Są takie wieczory, kiedy człowiek szuka na platformach czegoś konkretnego, a kończy w zupełnie innym miejscu. Wśród kolejnych propozycji, dobrze znanych hitów i produkcji, które algorytm uparcie podsuwa po raz dziesiąty, nagle wyskakuje tytuł „Kochanie, chyba cię zabiłem”. Pierwsza myśl? Co to w ogóle jest? Druga przychodzi po spojrzeniu na obsadę. Zaraz, zaraz. Zamachowski? Jakubik? Kuna? Lichota? I jeszcze Czop?

WIDEO…

player placeholder

A jednak. Taki film naprawdę powstał. W 2014 roku Jakub Nieścierow nakręcił czarną komedię kryminalną, która dziś jest dostępna na Disney+. I choć trudno mówić o zapomnianym arcydziele, już sam zestaw aktorskich nazwisk wystarczy, żeby zatrzymać się przy niej na dłużej.

Zamachowski zabija, Jakubik prowadzi śledztwo. A to dopiero początek

Punktem wyjścia jest historia Jana Pokojskiego (Zbigniew Zamachowski), z pozoru zwyczajnego księgowego, który odkrywa zdradę żony (Izabela Kuna). Sytuacja kończy się tragicznie zarówno dla niej, jak i dla jej kochanka (Leszek Lichota). Problem w tym, że morderstwo zostaje nagrane, a materiał trafia do młodej pary, Kacpra (Marcin Korcz) i Wiki (Anna Karczmarczyk), którzy postanawiają wykorzystać go do szantażu.

Zobacz także:

Równolegle sprawą zajmują się dwaj policjanci, grani przez Arkadiusza Jakubika i Ireneusza Czopa. Pierwszy jest przesądny, drugi zapatrzony w filmowych twardzieli, zwłaszcza Brudnego Harry'ego. W obsadzie znalazła się również Roma Gąsiorowska.

„Kochanie, chyba cię zabiłem” próbuje połączyć czarną komedię z kryminałem, stawiając na absurd, przerysowane charaktery i serię coraz bardziej niefortunnych decyzji bohaterów. Nie jest to kino szczególnie subtelne, ale trudno odmówić mu aktorskiego potencjału. Zwłaszcza że Zamachowskiego, Jakubika, Kunę czy Lichotę częściej kojarzymy z produkcjami o zupełnie innym ciężarze gatunkowym.

482403_5
Serwis prasowy

Filmweb nie jest łaskawy. Ale komentarze potrafią zaskoczyć

Żeby nie było zbyt pięknie, „Kochanie, chyba cię zabiłem” nie należy do filmów, które publiczność wyniosła na piedestał. Na Filmwebie produkcja ma ocenę 5,3/10, a więc wynik, który raczej nie zachęca do natychmiastowego włączenia seansu.

Tyle że wśród opinii można znaleźć zaskakująco dużo sympatii dla tej osobliwej komedii. Jeden z widzów przyznaje, że spodziewał się kompletnej katastrofy, a ostatecznie bawił się całkiem nieźle. Nazywa film jarmarcznym, ale docenia bohaterów i splot wydarzeń, które utrzymały jego zainteresowanie do samego końca. Jeszcze dalej idzie inny użytkownik Filmwebu, który określa produkcję mianem najlepszej polskiej komedii XXI wieku spośród tych, które oglądał. Chwali humor, historię i bohaterów, których autentycznie polubił.

Oczywiście to nie znaczy, że nagle odkryliśmy niedocenione dzieło polskiej kinematografii. Ale pokazuje coś znacznie ciekawszego: film, który jedni bez wahania skreślają, innym potrafi sprawić zupełnie bezpretensjonalną frajdę.

Kino jarmarczne? A kto powiedział, że czasem nie można?

Nie każda komedia musi być inteligentną satyrą społeczną. Nie każda musi mieć drugie dno, błyskotliwe dialogi i scenariusz dopracowany z chirurgiczną precyzją. Czasami wystarczy trochę chaosu, przerysowane postacie, czarny humor i aktorzy, którzy potrafią zrobić coś z najbardziej niedorzecznej sytuacji.

„Kochanie, chyba cię zabiłem” wygląda właśnie na propozycję z tej półki. Kino jarmarczne? Być może. Ale przecież czasem można pójść na jarmark. Bez udawania, że przyszło się na festiwal kina artystycznego.

Zwłaszcza gdy w jednym filmie spotykają się największe nazwiska polskiego kina.