Reklama

„Braveheart” to jeden z najbardziej rozpoznawalnych filmów lat 90. i jednocześnie jeden z największych triumfów w historii kina. Epicki dramat Mela Gibsona zdobył 5 statuetek Akademii, w tym za najlepszy film i reżyserię, na stałe zapisując się w kanonie kina historycznego. Opowieść o Williamie Wallace’ie stała się symbolem walki o wolność, a jej emocjonalna siła do dziś przyciąga kolejne pokolenia widzów.

To film, który nie tylko opowiada historię - on ją przeżywa. Brutalność bitew, romantyczny mit bohatera i podniosła muzyka Jamesa Hornera zbudowały kult, który w latach 90. działał jak kinowe objawienie. Mel Gibson stworzył tu zarówno ikoniczną rolę, jak i reżyserską wizję, która na długo ukształtowała wyobrażenie o historycznym widowisku w Hollywood - pełnym emocji, patosu i nieustępliwej wiary w wolność.

Król wyjęty spod prawa
mat. prasowe

Mało kto jednak wie, że historia zapoczątkowana w „Braveheart” nie kończy się wraz z losem Williama Wallace’a. Film doczekał się swojego rodzaju duchowej kontynuacji, która wraca do tego samego konfliktu o szkocką niepodległość, ale pokazuje go już z innej perspektywy i w innym momencie historii. To opowieść, która domyka pewien rozdział tej rebelii - i pozwala spojrzeć na nią dalej, poza legendę Wallace’a.

„Król wyjęty spod prawa” - dalszy ciąg „Bravehearta”

Król wyjęty spod prawa
mat. prasowe

„Król wyjęty spod prawa” przenosi widza do Szkocji po śmierci Williama Wallace’a. To kino, które nie zaczyna się od fanfary, tylko od chłodnego poczucia przegranej. Jest 1304 rok. Szkoccy możnowładcy kolejno uznają zwierzchność Anglii, a Robert Bruce wpisuje się w ten układ: podpisuje pokój i poślubia angielską szlachciankę wybraną przez Edwarda I. Ten gest ma w sobie coś z politycznej stylizacji, jak strój skrojony pod cudze oczekiwania. Ale historia w filmie błyskawicznie rozcina tę tkaninę.

W 1306 roku Bruce wychodzi z komnat, zabija rywala do tronu i koronuje się na króla Szkocji. Reakcja Edwarda I jest natychmiastowa i bezwzględna: władca wysyła przeciwko niemu najsilniejszą armię świata. W tym momencie film zamienia dworską grę w nerwowy, brudny marsz przez krajobraz wojny, w którym cena ambicji ma ciężar metalu i błota.

Surowość zamiast blichtru: film, który celowo unika hollywoodzkiego glamu

Król wyjęty spod prawa
mat. prasowe

„Król wyjęty spod prawa” (Outlaw King) to dramat historyczny z 2018 roku, trwający 121 minut, wyreżyserowany przez Davida Mackenziego, twórcę nominowanego do Oscara za „Aż do piekła” (2016). Tu nie ma rozbuchanego romantyzmu, jest za to kameralność: opowieść o człowieku, który przez większość czasu ucieka, ukrywa się i próbuje przetrwać, a mimo to nie rezygnuje z oporu.

Film obejmuje wczesny etap tej historii, lata 1304–1307. Bruce, zamiast rosnąć w siłę w rytmie klasycznego mitu o bohaterze, często działa z garstką wiernych, organizując opór krok po kroku. Bitwy są krwawe i pozbawione ozdobników, jakby reżyser celowo zdjął z nich wszelką warstwę upiększenia. To propozycja dla tych, którzy w kinie historycznym szukają faktury, a nie pocztówkowej elegancji.

Obsada, która nadaje historii nerw i klasę

Król wyjęty spod prawa
mat. prasowe

Na pierwszym planie stoi Chris Pine jako Robert I Bruce. To rola oparta na determinacji i fizycznej wiarygodności, bez efekciarskich skrótów. Partneruje mu Florence Pugh jako Elizabeth de Burgh, żona Bruce’a, której ekranowa obecność jest wyczuwalna nawet wtedy, gdy scenariusz nie daje jej wielu przestrzeni.

obsadzie są też Aaron Taylor-Johnson jako James Douglas oraz Stephen Dillane jako Edward I, do tego Billy Howle, Sam Spruell, Tony Curran, James Cosmo i Callan Mulvey.

Otwarcie jak długie ujęcie oddechu, a potem emocje bez domknięcia

Król wyjęty spod prawa
mat. prasowe

Jednym z najmocniej wyróżnionych elementów filmu jest otwierająca sekwencja: długie, nieprzerwane ujęcie trwające kilkanaście minut, w którym Robert Bruce negocjuje z Edwardem I. Ten początek działa jak precyzyjnie skomponowana scena w teatrze: skupiona na napięciu, spojrzeniach i układach sił.

„Król wyjęty spod prawa” miał premierę na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Toronto we wrześniu 2018 roku, a na Netflix trafił 9 listopada 2018. Odbiór był mieszany: na Filmwebie film ma ocenę 6,5/10. Doceniano zdjęcia, otwarcie i intensywność bitew, a jednocześnie wskazywano, że finał nie domyka historii w satysfakcjonujący sposób. Po pokazie na TIFF David Mackenzie miał skrócić film o 20 minut i przerobić kilka scen przed premierą na Netflix.

Mimo tych zabiegów to nadal seans, który potrafi wciągnąć właśnie dlatego, że nie udaje legendy. Zamiast spiżowego pomnika dostajemy opowieść o decyzjach podejmowanych w cieniu, o konsekwencjach, które nie mieszczą się w jednym triumfalnym kadrze, i o Szkocji, której losy na chwilę zawisły na odwadze jednego człowieka.

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca. Bądź na bieżąco! Obserwuj nas w Google
Reklama
Reklama
Reklama
Loading...