły do „Windswept Adan” i wpłynęły na „Luminescent Creatures”.

Chciałbym zapytać o relację między tymi dwoma albumami. Wydaje się, że łączy je pewna historia albo ciągłość. Na czym dokładnie polega to powiązanie?

„Windswept Adan” stworzyłam jako ścieżkę dźwiękową do wyimaginowanego filmu o pewnej parze. Jest tam wyraźnie określony bohater i to ja przedstawiam słuchaczowi konkretną historię. „Luminescent Creatures” można nazwać kontynuacją „Windswept Adan”, ale nie jest to jedynie sequel. Tym razem nie chciałam narzucać jednego, określonego protagonisty. Zależało mi na tym, by każdy, kto słucha tej muzyki, mógł wejść w sam środek opowieści i stać się jej bohaterem.

Wspominasz o nieistniejącym soundtracku, ale w swoim dorobku masz też album do istniejącego filmu – „Amiko”, który był pokazywany podczas 17. edycji Pięciu Smaków. Komponowałaś z perspektywy głównej bohaterki – dziewczynki o imieniu Amiko – więc interesuje mnie, jak wyglądał sam proces pracy nad ścieżką dźwiękową?

„Amiko” był pierwszym pełnometrażowym filmem, do które go stworzyłam oryginalną muzykę. Miałam ogromne szczęście, że reżyser był blisko całego procesu twórczego. Zazwyczaj przy filmach między reżyserem a kompozytorem istnieje pewien dystans – muzyka bywa zamawiana osobno, tworzona i przekazywana jako gotowy produkt. W przypadku „Amiko” było inaczej. Reżyser przychodził do studia, a Kana Osawa, która grała Amiko, śpiewała razem ze mną. Dzięki temu obraz i muzyka nie były od siebie oddzielone – powstawały wspólnie. To było dla mnie bardzo cenne doświadczenie. Amiko może wydawać się dziewczynką o nietypowym charakterze, ale myślę, że w rzeczywistości ma w sobie cząstkę każdego z nas. Niektórzy tę część ukrywają, inni mogą sądzić, że jej w nich nie ma, ale ona istnieje – to dziecko, które wszyscy w sobie nosimy. Chciałam stworzyć muzykę, która to obudzi: przywoła znajome, nostalgiczne brzmienia i bardzo delikatne odczucia, które pamiętamy z dzieciństwa. Praca przy filmie była wspaniałym doświadczeniem. Dzięki „Amiko” i pracy z reżyserem mogłam przypomnieć sobie wrażliwość z dziecięcych lat – coś, czego być może sama bym już nie odnalazła. Z tym projektem wiążą się bardzo dobre wspomnienia.

W Twojej muzyce jest dużo przestrzeni – oddechu, ciszy i czegoś, co w Japonii określa się słowem „ma”. Słychać pauzy, momenty milczenia, nawet dźwięk oddechu. Bywa też, że nie słychać niczego. Skąd to się bierze i jak myślisz o koncepcie „ma”, jeśli chodzi o przestrzeń w muzyce?

Moja muzyka to przede wszystkim śpiew z gitarą – bardzo prosta forma, bez zespołu, tylko głos i instrument. W takiej strukturze przestrzeń pojawia się naturalnie. To coś, co fascynowało mnie od czasu, gdy poznałam mojego mentora. Czuję, że właśnie w tym jest zawarta opowieść. Nie tworzę jej w sposób zamierzony – ona rodzi się sama z tej prostej formy. Ale w tej pauzie słuchacz może odnaleźć miejsce dla siebie. Może rzutować tam własne wspomnienia, zobaczyć w niej coś ze swojego doświadczenia. W tej ciszy jest przestrzeń, w której każdy może znaleźć swoje najbardziej osobiste obrazy.

Dorastałam w Japonii, gdzie przyroda jest czymś bardzo obecnym: czysta woda, lasy, bliskość krajobrazu. Do tego wszyscy znają animacje Miyazakiego – one też są częścią codzienności. Natura przeniknęła do mojego ciała.

A jaką masz relację z własnym głosem?

Jest po prostu moim głosem, więc nie myślę o nim w jakiś szczególny sposób. To jedyny głos, jaki mam. Nawiązując do wcześniejszego pytania o to, dlaczego jednak zdecydowałam się tworzyć muzykę – czuję, że choć mam tylko ten jeden głos, jeśli dzięki niemu ktoś może poczuć się szczęśliwy albo poruszony, to chcę śpiewać nim tak długo, aż zupełnie ochrypnę.

Na koncertach jesteś tylko Ty i gitara. Dlaczego wybierasz taką formę?

Bo tak to się zaczęło. Mój mentor grał i śpiewał, akompaniując sobie na ośmiostrunowej gitarze. Dorastałam, słuchając jego brzmienia, więc naturalnie poszłam w tym kierunku. Gram na klasycznej gitarze sześciostrunowej, ale centrum mojej ekspresji pozostaje głos i gitara. Gdybym na początku spotkała kogoś, kto tworzył głównie muzykę fortepianową i to właśnie ją pokochała, być może dziś grałabym na pianinie. Dlatego obecna forma – śpiew z sześciostrunową gitarą – jest dla mnie czymś całkowicie naturalnym.

Kiedy przyglądam się Twoim tekstom, zauważam dużo czasowników związanych z ruchem, aktywnością – lataniem, kołysaniem się, dryfowaniem, pływaniem. Dlaczego właśnie takie słownictwo wybierasz?

To pierwszy raz, kiedy ktoś zadaje mi takie pytanie. Nigdy nie myślałam o nich jako o aktywności. Rzeczywiście, kiedy teraz o tym mówisz, myślę, że często używam takich słów. Ale dlaczego? Trudno mi powiedzieć. Słów opisujących działanie jest przecież bardzo dużo i wiele osób się nimi posługuje. Myślę jednak, że nie chodzi mi o dosłowne opisywanie istot, które fizycznie się poruszają. Raczej próbuję wyrazić to, że uczucie, które pozostaje tutaj, w jednym miejscu, może polecieć dokądkolwiek. Oczywiście pływam na południowych wyspach i bywam aktywna, ale nie zapisuję tych doświadczeń wprost w tekstach. Kiedy wspominam takie chwile, moje ciało pozostaje tu, w teraźniejszości, nieruchome. To wspomnienie zaś może podróżować bez końca, bawić się, błyszczeć. Być może dlatego wybieram słowa związane z ruchem – żeby oddać tę zdolność uczuć do wędrówki.

Wspominałaś w innych wywiadach, że wiele pomysłów przychodzi do Ciebie ze snów. Jak poruszasz się w swoich snach? Jak do nich docierasz?

Po prostu – zasypiając. Ale rozumiem, że nie o to pytasz. Sny są przypadkowe, nie mogę zdecydować, jaki sen zobaczę. To trochę jak z japońskim gachaponem – tym automatem z kapsułkami, z którego nigdy nie wiadomo, co wypadnie. Kiedy zasypiam, to tak, jakbym przekręcała taką maszynę, z której coś wyskakuje. Ale nie ma tu przegranych – każdy sen jest dla mnie wygraną. To, co zobaczę, zapisuję w notesie. Niektóre sny są tak silne, że wracam do nich wiele razy. Zostawiam z nich pojedyncze słowa albo obrazy, a później często to właśnie one stają się tekstami piosenek.

Reklama
Reklama
Reklama