Medycyna estetyczna w Polsce podobnie jak ELLE skończyła właśnie 20 lat. Czas na pierwsze zmarszczki?
DR ANDRZEJ IGNACIUK Oczywiście, jeśli zamierzamy rozmawiać o sensownej medycynie estetycznej. Jak mówi sama nazwa, to medycyna, nie magia, która sprawi, że twarz mimo upływu czasu będzie wiecznie młoda.

Jak zatem powinna wyglądać twarz po zabiegach?
Tak samo jak przed zabiegami, tylko ciut lepiej. Mniej zmęczona, bardziej zrelaksowana. Nieco młodsza, ale nie odmłodzona o 20 lat, bo to jest niemożliwe. Przepraszam, jest, ale to nigdy nie wygląda naturalnie.

Ja niestety z medycyną estetyczną głównie kojarzę takie dziwnie powykręcane twarze, które są dla mnie antyreklamą zabiegów.
Bo dobrze „zrobionych” pani nie zauważa, a obok przerysowanych trudno przejść obojętnie. Wzbudzają emocje. Skąd się biorą? Bo lekarze nie znają umiaru? Bo pacjentki oczekują widocznych i natychmiastowych rezultatów zabiegów? O to akurat w medycynie estetycznej nietrudno, bo o wiele łatwiej jest zrobić coś w nadmiarze niż we właściwym rozmiarze. To wymaga doświadczenia i zmysłu estetycznego. Myślę, że jest to po części wynikiem zapatrzenia w media promujące celebrytów i chęci kopiowania nie zawsze najlepszych przykładów. Ale na szczęście ta moda się kończy. To prasa kobieca piętnuje wielkie usta i monstrualnie powiększone policzki, choć sami kiedyś kreowaliście modę na ideały. Twarze bez zmarszczek, skóry bez defektów. Dziś wiemy, że to niemożliwe, a natura coraz bardziej wypiera plastik we wszystkich naszych dziedzinach życia. Photoshop nie jest już najważniejszy. Kobiety zobaczyły, że zmarszczki są w porządku. Wypada je mieć, ale wypada o nie dbać. I to jest właśnie filozofia medycyny estetycznej. Sama ta dziedzina też się bardzo rozwinęła. Lekarze mają coraz większą wiedzę, umiejętności i posługują się coraz lepszymi preparatami i urządzeniami. A pacjenci już nie czekają na pojawienie się problemu.

Rok 1994. Co wtedy działo się w polskiej medycynie estetycznej?
Wszystko jest nowe. Pojawiają się pierwsze artykuły w prasie kobiecej na temat zabiegów. Chirurdzy plastyczni traktują medycynę estetyczną jako gorsze dziecko tej samej matki. Środowisko lekarskie jest sceptycznie nastawione do całej idei medycyny estetycznej. Kobiety nie wiedzą jeszcze, o co chodzi. Staramy się edukować, czym jest medycyna estetyczna, i przekonywać, że to także medycyna, ale nastawiona na aspekt estetyczny, a nie żadne czary-mary, które cofną czas. Organizujemy pierwsze kursy dla lekarzy. Pojawia się amerykański kolagen pozyskiwany z krowiej skóry do korekcji zmarszczek. Medycyna estetyczna rozkręca się z trudem, ale szybko. W ciągu kilku lat pojawia się toksyna botulinowa, pilingi, pierwsze lasery do depilacji. Pod koniec lat 90. premierę mają pierwsze lasery do usuwania naczynek, a kwas hialuronowy w formie wypełniacza wypiera kolagen. Powstaje coraz więcej gabinetów. I coraz więcej lekarzy chce się zajmować medycyną estetyczną. Zaczyna się moda na dobry wygląd bez ingerencji skalpela.

Pamięta Pan swój pierwszy zabieg?
To było na początku lat 90. we Włoszech. Nie uwierzy pani, ale był to zabieg na cellulit z użyciem ultradźwięków. Duża część zabiegów, które dziś zachwala się jako nowości, to udoskonalone zabiegi znane od lat. Tak jest np. z karboksyterapią, która wraca, bo ma jedne z lepszych efektów w walce z cellulitem.

 

A zabieg-porażka ostatnich 20 lat?
Niewątpliwie zabiegi z wypełniaczami permanentnymi. Sporo szkód wyrządziły też zabiegi usuwania tkanki tłuszczowej, w tym liposukcji. I myślę, że niektóre zabiegi z użyciem radioczęstotliwości i różnego rodzaju nici, które czasami nie dają „obiecanych” efektów.

Sama pamiętam, jak jeszcze niedawno wiele z tych zabiegów było wychwalanych przez lekarzy...
Nie mówię, że nie popełniliśmy paru błędów. Wszystko było nowe i nieznane. Dlatego dziś naprawdę dobrzy lekarze są zdystansowani do nowości, dają zabiegom czas. Czekają na ich efekty bez powikłań. Na pewno porażką medycyny estetycznej jest to, że pewne zabiegi wykonują kosmetyczki czy kosmetolodzy, choć nie powinni. Niestety, także bywa tak, że lekarze – na szczęście nieliczni – zapominają, kim są, i patrzą tylko na doraźny zysk. Niestety, medycyna estetyczna nie jest specjalizacją na studiach medycznych. Ponad 400 lekarzy ukończyło trzyletnie PSME PTL i zdało egzamin, ale spora część uczyła się jej na kursach, które czasami trudno sprawdzić. Na dodatek często to medycyna prywatna, nad którą trudno mieć kontrolę.

Najbardziej przełomowy moment w medycynie estetycznej?
Wprowadzenie toksyny botulinowej i kwasu hialuronowego. To najmniej ryzykowne i najefektywniejsze substancje. A zabiegi z ich wykorzystaniem nie kosztują fortuny. Nie mówię, że są w 100 proc. bezpieczne. Źle zastosowane mogą dać niepożądane efekty, bo to w końcu zabiegi medyczne. Ale mamy dużą wiedzę na ich temat i wiemy, jak postępować, kiedy coś pójdzie nie tak.

Z Pana doświadczeniem, na miejscu kobiety, na jaki zabieg z obecnych nigdy by się Pan nie zdecydował?
Na dużą wolumetrię twarzy. Bałbym się, że za bardzo zmieni moją twarz i nie zaakceptuję siebie. Ja w ogóle jestem zwolennikiem zabiegów prewencyjnych niż korygujących, choć w pewnym wieku lub przy pewnych defektach są one niezbędne. Ale wtedy wyznaje zasadę – im mniej, tym lepiej. I nie lubię nowości, bo ich efekty są czasami nieprzewidywalne, a ceny kosmiczne i często nieadekwatne do obiecywanych efektów.

To jak wybrać bezpieczny, a skuteczny zabieg?
Musi pani znaleźć swojego lekarza, któremu pani zaufa. Jeśli lekarz podczas pierwszej wizyty sięga po strzykawkę, nie ryzykowałbym. Dobry i doświadczony jest raczej zainteresowany pani osobą, historią, stylem życia, dietą, tym, jak wygląda pani mama, bo to duża podpowiedź, jak będzie się pani starzeć i na jakie elementy pani twarzy najlepiej zwrócić uwagę. Zawsze warto poczytać o zabiegu, na który chcemy się umówić, ale nie wierzyć we wszystko, co jest napisane, szczególnie w internecie. I zawsze kierować się swoją intuicją. Jeśli ma pani jakiekolwiek wątpliwości – zastanowić się. To nie wyprzedaż. Zabieg nie zniknie szybko z oferty gabinetu. Zawsze zdąży go pani zrobić.

Zmieniły się kobiety, które przychodzą do gabinetów?
Nowe pokolenie patrzy na medycynę estetyczną bardziej jak na terapię anti-age. Ćwiczą, lepiej się odżywiają, dbają o gospodarkę hormonalną. Są o wiele bardziej świadome tego, że zdrowie i kondycja organizmu mają ogromny wpływ na ich wygląd. To pokolenie kobiet wyzwolonych, niezależnych finansowo, które nie chcą mieć wielkich ust, ale zachować jak najdłużej ładną skórę. Doskonale wiedzą, że zastrzyk nie jest jedynym źródłem młodości.

Chce Pan powiedzieć, że mezoterapia wygrała z wypełniaczami?
Niestety, korekta jest wciąż bardziej spektakularna, bo daje szybkie efekty. To trochę jak z myciem zębów – nie zawsze zapobiegnie próchnicy. Podobnie zabiegi prewencyjne nie zawsze zapobiegną defektom estetycznym. A na rezultaty zabiegów stymulujących niestety trzeba poczekać. Ale biorąc pod uwagę czasy i środowisko, w jakich żyjemy, na pewno warto je robić. Chronią nasz potencjał i naszą młodość przed upływem czasu.

Czym zaskoczy nas medycyna estetyczna za 20 lat?
Mam nadzieję, że będzie specjalizacją lekarską. Będziemy wykorzystywać więcej własnych tkanek, jak komórki macierzyste, tłuszczowe czy własne fibroblasty. Dieta będzie odgrywała ważną rolę w leczeniu i profilaktyce starzenia się. Zastrzyk będzie ostatecznością. Dzięki diagnostyce i badaniom medycyna estetyczna stanie się bardziej poważana. Nie będzie postrzegana już jako fanaberia gwiazd.

Rozmawiała Marta Rudowicz