Katarzyna Bonda: „Czasem odnajduję siebie w sprawcach, ofiarach, postaciach z pogranicza" [WYWIAD]
„Czasami trzeba zrzucić skórę, to odświeżające” – mówi królowa polskiego kryminału, Katarzyna Bonda. Mnie opowiada nie tylko o nowej, wstrząsającej książce opartej na prawdziwej historii, lecz także metodzie pracy i życiowych zmianach.

Dlaczego tak bardzo lubimy się bać?
KATARZYNA BONDA: Raczej chcemy zrozumieć... I dotyczy to nie tyle książek, ile wszystkich historii, które nas pochłaniają. W tej chwili najpopularniejsze są seriale bazujące na dokumentach, aktach, sprawach z życia. Jest też mnóstwo opowieści, które dokonują wiwisekcji umysłu morderców, takich jak Jeffrey Dahmer, Ted Bundy i inne „potwory”. Kiedyś nie było takiego dostępu do informacji, które pozwoliłyby wejść bardzo głęboko. A człowiek jest tak skonstruowany, że przestaje się bać, kiedy zaczyna rozumieć. Każdy ma też swoją ciemną stronę, którą najchętniej zgłębialibyśmy przez osoby trzecie, byle tylko nie dotyczyły nas bezpośrednio. Ale jest jeszcze jedna rzecz, mówię to w momencie, kiedy na świecie dzieją się poważne konflikty wojenne, a dotąd przez lata żyliśmy w gruncie rzeczy w miarę spokojnych czasach. Nie było takiego doładowania adrenalinowego, poczucia zagrożenia. I wówczas, żeby człowiek mógł zachować balans psychiczny, o wiele częściej niż dziś sięgał po kryminały. W przypadku kryminału możemy mówić też o gimnastyce umysłowej: jest przecież zagadka, w której ćwiczymy zdolności intelektualne. Czysta rozrywka.
Czy ten strach w literaturze oraz serialach, filmach, podcastach kryminalnych, które są dziś jednymi z najpopularniejszych formatów, to bardziej trening przetrwania, czy oswajanie własnych ciemnych myśli?
Myślę, że przede wszystkim chcemy pojąć, gdzie leży źródło zła, skąd się ono bierze. Jak się przed nim ustrzec? Wiele z opowieści porusza temat tego, jak człowiek staje się ofiarą. A przecież nikt z nas nie chce być ofiarą, chcemy się przed tym ratować. Zrozumienie modus operandi sprawcy, całej mechaniki zła, pozwala wejść głębiej w tę przestrzeń i przeżyć ją bezpiecznie. Siedzisz w fotelu, w łóżku, jedziesz pociągiem, słuchasz audiobooka albo podcastu, oglądasz serial na Netfliksie – jesteś bezpieczna, a jednocześnie wyzwalasz ekstremalne emocje. Potrzebujemy przerabiać swoje cienie. Mamy możliwość wejścia w przestrzeń tych ludzi i przeżywać ich opowieść, nie swoją. Czytelnik nie zawsze identyfikuje się z Hubertem Meyerem czy Leną Silewicz, moimi „wojownikami o dobro” (bohaterowie różnych serii kryminalnych Katarzyny Bondy – przyp. red.). Czasem odnajduję siebie w sprawcach, ofiarach, postaciach z pogranicza. Oczywiście większość z nas, na szczęście, nie przeżyje kryminalnych historii. Za to niemal wszyscy doświadczamy rozstania, problemów w pracy, upokorzeń, oszustw, kłamstw albo „złamanego hartu ducha”. I wtedy poznajemy bohatera, który ma gorzej, a jednak potrafi wyjść z bagna. Może to dać siłę, być w pewnym sensie terapeutyczne. Wiele czytelniczek, młodych dziewczyn, które przychodzą na targi czy spotkania, mówi mi, że „Polskie morderczynie”, „Krew w piach” czy „Zbrodnia niedoskonała” to ich ulubione książki, bo dzięki nim są silniejsze. Ciekawy paradoks, ale za wsze mnie to porusza.
W Twojej najnowszej powieści „Dom Bestii” bierzesz na warsztat historię inspirowaną prawdziwymi wydarzeniami – jedną z najbardziej wstrząsających spraw w historii polskiej kryminalistyki. W jej centrum jest Norbert: ubogi chłopak, mieszkający na plebanii, który z ofiary staje się oprawcą. Czy pisząc tę książkę, bardziej interesowała Cię sama zbrodnia, czy bohater i moment, w którym człowiek z ofiary zmienia się w kata?
W centrum zainteresowania stawiam zawsze człowieka i jego historię. Zbrodnia jest tylko skutkiem procesu, który miał miejsce wcześniej. Najbardziej przerażające było dla mnie w tym wypadku przeistoczenie się ofiary w bestię. Na początku, gdy czytałam akta – a tomów było ponad 140 – współczułam sprawcy, co jest zaskakujące, zważywszy na bestialstwo, jakiego dokonał. Ta litość dla niego była czymś nieoczekiwanym. Mam poczucie pewnego odwrażliwienia po tylu latach czytania akt, zupełnie jak chirurg, który wchodzi na blok operacyjny. A w tym wypadku miałam ciarki na plecach i wiedziałam, że to będzie książka o przemianie ofiary w potwora. Bardzo rzadko w tego typu sprawach widać wyraźnie taką transformację. To odkrycie było dla mnie inspirujące i przerażające. Lubię ten stan, bo to znaczy, że emocje będą świeże i że mogę pokazać czytelnikowi coś, czego sama nie rozumiem. To był seryjny sprawca – jeden z ostatnich skazanych na dożywocie przez warszawski sąd. Mimo że nie znaleziono ciał, zabił cztery osoby. Kiedy czytałam akta, zrozumiałam, że do tego, by stworzyć socjopatę, przyczyniły się jego późniejsze ofiary. Człowiek tak długo bywa dręczony, że w końcu gniew i nienawiść w nim gromadzone zwyciężają, tworząc bezdusznego mordercę. U wielu sprawców, także tych najsłynniejszych, jak wspomniani Bundy czy Dahmer, w tle pojawia się wcześniejsze doświadczenie bycia gnębionym. Dzięki temu perfekcyjnie rozpoznają swoje ofiary. Łączy ich dojmujące uczucie lęku.

W książce uderza motyw budowania bezpieczeństwa przez destrukcję. Norbert wierzy, że zabijając, chroni swoją rodzinę. Można odczytać to jako współczesną metaforę: obsesję kontroli, potrzebę perfekcyjnego wizerunku, lęk przed utratą statusu, pieniędzy, miłości.
Norbert stara się za wszelką cenę chronić swój dom. Mordując, siejąc zło, „czyści” system wokół siebie i stwarza iluzoryczny raj, w którym sam jest Bogiem. Sprawuje całkowitą kontrolę nad rzeczywistością, bo tak wiele razy sam był ofiarą. Książka jest wejściem w totalne piekło, przestrzenią, do której nie chcemy zaglądać. Pisząc ją, dwa razy się rozchorowałam. Po raz pierwszy przy czytaniu akt, jakby te emocje weszły w ciało, nie mogłam ich unieść. Drugi raz w trakcie pisania, a trwało to długo, bo od momentu znalezienia historii do wydania minął rok i trzy miesiące. Od czasu „Okularnika” i „Czerwonego Pająka” nie pracowałam tak długo nad książką. A mimo to byłam pewna, że trzeba to zrobić.
Jak sobie z tym radzisz? Jak się chronisz, kiedy masz do czynienia z tak obciążającym materiałem?
To moja misja, więc mam siłę, żeby wszystko dźwignąć. Oczywiście w większości przypadków, gdy piszę kryminał z głowy, jest to czysta rozrywka. Teraz np. odpoczywam, pisząc następną część Leny. Tym, czym się zatrułam, tym się leczę. To jedyna droga. Książka powinna mieć jak najwyższą stawkę. Biorę na warsztat historie mocne, straszliwe, takie, które coś mówią o nas, o świecie i podnoszą świadomość.
Przy pisaniu „Domu Bestii” trudniejsza była świadomość cierpienia czy odpowiedzialność za to, jak historię opowiesz?
Chciałam opowiedzieć ją tak, jak przebiegała. I w tym wypadku nie zastanawiałam się nad misyjnością projektu.
Ostatni rok miał być dla Ciebie rokiem totalnej transformacji. Co się zmieniło – twórczo, duchowo, prywatnie?
Wszystkie te elementy się łączą. Przez ostatni rok zmieniłam sposób pracy i postrzegania opowieści przez jej pryzmat. Autor powinien raz na jakiś czas zrobić update systemu i wziąć pod uwagę, jak zmienia się świat. Kiedyś np. trzeba było dużo wyjaśniać. Nie istniały podcasty kryminalne, książki ekspertów. Dziś czytelnik to wszystko ma i nie potrzebuje już dodatkowych informacji, lecz przeżywania, przepracowania. W związku z tym moje książki są dziś trzy razy krótsze niż kiedyś. I to przyszło samo. Potem zaczęłam zmieniać się ja. Przestałam się dobrze czuć w moich sukienkach. Przyciemniłam włosy. Obcięłam grzywkę. Ludzie widzieli mnie przez blond zaczes, czerwoną szminkę na ustach plus sukienkę. Gdy pozbywałam się tych atrybutów, wielu mówiło wprost, że im się to nie podoba, że „mnie w tym nie ma”. Nawet bliskie osoby ostrzegały: „Przestaną cię kojarzyć, czytać”. Wątpię, żeby czytelnicy porzucili mnie przez grzywkę, bo w końcu liczy się opowieść, a nie to, jak wyglądam. Ten proces ruszył bezpowrotnie i nie mieszczę się już w ikonie, którą budowałam przez lata. Zewnętrzna przemiana jest skutkiem zmian w głowie, w sercu. Stara Bonda jest już nieaktualna, a liczy się tylko to, co szczere i autentyczne. Raz na jakiś czas trzeba zrzucić starą skórę, choć czasami to bolesne, ale odświeżające.
Według Ciebie kształtujemy drogę małymi decyzjami, a nie wielkimi kulminacjami. Gdybyś miała wskazać jedną małą decyzję, która najbardziej wpłynęła na Twoje życie, co by to było?
Nie ma w życiu żadnych wielkich decyzji. Oczywiście lubimy gloryfikować pewne etapy: wybór studiów, przeprowadzka, związek, dziecko… Osobiście uważam, że na nasz los wpływa raczej suma drobnych rzeczy i zdolność do przeistaczania się. Tak jak z tą cholerną grzywką. Decyzja była prosta, bo jeśli coś mi nie leży, to tego nie robię. Jeśli coś uwiera, likwiduję to. Jeśli uznaję, że książka jest za gruba – skracam. Gdy nudzi mnie historia – to tej książki nie kończę. Nie ma jednej decyzji, która wszystko zmienia, bo czynników jest tak wiele, że wygrasz tylko wtedy, jeśli jesteś elastyczna. Za to za każdym razem, kiedy o czymś decyduję, staram się nie robić niczego wbrew sobie. W perspektywie czasu wychodzi na to, że każda, nawet w tamtym momencie „błędna” decyzja okazuje się trampoliną do czegoś kluczowego. Chodzi o to, że nie potrafimy przewidzieć przyszłości. Mamy wpływ tylko na to, żeby czuć się z sobą dobrze teraz. Reszta jest konsekwencją wyboru.
W centrum zainteresowania stawiam zawsze człowieka i jego historię. Zbrodnia jest tylko skutkiem procesu, który miał miejsce wcześniej.
Tytuł „królowa polskiego kryminału” dodaje skrzydeł czy jest ciężarem?
To miłe, że kiedyś ktoś tak o mnie mówił. To część historii, do której mam sentyment. Ale dziś konkurencja na rynku jest ogromna, pojawiło się wiele wspaniałych autorek, polskich i zagranicznych. Nie chcę się stawiać ponad nimi, bo każdej z nas przyświeca inna misja. Jak zaczynałam, nagrody, recenzje, rankingi, top listy były dla mnie ważne, bo nie wierzyłam w siebie. Dzisiaj, po latach, jestem „najedzona”. Czytelnicy, którzy wciąż chcą moich nowych książek, dają mi wystarczające doładowanie i tylko to się dla mnie liczy: być czytaną. Wiem, że to może zabrzmi źle, ale na koniec dnia najważniejsze jest dla mnie, czy napisałam świetną scenę. Czasem uda się i dwie. To wszystko.
A gdybyś miała napisać książkę totalnie poza gatunkiem, co by to było?
I tak zawsze wychodzi kryminalna historia, więc nie wiem, czy to kiedykolwiek nastąpi. Lubię czytać sagi historyczne, więc gdybym miała wyjść poza kryminał, byłaby to opowieść o Polsce widziana oczami małej jednostki, rodu. Jak „Dzikie łabędzie. Trzy córki Chin” Chang Jung – niby historia kobiet, a tak naprawdę historia Chin. Interesuje mnie los kraju nie z perspektywy geopolitycznej czy socjologicznej, tylko losów rodziny. Sama mam ciekawy rodowód i z dystansu potrafię rozpoznać, skąd wynikają moje cechy. Więc jeśli miałabym podjąć jakieś całkiem nowe wyzwanie, to i tak pojawiłyby się tam i miłość, i śmierć.
A autobiografia? Planujesz taką?
Kiedyś zaprzeczałam, ale czytelniczki coraz częściej mnie o to pytają. Chyba wchodzę w taki etap życia, że czuję się na siłach „dać kopa” motywacyjnego młodym dziewczynom, kobietom po przejściach albo takim, które gdzieś po drodze zgubiły marzenia. Sama w młodości namiętnie czytałam biografie i autobiografie po to, żeby znaleźć swoją ścieżkę. Uważam, że dużo osiągnęłam. I nie przemawia przeze mnie próżność, bo moja droga była wyboista. To, co kiedyś wydawało się dramatyczne, pozwoliło mi wzmocnić samą siebie i zawalczyć o lepsze życie. Wiele razy padałam na kolana, a jednak wstawałam i szłam dalej. Sądzę, że mam czym się podzielić.
Z perspektywy czytelnika nie ma nic bardziej inspirującego niż autobiografia ukochanej pisarki.
Ostatnio słuchałam autobiografii Anthony’ego Hopkinsa i miałam wrażenie, że nagle poznałam jego energię. Ważne, żeby autobiografia była szczera, nie laurkowa. Jeśli znajdę odwagę, żeby naprawdę szczerze się z sobą zmierzyć – tak jak Hopkins, który przyznaje się do mankamentów, pijaństwa, burd, różnych niechlubnych rzeczy – wtedy ten pomysł będzie miał sens.

