Reklama

Wy też płakaliście po przeczytaniu „O psie, który jeździł koleją”? To jedna z najbardziej znanych polskich lektur szkolnych, która przez lata budziła różne emocje. Wersja filmowa Magdaleny Nieć, zapowiedziana jako historia z happy endem, nie jest wierną adaptacją - to raczej luźna interpretacja klasycznej opowieści.

Od szkolnej wycieczki do przyjaźni z psem

Punkt wyjścia fabuły to wycieczka szkolna na lokalną stację kolejową, gdzie pracuje ojciec jednej z uczennic – Zuzi. To właśnie tam dziewczynka spotyka bezpańskiego psa, którego nazywa Lampo, nawiązując do bohatera książki. Choć więź między dzieckiem a psem jest ważnym elementem filmu, stanowi raczej tło dla głównego wątku związanego z poważnym problemem zdrowotnym Zuzi.

W obsadzie znajdują się znani aktorzy, tacy jak Mateusz Damięcki, Monika Pikuła oraz Adam Woronowicz, którzy wnoszą swoje doświadczenie i umiejętności, nadając postaciom wyrazistości. Szczególnie rola dyrektora stacji grana przez Woronowicza, choć przerysowana, wpisuje się w charakter filmu i dodaje mu pewnego kolorytu.

Adaptacja z własnym charakterem

Film Magdaleny Nieć to nie tyle wierna ekranizacja książki, ile współczesna reinterpretacja znanej historii. Motyw rozdzielenia psa i dziewczynki oraz poszukiwań Lampo został w przedstawionej produkcji ograniczony i znacząco zmodyfikowany – w filmie uczestniczą także rodzice dziewczynki w tych poszukiwaniach. Choć momentami przesłodzona i łzawa, całość emanuje ciepłem i empatią, zwłaszcza dzięki dobrze dobranym aktorom. To kolejny przykład na to, że polskie kino familijne powoli buduje własną tożsamość, starając się łączyć wzruszające historie z atrakcyjną formą dla młodszego widza.

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca. Bądź na bieżąco! Obserwuj nas w Google
Reklama
Reklama
Reklama
Loading...