Są historie, które pamiętamy. I są takie, które pamiętają nas. Możemy nie pamiętać, kiedy pierwszy raz zobaczyliśmy „Króla Lwa”. Nie pamiętać, ile razy przewijaliśmy ulubioną kasetę, czy potrafiliśmy zaśpiewać całą piosenkę z „Małej syrenki” czy „Pocahontas” bez pomyłki. Możemy nawet nie pamiętać, co dokładnie czuliśmy, kiedy po raz pierwszy poznaliśmy Simbę, Bellę czy Kopciuszka. A jednak wystarczy kilka pierwszych nut, znajoma scena albo melodia z dzieciństwa, żeby nagle znaleźć się z powrotem w pokoju sprzed kilkunastu czy kilkudziesięciu lat.
WIDEO…
Nowy raport „Pokolenie Disney. Jak historie, bohaterowie i wartości Disneya łączą pokolenia Polaków”, przygotowany przez Uniwersytet SWPS we współpracy z Disney Polska, pokazuje, że nie jest to tylko kwestia nostalgii. 84 proc. dorosłych Polaków regularnie oglądało produkcje Disneya w dzieciństwie, a 82 proc. do dziś odczuwa wobec nich sentyment.
I chyba właśnie w tym miejscu zaczyna się najciekawsza część tej historii. Bo co właściwie Disney zrobił z naszymi głowami? Okazuje się, że właściwie… dużo dobrego.
Nie musimy wyglądać jak bohater, żeby nim być
Na pierwszy rzut oka wynik dotyczący Kopciuszka może wydawać się zaskakujący. Z tą bohaterką utożsamia się 65 proc. kobiet, ale także 36 proc. mężczyzn. Z kolei Tarzan, którego z oczywistych względów moglibyśmy przypisać do bardziej „męskiego” repertuaru, jest bliski nie tylko niemal połowie mężczyzn, ale również 37 proc. kobiet.
Może więc od początku źle patrzyliśmy na bohaterów Disneya. Bo przecież Kopciuszek nie jest wyłącznie dziewczyną w sukni, a Tarzan nie jest wyłącznie silnym mężczyzną wychowanym w dżungli. Pod kostiumem, fryzurą, zamkiem albo liśćmi znajduje się coś znacznie bardziej uniwersalnego: samotność, potrzeba akceptacji, pragnienie wolności, walka o własne miejsce, strach przed tym, co nieznane. I właśnie to - bardziej niż płeć czy wygląd bohatera - pozwala nam się z nim utożsamić.
– Płeć jest ważna, ale jest gdzieś w tle. Ważniejsza jest historia człowieka, historia jego trudności, które udaje się przełamać. To jest taka niesprawiedliwość, która jednak finalnie zostaje odwrócona. Okazuje się, że tego typu historia nie ma płci. Ona jest związana z ogólnym naszym byciem człowiekiem – mówi autorka raportu psycholożka dr Ewa Jarczewska-Gerc.
To zresztą jedna z najpiękniejszych rzeczy, jakie można powiedzieć o opowieściach, z którymi dorastaliśmy. Dziecko nie musi rozumieć wszystkich ich znaczeń. Wystarczy, że coś poczuje. A potem dorasta. I zaczyna rozumieć. A bajka daje mu na to czas - tyle ile potrzebuje. Nie wymaga. Nie daje deadline'u.
Disney był z nami „od zawsze”
Dla Baby Boomersów Disney nie był tak łatwo dostępny jak dla kolejnych pokoleń. A jednak więź została. 84 proc. przedstawicieli tego pokolenia nadal odczuwa sentyment do produkcji Disneya, a najbardziej rozpoznawalną historią jest „Królewna Śnieżka” - bajka z 1937 roku! - zna ją 78 proc. badanych. Potem przychodzą kolejne generacje i każda ma własny zestaw wspomnień.
Dla pokolenia X są to między innymi „Gumisie” i oczywiście „Myszka Mickey”. Rozpoznaje je aż 87 proc. badanych z tej grupy, a 74 proc. mówi o Disneyu jako o „namiastce świata zachodniego”. To ważne, bo te historie pojawiały się w Polsce w czasie ogromnej zmiany. Zachodnia popkultura przestawała być czymś odległym, a stawała się częścią codzienności.
Millennialsi dostali już zupełnie innego Disneya. Kasety VHS, później płyty DVD, telewizję, coraz łatwiejszy dostęp do światowej popkultury. I właśnie oni zbudowali z marką jedną z najsilniejszych więzi emocjonalnych. 82 proc. uważa produkcje Disneya za ważną część swojego dzieciństwa, a około trzy czwarte badanych zgadza się ze stwierdzeniem, że „wychowało się” na tych historiach. „Król Lew” jest rozpoznawany przez aż 94 proc. przedstawicieli tego pokolenia. Trudno znaleźć osobę z tej grupy, która nie pamiętałaby Simby.
I nie chodzi nawet o sam film. Chodzi o tę konkretną piosenkę. O pierwsze seanse. O śmiech przy Timonie i Pumbie. O moment, w którym „Hakuna Matata” było po prostu zabawnym hasłem, a nie filozofią, którą po latach zaczynamy rozumieć trochę inaczej.
– To badanie było dla mnie wyjątkowe z różnych powodów. Ja jestem specjalistką od emocji i motywacji. Disney też jest specjalistą od emocji, ale w trochę innym kontekście. On te emocje pokazuje w historiach, w historiach ludzi, w narracjach, nie tak naukowo jak my to robimy na uczelni, ale robi to właśnie w bardzo praktyczny sposób – podsumowuje dr Ewa Jarczewska-Gerc.
Każde pokolenie ma swojego Disneya
Gen Z również ma własny alfabet wspomnień. „Hannah Montana” jest rozpoznawana przez 71 proc. przedstawicieli Generacji Z, „High School Musical” przez 57 proc., a równolegle najmłodsze pokolenie bardzo mocno identyfikuje się z bohaterami Marvela. Spider-Mana zna 83 proc., Iron Mana 70 proc., a Avengersów 69 proc. badanych z tej grupy.
To ciekawe, bo pokazuje, jak bardzo zmienił się sam Disney. Dla jednej generacji będzie nim Królewna Śnieżka, dla innej Simba, dla jeszcze innej Hannah Montana. Ktoś inny powie „Toy Story”, ktoś „Kraina lodu”, a ktoś jeszcze - „Ratatuj”. A jednak mechanizm pozostaje zaskakująco podobny. Bohater ma jakiś problem. Czegoś się boi. Nie pasuje do świata, w którym przyszło mu żyć. Chce być zaakceptowany albo znaleźć swoje miejsce. Popełnia błędy. Przegrywa. Czasem traci kogoś ważnego. A potem próbuje jeszcze raz.
Dr Ewa Jarczewska-Gerc zwraca uwagę właśnie na tę emocjonalną stronę historii Disneya. Bohaterowie się boją, upadają i popełniają błędy, ale mimo wszystko próbują dalej. Nie dostajemy więc instrukcji, jak przeżyć życie bez trudności. Dostajemy coś znacznie bardziej przydatnego: opowieść o tym, że trudność nie musi oznaczać końca.
– Przypominają sobie, że bohater też doświadczał trudności, też się potknął, pojawiły się jakieś przeszkody, jakieś trudności. Nie szło to łatwo, nie szło to idealnie, a jednak nie zrezygnowali z działania. Nie zawsze ten efekt jest taki dokładnie, jak sobie wyobrażamy, ale najważniejsze jest próbować – mówi psycholożka. To powód dla którego te historie nie starzeją się razem z nami.
Nie chodzi o księżniczki. Chodzi o nas
Przez lata przyzwyczailiśmy się do dzielenia bajek na te „dla dziewczynek” i te „dla chłopców”. Księżniczki, suknie i zamki po jednej stronie. Przygody, potwory, miecze i dżungle po drugiej. Tymczasem wyniki badania trochę psują ten prosty podział. Bo 36 proc. mężczyzn widzi siebie w Kopciuszku. 37 proc. kobiet widzi siebie w Tarzanie. I bardzo dobrze.
Kiedy jesteśmy dziećmi, nie oglądamy jeszcze bohaterów przez filtr wszystkich kategorii, które później nakłada na nas życie. Nie zastanawiamy się, czy dana postać jest „odpowiednia” dla dziewczynki albo chłopca. Po prostu wiemy, że jest jej smutno. Że ktoś ją skrzywdził. Że chce być wolna. Że boi się samotności. Że marzy o tym, żeby ktoś ją zobaczył.
To są emocje, które nie mają płci. I być może Disney nauczył nas tego, zanim jeszcze potrafiliśmy to nazwać.
Disney odkrywany na nowo, kiedy zostajemy rodzicami
Jest w raporcie jeden wynik, który szczególnie dobrze pokazuje, jak Disney przechodzi z pokolenia na pokolenie. 42 proc. badanych przyznaje, że historie Disneya stały się dla nich ponownie ważne, kiedy zostali rodzicami. Wracamy do filmów, które znamy z własnego dzieciństwa, ale tym razem oglądamy je z kimś, kto poznaje je po raz pierwszy.
To ciekawe doświadczenie: znać każdą piosenkę, pamiętać bohaterów i wiedzieć, co wydarzy się za chwilę, a jednocześnie odkrywać tę samą historię na nowo. Dorosłość zmienia perspektywę. Sceny, które kiedyś były po prostu częścią bajki, zaczynają opowiadać o stracie, odpowiedzialności, rodzicielstwie, dorastaniu czy wyborach, których jako dzieci nie potrafiliśmy jeszcze nazwać.
– Disney łączy pokolenia. I łączy je w taki sposób, że całe rodziny oglądają filmy, produkcje, chodzą do kina. Wiele babć i dziadków, z którymi rozmawialiśmy, właśnie ma takie bardzo bieżące wspomnienia, bieżące doświadczenia chodzenia do kina razem z wnukami – mówi dr Ewa Jarczewska-Gerc.
Najpierw ktoś włączał nam „Króla Lwa”, „Kopciuszka” czy „Małą syrenkę”. Po latach to my wybieramy film dla własnego dziecka. Siedzimy obok, słuchamy tych samych piosenek i patrzymy, jak kolejna osoba poznaje historię, którą sami nosimy w pamięci od lat.
W ten sposób magię, którą dostaliśmy w dzieciństwie, zaczynamy przekazywać dalej.
Disney specjalizuje się w emocjach
W raporcie pojawia się zresztą jeszcze jeden bardzo ważny trop. Wśród wartości, które Polacy kojarzą z historiami Disneya, wysoko znalazły się dobroć wobec innych, odwaga, rodzina i miłość. To nie są przypadkowe hasła. Przyjaźń Simby i Timona. Lojalność przyjaciół, którzy zostają, kiedy wszystko zaczyna się komplikować. Bohaterowie, którzy przegrywają, ale nie rezygnują. Historie o tym, że można być słabym i jednocześnie odważnym.
Disney od pokoleń daje nam więc coś, czego często potrzebujemy również jako dorośli: bezpieczną przestrzeń do przeżywania emocji.
– Radość, ekscytacja, rozbawienie są dominującymi emocjami, ale to nie jest tak, że Disney unika czy stara się jakoś zawalować emocje, które są trudne, które są niewygodne, niekomfortowe i pokazać, że są naturalnym elementem życia – mówi dr Ewa Jarczewska-Gerc.
Możemy się bać razem z bohaterem. Możemy płakać, kiedy umiera Mufasa. Możemy złościć się na Urszulę. Możemy kibicować Arielce, nawet jeśli jako dorośli doskonale wiemy, że decyzja o oddaniu głosu morskiej wiedźmie nie była szczególnie rozsądna. A potem wracamy do rzeczywistości. Tylko że coś z tej historii zostaje. Dlatego 62 proc. badanych sięgało po historie Disneya, kiedy szukało otuchy. 58 proc. wracało do nich w momencie smutku, a 50 proc. w chwilach lęku lub niepewności.
– To dla mnie też jest bardzo ważny przekaz. Żeby edukować ludzi o tym, że smutek, strach, złość, zazdrość to są normalne emocje, które towarzyszą człowiekowi od zarania dziejów. One mają ważne funkcje, mają coś powiedzieć, przekazać. Możesz coś zrobić z tą emocją, możesz się nad nią zastanowić, wykorzystać ją do działania – tłumaczy psycholożka.
Czy Disney naprawdę namieszał nam w głowach?
Chyba trochę tak. Tyle że w najlepszym możliwym sensie. Nauczył nas, że bohater nie zawsze musi być najodważniejszy w pokoju. Że może się bać i mimo tego zrobić kolejny krok. Że przyjaźń potrafi być równie ważna jak wielka miłość. Że nie trzeba wyglądać jak Kopciuszek, żeby rozumieć jego historię. I że Tarzan może być bliski kobiecie, która nigdy nie postawiła stopy w dżungli.
Disney był dla jednych „Królewną Śnieżką”, dla innych „Gumisiami”, „Królem Lwem”, Hannah Montaną czy Elzą i Anną. Dla jednych przyszedł z kasety VHS, dla innych z telewizora, a dla najmłodszych - ze streamingu. Ale chyba nie ma drugiej marki, która potrafiłaby przeprowadzić nas przez tak wiele etapów życia, zmieniając się razem z nami. Marki do której aż 82 proc. dorosłych Polaków wciąż czuje sentyment.
Może więc po przeczytaniu tego raportu warto zrobić coś bardzo prostego. Nie analizować. Nie sprawdzać, czy dany film rzeczywiście jest tak dobry, jak pamiętamy. Po prostu wieczorem odpalić Disneya. Wybrać ten jeden film, który znamy niemal na pamięć. Usiąść na chwilę i zobaczyć, co zostało w nim z naszego dzieciństwa. I co nowego zobaczymy w nim teraz.
Bo być może największa magia tych historii nie polega na tym, że pozwalają nam na chwilę znów być dziećmi. Tylko na tym, że możemy wrócić do nich jako dorośli i odkryć, że przez cały ten czas mówiły również o nas - tylko w postaciach, na które wcześniej nie zwracaliśmy aż tak szczególnej uwagi, albo których jako dzieci kompletnie nie rozumieliśmy.
Jeśli więc kiedyś kibicowaliście Simbie, nie zdziwcie się jak uznacie, że teraz to najbliższy jest wam ten gderający i marudny Zazu. A mi pozostaje życzyć wam po prostu dobrego seansu!