Jeśli wierzyć futurologom, już wkrótce ludzi zastąpią maszyny i wiele sfer naszego życia zostanie całkowicie zautomatyzowanych. Ale spokojnie – profesjonaliści w swoich dziedzinach wciąż są celem poszukiwań headhunterów, również w branży mody. Wraz z jej rozwojem pojawiły się nowe zawody. Jednym z nich jest movement director, czyli reżyser ruchu. W Polsce mało kto słyszał o takiej funkcji, ale w Londynie, Paryżu czy Nowym Jorku osoba, która ją pełni, jest na planie sesji zdjęciowej równie ważna co makijażysta, fryzjer czy stylista. – Movement director to prawa ręka fotografa. Na przykład duet Inez & Vinoodh od lat pracuje z pionierem reżyserii ruchu Stephenem Gallowayem – tłumaczy Pat Bogusławski. Pochodzi z Łodzi, ma 27 lat, a na koncie współpracę z kultowym ShowStudio Nicka Knighta i czołowymi magazynami o modzie, takimi jak francuski „Numéro”, brytyjskie ELLE czy włoski i chiński „Vogue”. Oraz imponującą ścieżkę kariery, która zaczęła się od tańca. – Długo szukałem swojej drogi. Od 16. roku życia tańczyłem, jednocześnie chodziłem do szkoły artystycznej w Łodzi, chciałem nawet zdawać na ASP. Wolałem jednak wyrażać emocje ciałem, dlatego wybrałem taniec – opowiada Pat. Jednak nie na długo. Wkrótce odezwał się do niego właściciel agencji Model Plus Darek Kumosa, który zaproponował mu podpisanie umowy. – Wróciłem wtedy z tournée z Amsterdamu, chciałem poznać świat z innych perspektyw. Postanowiłem zrobić sobie przerwę. Już jako nastolatek oglądałem pasjami Fashion TV, czytałem francuskiego i włoskiego „Vogue’a”. Czułem, że będę związany z modą – mówi Pat. Dzięki pracy modela zaczął poznawać fotografów, stylistów. – Nie chciałem tylko pozować i prezentować ciuchy. Dużo czasu spędzałem wtedy z Zuzą Krajewską, która bardzo przybliżyła mi świat fotografii. Potem zainteresowałem się teatrem, chodziłem do Nowego Teatru na wszystkie spektakle. Wymyśliłem, że chciałbym zostać aktorem. Próbowałem dostać się do szkoły teatralnej w Warszawie, Krakowie i Łodzi, ale nosiłem wtedy aparat ortodontyczny, miałem wadę wymowy, na egzaminach usłyszałem, że jestem za stary (miał wtedy 24 lata). Po trzech podejściach odpuścił. – Traf chciał, że odezwała się do mnie moja była bookerka, która przeniosła się do agencji Elite w Londynie. Postanowiłem zaryzykować i wyjechałem z Polski. Dobrze mi szło, pozowałem do lookbooka i wziąłem udział w pokazie Alexandra McQueena. Robiliśmy go w starym kościele niedaleko Leicester Square. Pamiętam, że na próbę generalną przyszła Sarah Burton, dyrektor kreatywna marki. W pewnym momencie wściekła się, kazała zatrzymać próby, zaczęła kogoś szukać. Podeszła do mnie, podziękowała za to, że tak świetnie się poruszam, i kazała przejść, żeby inni modele zobaczyli, jak powinno się prezentować jej kolekcję.