Reklama

Romantyczne komedie mają to do siebie, że nawet jeśli od pierwszych minut wiemy, dokąd zmierza historia, i tak z przyjemnością dajemy się jej prowadzić. „Biurowy romans” z Jennifer Lopez i Brettem Goldsteinem działa dokładnie w ten sposób. To seans skrojony pod wieczór, gdy nie szukamy wielkich zwrotów akcji, a lekkości, flirtu, słońca, kilku zabawnych nieporozumień i tej kojącej pewności, że happy end jest tylko kwestią czasu.

„Biurowy romans” z Jennifer Lopez podbija Netflix

Brzmi jak świąteczny hit telewizyjny, tylko bez śniegu, za to z większą ilością białego piasku? Być może. „Biurowy romans” na Netflix bez wstydu flirtuje z romantycznymi komediami z początku lat 2000., doprawiając je współczesnym sznytem. Schemat widać tu z daleka, nieporozumienia są spektakularne, a bohaterowie, oczywiście, wyglądają tak, jakby przed każdym kadrem przypadkiem przeszli przez plan sesji zdjęciowej.

Jennifer Lopez gra tu bezkompromisową szefową linii lotniczych, przypominając przy okazji, że romantyczna bohaterka wcale nie musi mieć trzydziestu lat, by być obiektem pożądania. Hollywood może mieć z tym problem, ale J.Lo zdecydowanie nie. Partneruje jej Brett Goldstein, znany z „Ted Lasso”, tym razem jako błyskotliwy prawnik o imponującej muskulaturze i jeszcze większej ekranowej charyzmie.

Ich firma surowo zakazuje romansów między współpracownikami. Oczywiście to właśnie wtedy dwoje pracoholików zakochuje się w sobie bez pamięci. Sekretny związek rozwija się z dala od spojrzeń innych, do czasu, gdy na horyzoncie pojawia się ktoś, kto może zdradzić ich tajemnicę...

Dlaczego warto obejrzeć „Biurowy romans”?

Nie oglądamy tego filmu dla napięcia. Oglądamy go dla tej kojącej pewności, że wszystko skończy się dobrze. Dla lekkiego, bardzo brytyjskiego humoru scenariusza, współtworzonego przez Bretta Goldsteina. I dla przyjemności, jaką daje kino, przy którym można na chwilę odłączyć głowę od rzeczywistości.

Za reżyserię „Biurowego romansu” odpowiada Ol Parker, twórca „Biletu do raju” z Julią Roberts i George’em Clooneyem. Nic dziwnego, że „Biurowy romans” ma w sobie ten sam wakacyjny, eskapistyczny urok. To tytuł, w który wchodzi się bez większych oczekiwań, a po kilkunastu minutach orientuje się, że właściwie bardzo dobrze nam w tym świecie.

I trudno nie złapać się na tym, że po seansie życzymy Jennifer Lopez podobnego happy endu także poza ekranem. Tyle że tym razem, proszę, już bez Bena Afflecka.

Biurowy romans
mat. prasowe

Oryginalny tekst ukazał się we francuskim wydaniu ELLE

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca. Bądź na bieżąco! Obserwuj nas w Google
Reklama
Reklama
Reklama
Loading...