Pojawił się w streamingu 7 października, zadebiutował na 51. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni 21 września 2026 roku i wciąż jest numerem 1 na Netflixie. „Mniej obcy” – film o Janie Borysewiczu, założycielu i gitarzyście zespołu Lady Pank, od dwóch tygodni jest jednym z tych tytułów, o których mówi cała Polska. W główną rolę wciela się Mikołaj Bukrewicz – muzyk, autor tekstów, twórca, a już teraz także aktor.

WIDEO…

player placeholder

Po skończonym seansie moja mama zadzwoniła do mnie i opowiadała o nim jak o dobrym koledze. Siostra od tygodnia słucha „The Best of Lady Pank” na Spotify i śpiewa w samochodzie. Moja szesnastoletnia siostrzenica nie wiedziała, że «Marchewkowe pole» to Lady Pank – a kocha tę piosenkę! – po filmie, już wie. Z kolei nieznani mi ludzie w autobusie zachwycają się jego głosem, grą aktorską, uderzającym podobieństwem do Jana Borysewicza i realizmem całej produkcji.

Postanowiłam więc osobiście zapytać Mikołaja Bukrewicza, co takiego ma w sobie, że zarówno film, w którym gra, jak i on sam stali się numerem 1 w głowach milionów Polaków.

Zobacz także:

„Nie siliłem się na imitację Jana Borysewicza”

Mikołaj Bukrewicz - Mniej Obcy
mat. prasowe

Mikołaj Bukrewicz, „Mniej obcy” to twoja pierwsza główna i w ogóle pierwsze rola, a zarazem spotkanie z postacią, która dla wielu osób jest legendą polskiej muzyki. Bałeś się przyjąć takie wyzwanie?

Od początku chyba wiedziałem, co mam zrobić: nie silić się na imitację postaci, odwzorowywanie jej jeden do jednego, naśladowanie głosu czy ruchów. Najważniejsza była dla mnie historia tego gościa. Naturalnie mi to przyszło bo muzyczny ekosystem jest dla mnie najbardziej intuicyjny. 

Większym stresem niż samo zagranie tej postaci było to, że miałem zaraz pracować przy dużej produkcji. Nigdy wcześniej nie byłem na planie zdjęciowym. Nie wiedziałem, jak to się robi, nie miałem pojęcia.

Jak wyglądały przygotowania? Znałeś wcześniej muzykę Lady Pank?

Znałem dobrze te piosenki. Wcześniej oglądałem też dużo wywiadów z Jankiem i członkami Lady Pank, więc byłem już przygotowany.
Dwa i pół miesiąca przed zdjęciami spotykałem się z Ewą Kajm, profesorką krakowskiej AST. Praktycznie codziennie mieliśmy próby po kilka godzin. To cudowna kobieta. Bez niej nie byłbym w stanie przygotować się do tego filmu.

Jak wyglądały przygotowania? Znałeś wcześniej muzykę Lady Pank?

Znałem dobrze te piosenki. Wcześniej oglądałem też dużo wywiadów z Jankiem i członkami Lady Pank, więc byłem już przygotowany.
Dwa i pół miesiąca przed zdjęciami spotykałem się z Ewą Kajm, profesorką krakowskiej AST. Praktycznie codziennie mieliśmy próby po kilka godzin. To cudowna kobieta. Bez niej nie byłbym w stanie przygotować się do tego filmu.

Na gitarze grasz od ósmego roku życia, więc ten element roli był ci bliski. A jak oglądało ci się samego siebie na ekranie?

To superdziwne uczucie, szczególnie kiedy po raz pierwszy oglądasz siebie w głównej roli i praktycznie cały czas jesteś na ekranie. Potrzebowałem roku od zakończenia zdjęć, żeby złapać dystans i spróbować spojrzeć na to obiektywnie. Teraz mam w sobie dużo spokoju i satysfakcji, bo ta rola wyszła dobrze.

Nie wiedziałem tego do ostatnich chwil. Dopiero kiedy zobaczyłem film w Gdyni, pomyślałem: dobra, udało się. Z mojej strony aktorskiej się udało.

„Ludzie płakali, śpiewali piosenki Lady Pank”

Mikołaj Bukrewicz - Mniej Obcy
mat. prasowe

Pokaz filmu na festiwalu w Gdyni musiał być szczególnym momentem. Jakie emocje ci towarzyszyły, kiedy zobaczyłeś reakcje publiczności?

To chyba najwyższe spełnienie, kiedy widzisz, że owoc twojej pracy wywołuje emocje. Ludzie płakali, śpiewali piosenki Lady Pank. Od piętnastu do siedemdziesięciu lat. Podchodzili do mnie po pokazie, niektórzy zapłakani, inni mówili, że to się fajnie udało.

Nie miałem jednak czasu, żeby usiąść i to wszystko przeżyć. Codziennie miałem mnóstwo wywiadów i wydarzeń. Nie było chwili, żeby pomyśleć: jestem teraz w Gdyni, zaraz zobaczę film, na który czekałem rok. Do dziś nie miałem przestrzeni, żeby to przetrawić. To niezwykłe wyróżnienie, że film w ogóle dostał się na ten festiwal. Nawet nie zakładałem, że tak się wydarzy.

Dla mnie „Mniej obcy” robi coś ważnego: pozwala lepiej zrozumieć Jana Borysewicza. Zamiast patrzeć na niego wyłącznie przez pryzmat rockandrollowego wizerunku i przekraczania granic, poznajemy historię człowieka, którego życie nie zawsze układało się zgodnie z jego decyzjami. Ty też tak odczytujesz tę opowieść?

Tak, zwłaszcza jeśli masz na myśli jego wczesne lata.

Po seansie wróciłam też do tekstów Lady Pank. Znałam te piosenki, śpiewałam je, ale nagle zaczęłam rozumieć je inaczej, bo mogłam przypisać je do konkretnych etapów życia Jana.

Znałaś je na pamięć, ale zakładam, że raczej nie siadałaś wcześniej, żeby się ich uczyć. To właśnie moc piosenki. Można skonstruować utwór, który przez 45 lat gra ludziom w głowach.

Rozmawiałeś już z Janem Borysewiczem o filmie? Co powiedział po seansie?

Janek pierwszy raz zobaczył cały film dopiero niedawno, wcześniej wychodził podczas niektórych, najcięższych momentów. Jakiś czas temu zapytałem go, czy tak wyglądało jego dzieciństwo. Powiedział, że tak.

Powiedział mi też coś, co bardzo zapamiętałem: że polubił mnie, bo musiał polubić siebie z tamtego czasu. Czuję, że sobie nawzajem trzymamy plecy. Zaufał mi.

Zaprasza mnie do studia, siadamy razem, słuchamy, gramy. Ostatnio pokazywał mi, jak gra riff do „Kryzysowej narzeczonej”. Stałem tam z gitarą i myślałem: co tu się dzieje? To dość abstrakcyjne uczucie.

„Chłopaki sami sobie pokolorowali świat”

Mikołaj Bukrewicz - Mniej Obcy
mat. prasowe

Akcja filmu przenosi nas także do PRL-u. Jak przygotowywałeś się do odtworzenia tej epoki, której nie mogłeś znać z własnego doświadczenia?

Wystarczająco dużo opowiedzieli mi dziadkowie. Wychowywałem się ze świadomością tego, jak wtedy było. Oczywiście nie wiem wszystkiego, bo mnie tam nie było, więc nie chcę udawać eksperta od tej epoki.

Nie jestem też pewien, czy PRL powinien być przedstawiany wyłącznie jako szary i smutny czas, w którym wszystkiego brakowało. Andrzej Mogielnicki opowiadał Patrykowi Pietrzakowi, że ludzie wtedy dużo się śmiali. Chłopaki sami sobie pokolorowali świat.

To ważne, bo w filmie muzyka i rock stają się sposobem na nadanie rzeczywistości innych barw. A co ty chciałbyś, żeby wydarzyło się w twoim życiu po premierze „Mniej obcego”?

Chciałbym dalej robić filmy. Jak się okazuje, da się, i to nawet całkiem dobrze.

Bardzo dobrze pracuje mi się w takiej formie. Skupiam się na jednej konkretnej rzeczy, reszta jest zaplanowana. Nie muszę niczego organizować, mogę robić tylko to, co mnie interesuje.

Chcę też rozwijać muzykę. W najbliższych tygodniach będziemy wypuszczać single zespołu KARMIDER i mojego solowego projektu pod własnym nazwiskiem. Mam ogromne szczęście pracować z ludźmi, którzy są dla mnie najlepszym składem na świecie.

Na planie spotkałeś znakomitych aktorów, między innymi Kingę Preis i Ireneusza Czopa. Czego się od nich nauczyłeś?

Fajnie było patrzeć, jak pracują, i próbować robić to tak jak oni. Chciałem tak jak oni. Nadal chciałbym.

„W aktorstwie potrzebna jest empatia”

Mikołaj Bukrewicz - Mniej Obcy
mat. prasowe

Masz 23 lata, a w filmie grasz człowieka uwikłanego w trudne relacje rodzinne, uzależnienia i emocje, które potrafią być skrajne. Skąd wiedziałeś, jak je pokazać?

Wyobrażasz sobie, co człowiek w takiej sytuacji może czuć, i wywołujesz w sobie namiastkę tego stanu. To niezbędne narzędzie, bo chyba w aktorstwie potrzebna jest empatia. Bez niej nie zagrasz postaci, bo nie będziesz wiedział, co ona może czuć w danym momencie.

Ważna jest też inteligencja emocjonalna i świadomość własnego ciała, żeby móc te emocje w sobie uruchomić i pokazać.

Nie miałeś wcześniej doświadczenia na planie, a jednak dostałeś szansę zagrania głównej roli. Co powiedziałbyś komuś, kto marzy o aktorstwie, ale nie wie, od czego zacząć?

Nie czuję się jeszcze na tyle doświadczony, żeby udzielać rad komuś, kto chce zostać aktorem. Może mam pewną przewagę, bo nie mam formalnego szkolenia ani doświadczenia, a mimo to udało mi się zagrać w tym filmie.

Myślę jednak, że to odnosi się do każdej dziedziny sztuki. Trzeba stanąć przed lustrem i skonfrontować się ze sobą. To ty jesteś narzędziem, instrumentem, ciałem aktora, które ma wykonywać pracę i pokazywać emocje. Żeby umieć nimi nawigować, musisz zajrzeć do środka i zobaczyć, co tam jest.

Nie wszystko będzie fajne, miłe i przyjemne. Ale im bardziej otwarcie i szczerze patrzysz na siebie i zaczynasz rozumieć, co w tobie siedzi, tym większą wolność możesz osiągnąć. To prowadzi do gigantycznej wolności.

Chodzi o to, żeby pozostać wiernym sobie. O tym też jest twórczość.

Czyli także o marzeniach?

Tak. Możesz patrzeć w lustro i wcale nie czuć się dobrze z tym co w nim widzisz, ale jeśli tak jest, to spróbuj dostrzec też tę drugą stronę.

Zobacz, jakie masz marzenia.

„Wierzę w obecność drugiego człowieka”

Mikołaj Bukrewicz - Mniej Obcy
mat. prasowe

Jednym z ciekawszych zabiegów w „Mniej obcym” jest rozmowa z Bogiem. Czy ty sam rozmawiasz z Bogiem?

Totalnie nie. Nigdy się z Bogiem nie poznałem. Mamy taką niepisaną umowę, jak Poniedzielski ze słońcem: kiedy ono wychodzi, ja zostaję w środku.

Nigdy nie miałem potrzeby rozmawiania z absolutem. Trudno mi przyjąć myśl, że my jesteśmy stworzeni na podobieństwo boskie. Chyba mi do tego daleko. Nie czuję potrzeby wiary w absolut. Wierzę w całą masę innych rzeczy i chyba mi to wystarcza.

Naprawdę? Nic a nic? Nigdy?

Na co dzień nie odczuwam braku istoty boskiej, która czuwa i której można ufać. Wierzę w obecność drugiego człowieka, w twórczość, w siłę twórczości. Może kiedy nie ma nigdzie sensu, a Bóg też nie wydaje się go nadawać, trzeba samemu sobie ten sens zrobić.

Może postrzegam wiarę jako zrzeczenie się odpowiedzialności, a może sprawczości. Mogę się mylić, ale najbardziej wierzę w obecność drugiego człowieka.

Film opowiada też o tym, że można się podnieść i zacząć od nowa. Wierzysz, że zawsze jest na to szansa?

Tak. Pewnie istnieją ekstremalne sytuacje, w których się nie da, ale myślę, że można. Janek jest najlepszym przykładem. Czasem może nawet trzeba zacząć od nowa. To zdrowe.

Może nie warto myśleć w kategoriach, czy można, czy nie można. Jeśli czegoś nie da się już ciągnąć albo wszystko się rozpadło, trzeba po prostu zacząć od nowa.

Gdybyś miał wybrać jedną rzecz, którą widzowie powinni zabrać ze sobą po seansie, co by to było?

Żeby nigdy nie przestawać wierzyć we własne marzenia. Naprawdę da się wiele zrobić, tylko trzeba to zrobić. Marzenia to ostatnia rzecz, która człowiekowi zostaje, poza owocem własnej pracy. A coś przecież musi do tego owocu doprowadzić. Co lepiej prowadzi niż marzenie i wiara, że można zrobić coś fajnego?

Umiesz jeszcze słuchać piosenek Lady Pank bez myślenia o filmie?

Są mi jeszcze bliższe, a już wcześniej były bliskie. Cała pierwsza płyta jest fantastyczna. Duże emocje zawsze budziła we mnie „Mała wojna”. I „Pada deszcz”.

Na koniec muszę zapytać o coś, o czym teraz pewnie wszyscy będą mówić: jesteś gotowy na falę popularności, która może przyjść po tej roli?

Skąd wiesz, że nagle będzie fala sławy? Nie wiem. Zapytaj mnie za pół roku, czy byłem na to gotowy. Nie da się być na to gotowym.

A jeśli dzięki temu filmowi ktoś pomyśli: „Też chcę spróbować”? Weźmie gitarę do ręki, pójdzie na casting, zacznie realizować własne marzenie?

Jeśli mam jakieś oczekiwania wobec odbioru tego filmu, to właśnie takie. Żeby ktoś pomyślał: „O kurczę, to się da”. Żeby wziął gitarę i też coś z nią zrobił. Nie czuję się jeszcze gotowy, żeby mówić ludziom, jak mają zaczynać karierę. Ale działanie jest dla mnie najważniejsze. To jest moja wiara. Jeśli działam, to…

Chodzi o to, żeby być wiernym sobie. Możesz spojrzeć w lustro i zobaczyć w sobie rzeczy, które ci się nie podobają. Ale zobacz też, jakie masz marzenia.