Dziś mamy kino na wyciągnięcie ręki. Setki tytułów na platformach streamingowych, kolejne premiery, seriale, które oglądamy jednym ciągiem, i krótkie materiały wideo, na których zatrzymujemy wzrok zaledwie na kilka sekund. Przyzwyczailiśmy się do dźwięku, koloru, szybkiego montażu i historii opowiadanych w tempie, które nie zawsze zostawia miejsce na oddech. Łatwo zapomnieć, że kino nie zawsze tak wyglądało. Przez pierwsze dekady istnienia musiało obyć się bez dialogów, a mimo to potrafiło opowiadać historie, które poruszały widzów na całym świecie.

WIDEO…

player placeholder

Co takiego jest w kinie niemym, że po ponad stu latach wciąż przyciąga publiczność? Postanowiłam zapytać o to osoby, które znają je nie tylko z sali kinowej. O fenomenie dawnych filmów, ich odnajdywaniu i przywracaniu do życia rozmawiałam z Tomaszem Kolankiewiczem, dyrektorem Filmoteki Narodowej – Instytutu Audiowizualnego, oraz Elżbietą Wysocką, zastępczynią dyrektora ds. zbiorów cyfrowych i digitalizacji. A okazją do tego inspirującego spotkania jest 21. Święto Niemego Kina, które w dniach 5–8 listopada 2026 roku odbędzie się w warszawskim Kinie Iluzjon.

Od jednego odnalezionego filmu do festiwalu

Mocny człowiek, reż. Henryk Szaro, 1929 © FINA/CINEMATEK
Mocny człowiek, reż. Henryk Szaro, 1929 © FINA/CINEMATEK
Zobacz także:

Historia Święta Niemego Kina zaczęła się od odkrycia, które dla polskiego kina miało ogromne znaczenie. W 1997 roku w Belgii odnaleziono kopię filmu „Mocny człowiek” Henryka Szaro z 1929 roku. Przez lata materiał ten uznawano za zaginiony. Znalezisko przywróciło nadzieję, że nie wszystko, co powstało w epoce polskiego kina niemego, bezpowrotnie przepadło. W 2003 roku odbył się uroczysty pokaz tego filmu w Polsce, a samo wydarzenie stało się impulsem do organizacji kolejnych edycji festiwalu.

– Odkrycie nastąpiło w 1997 roku. Zrobiono kopię (niestety w bardzo słabej jakości) i w 2003 roku uroczyście pokazano ten film, co było sensacją i ogromnym wydarzeniem krajowym – wspomina dyrektor Tomasz Kolankiewicz. Jak dodaje, pierwsze edycje przyciągały tłumy. Zdarzało się nawet, że na prośbę widzów, którzy nie zmieścili się na seansie, organizowano dodatkowy pokaz tego samego filmu z tymi samymi muzykami.

„Mocny człowiek” wraca także w programie tegorocznej edycji – tym razem w nowej, cyfrowo odrestaurowanej wersji. To symboliczna klamra, która przypomina, od czego wszystko się zaczęło, ale też pokazuje, jak wiele pracy wymaga przywracanie dawnych dzieł współczesnej publiczności.

Praca nad filmem niemym która nie kończy się na skanowaniu taśmy

Raskolnikow, reż. Robert Wiene, 1923 © Filmmuseum München
Raskolnikow, reż. Robert Wiene, 1923 © Filmmuseum München

Oglądając odrestaurowany film, łatwo pomyśleć, że wystarczyło zeskanować starą taśmę, poprawić obraz i przygotować go do projekcji. Rzeczywistość jest znacznie bardziej skomplikowana. Praca nad takim materiałem może trwać latami – i zaczyna się często na długo przed pierwszym uruchomieniem skanera.

– Widz na pewno nie widzi dekad, kiedy trwają poszukiwania. Często polega to na tym, że wysyłamy listy do innych archiwów i pytamy. I to może trwać wiele, wiele lat – opowiada Elżbieta Wysocka. Potem przychodzi czas na porównywanie odnalezionych kopii. Bywa, że zachowało się kilka wersji tego samego filmu, różniących się montażem, a archiwiści muszą ustalić, która z nich najwierniej oddaje pierwotny kształt dzieła.

– Widz nie widzi procesu konserwacji, bo te filmy czasami nie nadają się do tego, żeby po prostu założyć je na skaner i zeskanować. One muszą przejść konserwację, być  sprawdzone, każda perforacja musi być naprawiona, żeby proces digitalizacji ich nie zniszczył – wyjaśnia Wysocka.

Później trzeba złożyć materiał w możliwie najpełniejszą i najbardziej wiarygodną wersję, odtworzyć kolejność ujęć, a czasem także przygotować plansze z napisami. Niektóre decyzje wymagają pracy badawczej: porównywania innych filmów tej samej wytwórni, analizowania zachowanych dokumentów i szukania śladów, które pomogą ustalić, jak wyglądał oryginał.

Istotne jest również to, czego konserwatorzy nie robią. Nie próbują na siłę upodobnić dawnych filmów do współczesnych produkcji. Nie usuwają wszystkich niedoskonałości wynikających z ówczesnej technologii, nie wygładzają ruchu kamery ani nie poprawiają obrazu według dzisiejszych przyzwyczajeń.

– My jako archiwiści jesteśmy od tego, żeby ten kształt przywrócić, a nie żeby dywagować na temat tego, co by mogło być, gdyby – podkreśla Kolankiewicz. – Jeżeli chodzi o filmy, które powstały, jesteśmy od tego, żeby prezentować je dokładnie w taki sposób, jak to było możliwe w dniu premiery. Filmowcy, podobnie zresztą jak wszyscy inni artyści i twórcy, często czują pokusę, żeby coś poprawić, udoskonalić, zmodyfikować. Nie na tym jednak polega restauracja dzieła sztuki. Raz oddany publiczności film staje się niejako dobrem wspólnym. Można tworzyć inne wersje, warianty, ale oryginalne dzieło powinno pozostać integralne i niezmienione. 

To ważne, bo kino nieme wcale nie było wyłącznie czarno-białe. Taśmy bywały barwione, a kolory miały swoje znaczenie. Różnice w tempie projekcji także potrafią zmienić odbiór filmu. Jeśli dawny materiał wyświetlimy zbyt szybko, bohaterowie zaczną poruszać się w sposób, który współczesnemu widzowi może wydawać się komiczny. Tymczasem – to projekcja nie odpowiada oryginalnemu rytmowi pracy kamery.

Dlaczego kino nieme wciąż potrafi zaskoczyć? I czy współczesny widz musi nauczyć się je oglądać?

Dziesięć minut o poranku, reż. Aleksandr Dżaliszwilii, 1930 © National Archives of Georgia
Dziesięć minut o poranku, reż. Aleksandr Dżaliszwilii, 1930 © National Archives of Georgia

Można pomyśleć, że współczesny widz, przyzwyczajony do dialogów, efektów i dynamicznego montażu, potrzebuje specjalnego przygotowania, by odnaleźć się w filmie sprzed stu lat. Tomasz Kolankiewicz nie jest jednak przekonany, że istnieje jeden typ odbiorcy, którego trzeba do tego kina przyzwyczajać.

– Bardzo trudno jest mówić o współczesnym widzu. Nie ma czegoś takiego jak współczesny widz. Widownia jest tak różnorodna, że jeden musi się uczyć, a drugi nie musi. Tak zresztą było zawsze. Wchodzimy do sali kinowej z bardzo różnym kapitałem kulturowym i wiedzą - to oczywiście bardzo mocno wpływa na odbiór. – zauważa

.Dyrektor FINA zwraca uwagę, że choć sposób konsumowania treści audiowizualnych mocno się zmienił, sama potrzeba wspólnego przeżywania filmu pozostała. – Platformy streamingowe to jest po prostu telewizja, tylko jest pilot wygląda inaczej – mówi. I dodaje, że tym, co odróżnia kino od oglądania filmów w domu, jest spotkanie z innymi ludźmi.

– To, co zostaje i co jest ponadczasowe, to jest kino, to jest wspólne odczuwanie tego. Zachęcam do pewnego eksperymentu: proszę zobaczyć dowolny film w sali kinowej a potem w autobusie na smartfonie lub nawet w domu z dużego ekranu. Zapewniam, że różnica będzie kolosalna. Spotykamy się z publicznością, do tego mamy jeszcze muzykę na żywo – podkreśla Kolankiewicz.

W przypadku kina niemego muzyka jest czymś więcej niż dodatkiem. Każdy seans z muzyką wykonywaną na żywo staje się osobnym wydarzeniem. Artyści tworzą oprawę, która może być eksperymentalna, awangardowa, czasem zaskakująco współczesna. Nie chodzi o wierne odtwarzanie brzmień sprzed stu lat, ale o znalezienie takiego języka muzycznego, który pozwoli dzisiejszej publiczności wejść w świat dawnych obrazów.

Elżbieta Wysocka zwraca uwagę, że połączenie filmu z muzyką na żywo potrafi otworzyć kino nieme także przed osobami, które dotąd nie miały z nim kontaktu. – To są filmy bardzo atrakcyjne wizualnie ale wcześniej nie znane, a projekcja  z muzyką na żywo przyciąga nową publiczność, zainteresowaną w pierwszym rzędzie naszymi gwiazdami muzycznymi – mówi. I dodaje, że często sięgają po muzykę eksperymentalną i awangardową, która nie ilustruje obrazu w oczywisty sposób, lecz wchodzi z nim w dialog.

Jest jeszcze jeden powód, by dać takim filmom szansę: ich obrazy potrafią opowiadać więcej, niż mogłoby się wydawać. – Kino nieme jest absolutnie zrozumiałe dla wszystkich – zapewnia Kolankiewicz. Jak tłumaczy, przez kilkadziesiąt lat twórcy doskonalili sztukę opowiadania obrazem, bez konieczności tłumaczenia widzowi wszystkiego za pomocą dialogów. To umiejętność, która do dziś potrafi robić wrażenie.

„Kult ciała”, czyli co kino sprzed stu lat mówi o nas dzisiaj

Siegmund Zishe Breitbart © University of South Carolina
Siegmund Zishe Breitbart © University of South Carolina

Tegoroczna, 21. edycja Święta Niemego Kina odbywa się pod hasłem „Kult ciała”. Program (dostępny TUTAJ) skupia się na dawnych wyobrażeniach męskości, sile, sprawności fizycznej, sporcie, cyrku i tańcu. To jednak nie tylko podróż do przeszłości. Organizatorzy chcą pokazać, że obrazy sprzed stu lat mogą zaskakująco dużo powiedzieć o współczesnych sporach i społecznych nastrojach.

– Przyglądanie się filmom teraz, z perspektywy 2026 roku, i filmom z 1926 roku prowadzi do konstatacji, że wcale aż tak dużo się nie zmieniło. Czasami mam wrażenie, że kręcimy się w kółko – mówi Kolankiewicz. Zwraca uwagę na powracające wzorce męskości, idealizowanie silnego, sprawnego ciała i współczesne dyskusje o relacjach między kobietami i mężczyznami.

W programie znalazły się zarówno filmy fabularne, jak i krótkie materiały dokumentujące ruch, sport czy dawne systemy ćwiczeń. Jednym z ciekawszych tropów jest historia Zishe (Zygmunta) Breitbarta – polskiego cyrkowca i siłacza, żydowskiego pochodzenia, który zdobył sławę w Europie i Stanach Zjednoczonych. Jego występy, podobnie jak dawne nagrania ćwiczeń, przypominają, że kult sprawności fizycznej i pomysł na trenowanie w domu nie są wynalazkiem naszych czasów.

Ważne miejsce zajmuje również opowieść o kobietach i ich obecności w dawnym kinie. W programie znalazły się krótkie filmy tworzone przez kobiety lub pokazujące bohaterki przekraczające społeczne normy epoki. W sekcji Sounds of Silents, organizatorki przyglądają się także kostiumom – temu, jak strój pozwalał komunikować status, niezależność i bunt. Jak zauważa Kolankiewicz, nawet kolor czy element garderoby, który dziś wydaje nam się nieistotny, dla ówczesnego widza mógł być czytelnym znakiem. W dawnych westernach jasny kapelusz często oznaczał bohatera pozytywnego, a ciemny – złoczyńcę.

Wśród filmów fabularnych znalazły się m.in. „Mocny człowiek” Henryka Szaro, „Kult ciała” Michała Waszyńskiego z 1930 roku, którego odrestaurowana wersja będzie miała światową re-premierę, „Golem” Paula Wegenera oraz „Raskolnikow” Roberta Wienego. Program uzupełnią także filmy Harry’ego Piela, krótkie zapisy sportowe i wczesne eksperymenty z ruchomym obrazem.

Nie tylko seanse. Co jeszcze zobaczymy na Święcie Niemego Kina?

Sportowiec z miłości, reż. James W. Horne, Buster Keaton, 1927 © FPA Classics
Sportowiec z miłości, reż. James W. Horne, Buster Keaton, 1927 © FPA Classics

Festiwal to nie tylko okazja do obejrzenia odrestaurowanych filmów na dużym ekranie. W programie znalazły się spotkania, wykłady i wydarzenia, które pozwalają zajrzeć za kulisy pracy archiwistów i konserwatorów. Dyrektor Wysocka podkreśla, że dla organizatorów ważne jest także opowiadanie o samym procesie odnajdywania i przywracania filmów widzom.

– Nikt tak dobrze nie opowie o tych filmach, jak osoby, które się nimi zajmowały i je restaurowały – mówi. W tym roku zaplanowano sześć wykładów z gośćmi, podczas których będzie można poznać historie konkretnych rekonstrukcji, zobaczyć fragmenty materiałów i zadać pytania specjalistom. Spotkania będą bezpłatne.

Jedną z atrakcji będzie także prezentacja oryginalnego kinematografu braci Lumière, który udało się pozyskać dzięki wsparciu Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego do kolekcji FINA. To wyjątkowy obiekt – kompletny i sprawny, pełniący funkcję zarówno kamery, jak i projektora. W programie znalazła się również wystawa „Powidoki ruchu”, a najmłodsi widzowie będą mogli spotkać się z twórczością Charliego Chaplina i Bustera Keatona oraz wziąć udział w warsztatach poświęconych dawnym zabawkom optycznym i iluzji ruchu.

Kiedy i gdzie odbędzie się 21. Święto Niemego Kina?

Golem, reż. Paul Wegener, 1920 © Filmmuseum München
Golem, reż. Paul Wegener, 1920 © Filmmuseum München

21. Święto Niemego Kina odbędzie się w dniach 5–8 listopada 2026 roku w Kinie Iluzjon przy ul. Narbutta 50A w Warszawie. W programie znalazły się pokazy filmów z muzyką na żywo, seanse z muzyką odtwarzaną, spotkania, wykłady i wydarzenia towarzyszące.
Bilety na seanse z muzyką na żywo kosztują 49 zł (normalny) i 39 zł (ulgowy), a na pokazy z muzyką odtwarzaną – 29 zł i 19 zł. Dostępny jest również karnet w cenie 199 zł. Część wydarzeń, w tym wykłady, jest bezpłatna.

Czy zatem kino nieme może dziś konkurować z filmami, które od pierwszych minut kuszą nas efektami, dźwiękiem i dynamiczną akcją? Może chociaż wcale nie musi. Być może wystarczy dać mu trochę czasu, usiąść w sali kinowej, uśmiechnąć się do osoby siedzącej obok i pozwolić, by obraz opowiedział własną historię. A przy okazji przekonać się, że kino, choć przez lata zmieniło się nie do poznania, wciąż potrafi wywoływać emocje bez jednego wypowiedzianego słowa.

Jak zauważa Tomasz Kolankiewicz, w spotkaniu z kinem jest coś, czego coraz trudniej szukać w codziennym natłoku bodźców – przestrzeń na własne myśli. – Mamy możliwość przez chwilę zatrzymać ten pęd i kino daje nam taką możliwość refleksji i zatrzymania pewnego rodzaju tego natłoku bodźców. I też tego, żeby sobie pozwolić nawet czasem podumać nad czymś w czasie filmu, co niekoniecznie jest związane z tym, co na ekranie. Kino uruchamia w nas emocje, potrafi działać katartycznie. – tłumaczy dyrektor FINA.

I myślę, że to jedna z najcenniejszych rzeczy, jakie może nam dziś zaoferować kino nieme: nie tylko dać opowieść sprzed stu lat, ale też rzadką okazję, by na chwilę przestać gonić za kolejnym obrazem.