Kaśka Sochacka: „Kiedyś to, że jestem wrażliwa, wydawało mi się słabością. Dzisiaj jest moją siłą” [WYWIAD]
Kaśka Sochacka wraca na koncertową mapę lata i zagra na wszystkich przystankach festiwalu Erste Letnie Brzmienia. Z tej okazji rozmawiamy z artystką o emocjach, które zapisuje w piosenkach, wrażliwości, która z czasem stała się jej siłą, i o tym, dlaczego scena wciąż daje jej poczucie wielkiego szczęścia.

Aleksandra Jóźwiak: Czy pamiętasz pierwszą piosenkę, jaką napisałaś i emocje, jakie ci wtedy towarzyszyły?
Kaśka Sochacka: Pamiętam moment w dzieciństwie, w którym odkryłam w domu klawisz - organy Unitra Ultra B12. Leżały w sypialni rodziców. To był mój pierwszy kontakt z instrumentem. Niesamowite wrażenie zrobiło na mnie to, że naciśniecie jednego klawisza prowadziło do powstania dźwięku - nie mówiąc już o trzech na raz. Wymyślałam sobie wtedy jakieś swoje pierwsze melodie.
A jak wygląda twój proces twórczy dziś?
Bardzo różnie. Czasem zaczyna się od jednej myśli, którą zapisuję w notatniku. Niektóre rzeczy od razu się rozwijają, a inne muszą sobie trochę poleżeć i dojrzeć. Bywa, że jest to jedno zdanie, które później rozbudowuję - wtedy w tworzeniu piosenki wychodzę od słów.
Czasem z kolei pojawia się melodia. Wtedy odpalam dyktafon i nagrywam coś, co jeszcze nie ma słów, tzn. jest tam jakiś bliżej nieokreślony język, trochę „English pigeon”. Dopiero później podchodzę do tekstu.
Są też takie dni, kiedy siadam w domu albo w studiu, odpalam program i zaczynam komponować. Od razu trochę produkuję piosenkę – dodaję bas, jakiś klawisz, gitarę, bębny. Powstaje aranż. Później szukam melodii albo dokładam tekst, który emocjonalnie pasuje do tego, co już stworzyłam.
Przeczytałam kiedyś, że masz w szufladzie mnóstwo schowanych tekstów. To prawda?
Tak. Mam bardzo dużo wierszy. Kiedyś pisałam przede wszystkim wiersze i myślę, że to o nie chodziło w tych wypowiedziach. Niektóre z nich przerobiłam później na piosenki, inne zostały po prostu wierszami i pewnie już nimi zostaną.
Obecnie dużo piszę i czasem sama nie wiem, czy to już jest piosenka, czy jeszcze wiersz. Jedno bardzo płynnie przechodzi w drugie. Potencjalna piosenka nagle staje się wierszem i odwrotnie. Ale do samego pisania zawsze było mi bardzo blisko.

Masz w tym wszystkim jakąś rutynę? Wyznaczone momenty, kiedy siadasz i pracujesz?
Nie mam rutyny, raczej chwytam momenty, w których coś do mnie przychodzi albo mnie inspiruje i wtedy zaczynam działać. Wyjątek stanowi czas, kiedy jestem w procesie tworzenia konkretnego materiału – tak było przy ostatnich miesiącach pracy nad każdą płytą – wtedy pracuje codziennie, wiem, że muszę usiąść i pisać teksty, a piosenki śnią mi się po nocach.
Twoje teksty są bardzo osobiste. Czy muzyka jest dla ciebie formą terapii?
Nie da się ukryć, że trochę tak jest. Za każdym razem, kiedy siadam do pisania, jestem zaskoczona tym, co ze mnie wychodzi. I bywają momenty, kiedy tego po prostu nie lubię.
Czyli brzmi trochę jak terapia.
Trochę tak. A później pojawia się wstyd. Myślę sobie: „Boże, przecież to jest o mnie”. Stresuje mnie taki ekshibicjonizm emocjonalny. Ale potem powoli wykluwa się odwaga i jestem gotowa wziąć to wszystko na klatę. Czuję się przez to silniejsza.
Nigdy nie napisałam czegoś, co byłoby oderwane ode mnie, wszystko co w piosenkach, mam w sobie. Czasem mieszam wersy, czasem układam je trochę jak w Tetrisie, ale to nadal są moje prawdziwe emocje i z każdą z nich muszę się jakoś ułożyć, co nie jest od razu takie proste.
A jak się czujesz z tym, że twoje osobiste doświadczenia stają się dla innych językiem do opowiadania własnych emocji?
Niesamowicie. To pokazuje, że w tym, co przeżywamy, nie jesteśmy samotni, przydarzają nam się podobne rzeczy. Skala może być inna, okoliczności też, ale emocje są uniwersalne.
Dotarło to do mnie po pierwszej płycie. Po występach wychodziłam podpisywać płyty i bardzo często przy tym krótkim spotkaniu pojawiała się chwila rozmowy, a z nią - konkretna, ludzka historia. To było niezwykłe, bo z jednej strony spotykają się przecież obcy sobie ludzie, a z drugiej - przez wzgląd na wrażliwość - jakoś jednak sobie bliżsi.
Wydajesz się osobą bardzo wrażliwą. Jak taka wrażliwość odnajduje się w wymagającym świecie, jakim jest branża muzyczna?
Myślę, że pomaga mi dystans. Jeszcze zanim zaczęło się to wszystko dziać, słyszałam dużo historii o branży i o tym, że razem z sukcesami pojawiają się też trudniejsze rzeczy.
Pamiętam, że pewnego wieczoru w Jazzboy, kiedy zaczynałam, Kortez powiedział mi coś bardzo ważnego – że muszę zadbać o własne BHP, bo nikt tego za mnie nie zrobi. I jestem mu za to ogromnie wdzięczna. To było ważne ostrzeżenie i cenna wskazówka.
Mam też poczucie, że to wszystko wydarzyło się w dobrym momencie mojego życia. Kiedy skończyłam trzydziestkę, byłam bardziej świadoma siebie, miałam konkretny system wartości. Wcześniej też pojawiały się różne szanse, ale często intuicyjnie się z nich wycofywałam. Dzisiaj myślę, że po prostu nie byłam wtedy gotowa.
Czyli wszystko wydarzyło się w swoim czasie.
Tak. W idealnym.

Powiedziałaś kiedyś, że różni ludzie wydobywają z nas różne wersje siebie. Czy muzyka wydobyła z ciebie jakąś wersję, której wcześniej nie znałaś?
Muzyka definiuje mnie od lat. W życiu zmienia się wszystko – miejsca, relacje, etapy – a ona od zawsze była moją stałą, moim azymutem. Ale przez ostatnie pięć lat faktycznie poznałam inną wersję siebie. I bardzo ją lubię. To jest wersja, która ma w sobie więcej beztroski, bo mogę robić to, co kocham. To ogromne szczęście budzić się rano i naprawdę chcieć robić rzeczy. Czasem wieczorem nie mogę się doczekać poranka, bo mam koncert albo idę do studia robić coś, czym bardzo się jaram.
Wspomniałaś wcześniej o wstydzie, który czasem pojawia się przy pisaniu. Czy są jeszcze emocje, których nie opowiedziałaś w swoich piosenkach?
Całe mnóstwo.
A jest coś, co kiedyś uważałaś za swoją słabość, a dziś widzisz w tym siłę?
Jestem bardzo czuła na emocje innych ludzi, chłonę je jak gąbka. Jestem przykładem „people pleasera”. Wchodzę w emocje głębiej, niż to wygodne. W związku z tym więcej i mocniej przeżywam. Kiedyś wydawało mi się, że to moja słabość. Dzisiaj myślę, że to siła.
Oczywiście, że nadal zdarza mi się zawstydzić, kiedy napiszę wers, który za bardzo mnie odsłania. Ale nie wstydzę się już samej swojej wrażliwości, tego, że mnie coś porusza bardziej, że jestem w tym delikatna.
Czego nauczyły cię relacje z innymi ludźmi?
Na pewno tego, że przy każdym człowieku jesteśmy trochę inną wersją siebie. Przez ostatnie lata poznałam mnóstwo ludzi i każda z tych relacji czegoś mnie o sobie samej nauczyła. Nauczyłam się też asertywności i stawiania granic.
Mam też spory problem z podejmowaniem decyzji, ale dowiedziałam się, że na pewno wiem, czego nie chcę. A to już bardzo dużo. Nauczyłam się też słuchać intuicji. Mam poczucie, że ona nigdy mnie nie zawiodła. To taki cichy głos, który łatwo zagłuszyć, ale warto się go trzymać.
Ufasz sobie?
Staram się. Chociaż jestem osobą, która bardzo dużo analizuje. Ostatnio jednak szukam w sobie większej odwagi, bo podążanie za intuicją często prowadzi właśnie tam, gdzie trzeba być odważnym.
Nadal uważasz, że największą wartością sztuki jest to, że zbliża ludzi?
Tak. Najlepiej, gdy zbliża nas do samych siebie. Piękne jest to, że ktoś może usłyszeć piosenkę i nagle coś zrozumieć, coś sobie wybaczyć albo poczuć potrzebę zmiany. To są bardzo mocne rzeczy. Kiedy wypuszczam piosenki, one przestają należeć tylko do mnie. Dla mnie to zamknięte historie, które później zaczynają żyć własnym życiem w innych ludziach. To jest magia.
Przed tobą intensywny sezon koncertowy. Jak dbasz o siebie w takim czasie?
Miałam kilka miesięcy przerwy, bardzo tego potrzebowałam. W zeszłym roku byłam mocno przebodźcowana, dużo się działo i musiałam złapać oddech. Pierwszy koncert po tej przerwie był dla mnie ogromną niewiadomą. Bałam się nawet tego, czy nadal będę się dobrze czuła na scenie. Ale okazało się, że tęskniłam za tym bardziej, niż myślałam.
Dziś staram się dbać o to swoje BHP – wysypiać się, dobrze jeść, nie pędzić na złamanie karku. To brzmi banalnie, ale naprawdę działa. Kiedy regularnie śpię, chodzę na pilates, ćwiczę i dobrze się odżywiam, to nagle mam więcej energii, lepiej się czuję i inaczej myślę.
Przez ostatnie pięć lat żyłam właściwie w ciągłym biegu i twórczym szale. To było piękne, ale nie było tam za dużo miejsca na odpoczynek.
Co czuje wrażliwa osoba, która wychodzi na scenę i słyszy tłum śpiewający jej bardzo osobiste teksty?
Pamiętam pierwszy koncert po przerwie. Leciało intro, muzycy wychodzili na scenę, a ja stałam jeszcze z boku i miałam flashback do momentu, kiedy siedzę w domu w dresach i komponuję kolejne motywy na syntezatorze, wyobrażając sobie, jak to kiedyś będzie brzmiało i wyglądało. W tamtym czasie był u mnie tata, pomagał przy remoncie. Pewnego wieczoru puściłam mu to intro na słuchawkach i byłam ciekawa jego reakcji. Nagrałam jak się kołysze i mówi „no, super, podoba mi się!”.
I nagle jesteśmy kilka miesięcy później i to się naprawdę dzieje. Intro wybrzmiewa na sali koncertowej, mój zespół wychodzi na scenę… No i tata też to słyszy z tych wielkich głośników… Wychodzę, zaczynam śpiewać i słyszę ludzi śpiewających moje piosenki.
Jakie to uczucie?
Olbrzymie szczęście. Wdzięczność. Wzruszenie. Bo zdaje sobie sprawę, że równie dobrze mogłabym przecież śpiewać te same piosenki dla pięciu osób albo dla nikogo. Istnieją takie alternatywne rzeczywistości. Cieszę się, że jestem właśnie w tej.
A co dziś daje ci największe poczucie spokoju?
Dom. Rodzina. Bliscy. To tam wszystko zwalnia i nagle głowę zajmują proste, spokojne rzeczy. Chociaż kiedy jestem w wirze koncertów, to bywa to tak ekscytujące, że powrót do domu potrafi być trudny. Ale kiedy wszystkiego jest za dużo, dom działa jak coś, co mnie otula. A chyba właśnie tego najbardziej potrzebujemy – żeby czasem coś nas po prostu utuliło.
Trudno wrócić z życia w trasie do codzienności?
Na początku było bardzo trudno. Nigdy nie zapomnę trasy z Kortezem. Zaśpiewałam wtedy po raz pierwszy „Wiśnię” podczas sześciu koncertów z rzędu a kiedy wróciłam do domu, kompletnie nie wiedziałam, co się ze mną dzieje. Następnego dnia spałam chyba do szesnastej, co nigdy mi się nie zdarza
To nie chodziło nawet o ciało, tylko bardziej o głowę. Człowiek nadal jest tam, na scenie, mimo że fizycznie już wrócił do domu. Dzisiaj chyba już lepiej sobie z tym radzę.
Potrafię znowu naprawdę być w domu.


