„Seksmisja” to jeden z tych filmów, do których warto wracać nie tylko z sentymentu. Juliusz Machulski stworzył komedię science fiction, która bawi absurdem, ale jednocześnie celnie punktuje mechanizmy władzy, propagandy i społecznej kontroli. Film nakręcono w 1983 roku, a do polskich kin trafił 14 maja 1984 roku. Od tamtej pory zmieniło się niemal wszystko, ale niektóre obserwacje reżysera pozostają zaskakująco aktualne.
WIDEO…
Najciekawsze jest jednak to, że „Seksmisja” wcale nie potrzebuje nostalgii, by przyciągnąć uwagę. Ma świetne tempo, wyrazistych bohaterów i fabułę, która z każdą kolejną sceną odsłania nowe warstwy. Znane na pamięć dialogi? To tylko część jej uroku
Dwóch mężczyzn budzi się w świecie kobiet. Co może pójść nie tak?
Wszystko zaczyna się 9 sierpnia 1991 roku. Maks Paradys (Jerzy Stuhr) i Albert Starski (Olgierd Łukaszewicz) decydują się wziąć udział w eksperymencie hibernacji. Plan jest prosty: zasnąć na trzy lata, a następnie wrócić do normalnego życia. Tyle że z planu niewiele wychodzi.
Zamiast po trzech latach bohaterowie budzą się dopiero w 2044 roku. Świat, który znali, przestał istnieć. Po wojnie nuklearnej mężczyźni mieli całkowicie wyginąć, a ocalałe kobiety stworzyły pod ziemią własną, odizolowaną społeczność. Maks i Albert są więc nie tylko gośćmi z przeszłości, ale przede wszystkim biologiczną sensacją, którą należy dokładnie zbadać i trzymać pod kontrolą.
Ich reakcje trudno byłoby bardziej od siebie różnić. Maks jest impulsywny, bezczelny i nie zamierza podporządkowywać się zasadom, których nie rozumie. Albert zachowuje więcej spokoju i próbuje odnaleźć się w nowej rzeczywistości, choć szybko przekonuje się, że rozsądek nie zawsze wystarcza. Ten kontrast napędza film i sprawia, że duet Stuhra i Łukaszewicza ogląda się z niesłabnącą przyjemnością.

„Seksmisja” bawi, ale pod warstwą humoru kryje się coś więcej
Na pierwszy rzut oka pomysł jest niemal komediowo idealny: dwóch mężczyzn trafia do świata, w którym kobiety nie tylko przejęły władzę, ale też wymazały mężczyzn z codziennego życia. Machulski mógłby poprzestać na serii zabawnych nieporozumień. Zamiast tego stworzył satyrę, która mówi znacznie więcej o polityce niż o relacjach damsko-męskich.
Podziemna rzeczywistość rządzi się sztywnymi zasadami. Wszystko jest kontrolowane, każda decyzja ma swoje oficjalne uzasadnienie, a historia została opowiedziana tak, by pasowała do obowiązującej ideologii. Mieszkanki podziemnego miasta mają wierzyć, że istniejący porządek jest jedynym możliwym, a wszelkie ograniczenia służą ich bezpieczeństwu.
Brzmi znajomo? Dla widzów w latach 80. aluzje do rzeczywistości PRL były szczególnie czytelne. Propaganda, cenzura, manipulowanie faktami i władza, która doskonale wie, co jest najlepsze dla obywateli, tworzyły rzeczywistość aż nazbyt bliską codziennemu doświadczeniu.
Dziś „Seksmisję” można odczytywać szerzej. To opowieść o tym, jak łatwo stworzyć system oparty na strachu i jak trudno go zakwestionować, kiedy wszyscy wokół uznają jego zasady za oczywiste. Machulski pokazuje też, że absurd bywa wyjątkowo skutecznym sposobem mówienia o sprawach całkiem poważnych.

Czy „Seksmisja” dobrze się zestarzała?
Nie wszystkie żarty z lat 80. brzmią dziś tak samo. Niektóre sceny i stereotypy dotyczące płci mogą budzić zupełnie inne reakcje niż w momencie premiery. Trudno jednak odmówić „Seksmisji” pomysłowości i odwagi w wykorzystywaniu komedii do opowiadania o rzeczywistości.
To również film, który przypomina, jak ważna w komedii jest dobrze skonstruowana historia. Kolejne zabawne sytuacje nie są przypadkowym zbiorem gagów. Wynikają z charakterów bohaterów, zasad podziemnego świata i coraz bardziej desperackich prób odzyskania wolności.
„Seksmisję” można znaleźć w ofercie Netflixa i Amazon Prime Video, choć dostępność filmów na platformach streamingowych może się zmieniać.