Trudno powiedzieć, czy Bolesław Prus tworząc „Lalkę”, wiedział, że będzie ona jedną z najważniejszych polskich powieści. Z pewnością jednak nie mógł przewidzieć, że historia ta w XXI wieku będzie budziła wciąż silne emocje, wywołując społeczną dyskusję o miłości i prawie do jej odrzucenia. To właśnie ta, wciąż kontrowersyjna relacja Stanisława Wokulskiego i Izabeli Łęckiej sprawiła, że w 2026 roku, 140 lat po premierze oryginału, doczekaliśmy się nie jednej, lecz dwóch ekranowych interpretacji. Maciej Kawalski i Radosław Drabik postanawiają przenieść tę historię na wielki, kinowy ekran, chcąc pokazać ją tak, jak na to zasługuje – z rozmachem.
WIDEO…

Powieść Prusa przepuszczona przez współczesną wrażliwość
Film już na etapie produkcji wywołał niemałe zamieszanie. Jeszcze nie tak dawno na Krakowskim Przedmieściu można było natknąć się na elementy scenografii, które tylko pogłębiały apetyt na zobaczenie efektu końcowego. Warto było czekać. Twórcy postawili na wierne odzwierciedlenie literackiego pierwowzoru dbając o każdy szczegół, jednak przepuścili go przez własną wrażliwość oraz oczekiwania współczesnego widza.
Detale widać w każdej minucie. Mimo, że kadry oraz sceny zmieniają się szybko i dynamicznie, nie sposób nie dostrzec dopracowanej scenografii oraz kostiumów. Twórcom udało się uchwycić każdy element układanki napisanej przez Prusa, tworzące . Warto jednak zaznaczyć, że przy tak narzuconym tempie, niemalże 3 godziny spędzone w kinowym fotelu mijają w mgnieniu oka.
Wspomnianą kalką współczesności jest z pewnością towarzyszący produkcji humor. Prawdopodobnie, gdyby powiedzieć licealiście właśnie zmagającemu się z lekturą „Lalki”, że przy tej historii można się dobrze bawić nie uwierzyłby. Zabawa i lekkość z założenia nie idą z nią w parze. Otóż nie w tym przypadku. Nie można powiedzieć, że dominują całkowicie film, raczej stanowią przeciwwagę dla poważniejszych momentów, niekiedy je odciążając, ale wciąż pełnią ważną rolę w przez całą produkcję. I w tym właśnie tkwi nowatorskość projektu Kawalskiego i Drabika.

Obsada, która robi wrażenie
Z każdą minutą wpatrywania się w ekran, brzęczy w głowie jedno pytanie: jak im udało się tego dokonać? Zebranie takiej obsady w jednej produkcji naprawdę musiało być nie lada wyczynem. Nie chodzi tylko o główne role – twórcy zadbali, by widzowi cały czas towarzyszyła dobrze znana twarz. Nie było miejsca na jakikolwiek przypadek. To jedna z tych rzeczy, która świadczy o rozmachu produkcji. Obsada, co tu dużo mówić, jest po prostu gwiazdorska. Kondrat, Komorowska, Seweryn, Janda, Kulesza, Żak…, a to dopiero początek.
Na ekranie partneruje im młodsze pokolenie. Dębska, Damięcki, Musiałowski, Ogrodnik, Pławik. To spotkanie dwóch aktorskich światów, które w połączeniu dają naprawdę świetny spektakl. Trzeba to powiedzieć głośno – miało to ogromny wpływ na produkcję. Po prostu oglądając znajome i uwielbiane przez całą Polskę twarze w takim wydaniu, trudno oprzeć się wrażeniu, że aktorzy się przede wszystkim dobrze bawią. W ich grze jest lekkość, humor oraz figlarność, którą widać we wzroku Agaty Kuleszy, w uśmiechu Andrzeja Seweryna, a także ruchach Krystyny Jandy.

Duet Urzędowska i Dorociński
Film nie odbiega jednak całkowicie od jej cięższego tonu – wciąż nie można zapomnieć o najważniejszych osobach. Gdy tylko ogłoszono, kto wcieli się w główne role, od razu przykuły one całą uwagę. Nie ulega wątpliwości, że to film Marcina Dorocińskiego. Nie chodzi tylko o to, że to na nim najczęściej skupiona była kamera. Było to jego zupełnie nowe wydanie. Aktor kojarzony przede wszystkim z twardym charakterem, wciela się w romantyka. Niepewny siebie, błądzący wzrokiem, zagubiony, wrzucony w wir towarzyskich spotkań, do których nie zdążył przywyknąć. To nie była skrojona pod niego rola. Nie mniej aktor udźwignął brzemię Wokulskiego.
Za to postać Łęckiej wpasowała się na aktorkę, jak ulał. Delikatna uroda, powściągliwe ruchy i spojrzenie, które zostaje z widzem długo po zakończeniu seansu. Kiedy ogłoszono, że to właśnie ona wcieli się w Izabelę, wielu zadawało sobie pytanie, czy uda jej się na nowo zreinterpretować kontrowersyjną bohaterkę, tak jak zrobiła to z Jagną z „Chłopów”. Poniekąd jej się udało. Co innego przeczytać o tym ze stron książki, a co innego zobaczyć na ekranie zdesperowaną dziewczynę, która jedynie chce sama o sobie decydować. W grze Urzędowskiej jest coś urzekającego i mimo że aktorka nie odbiega całkowicie od roli kokietki, to po prostu Izabelę w jej wykonaniu da się zrozumieć, a nawet polubić.

Walka romantyka z pozytywistą
Jedno jest pewne – Kawalski i Drabik stworzyli „Lalkę” na miarę XXI wieku i to z zapowiadanym rozmachem. Na pierwszy rzut oka romantyczne kadry pomieszane z odrobiną komedii wydają się być niepasującym połączeniem, jednak w miarę rozwoju akcji zaczyna się je doceniać. Wierne przedstawienie literackiego kunsztu z odrobiną figlarności, można porównać do walki cały czas toczącej się w głównym bohaterze – w której romantyk mierzy się z pozytywistą. Ten kontrast dostrzega się nie tylko w fabule, ale również na ekranie i być może właśnie dlatego takiej „Lalki” potrzebowało polskie kino.



























