Moja koleżanka po fachu wyznała kiedyś, że ma ambiwalentny stosunek do umawiania się na wywiady do jednego ze słynnych chirurgów plastyków, bo ten za każdym razem zwraca jej uwagę na coś do poprawki. Było to niemal dekadę temu, o medycynie estetycznej kręciło się wtedy programy telewizyjne, a specjaliści z tej dziedziny mieli status celebrytów, więc jako początkująca dziennikarka urodowa tłumaczyłam to zawodową przypadłością. Dziś wiem, że podejście lekarza do pacjenta to główny wyznacznik jego profesjonalizmu.

Mniej znaczy więcej

Dobry specjalista nigdy nie zachęca do nadmiernej ingerencji, wręcz przeciwnie, będzie namawiał do subtelnych, ledwie widocznych na pierwszy rzut oka zmian (co nie do końca jest po myśli pacjentek, ale o tym za chwilę), za to takich, które zdecydowanie poprawią kondycję skóry (jej gęstość, napięcie, koloryt), pobudzą do samoodnowy (zabiegi biostymulujące i biorewitalizujące) i zadbają również o aspekt zdrowotny (zamknięcie naczynek, usunięcie znamion).

– Kobiety, które do mnie przychodzą w bardzo konkretnym celu, najczęściej by powiększyć usta lub zlikwidować zmarszczki, często wychodzą z gabinetu z kompleksowym planem działania, który ma sprawić, że będą wyglądały lepiej – mówi Agnieszka Bliżanowska, dermatolog i członkini Polskiego Towarzystwa Dermatologicznego z 20-letnim doświadczeniem. – Jako lekarz, ale i specjalista medycyny estetycznej tłumaczę, że rozprasowywanie lwiej zmarszczki może być wisienką na torcie, gdy już poprawimy owal twarzy, nawilżymy skórę mezoterapią, wypełnimy bruzdę nosowo-wargową, która odpowiada za wrażenie smutnych rysów itd. – tłumaczy Bliżanowska.

Jeśli nie wiesz, jak poruszać się w salonowym menu, pełnym niejasnych nazw urządzeń i zabiegów, cenna wskazówka: szukaj tych ze słowem „fresh” w nazwie. Na przykład „Fresh Look” w warszawskiej klinice Wellderm to autorskie ostrzykiwanie twarzy toksyną botulinową, która zamiast być podawana w tradycyjny sposób w jedno miejsce w większej dawce, jest serią mniejszych iniekcji w różnych obszarach twarzy. Zamiast słynnego efektu „zmrożenia” mimiki uzyskuje się wrażenie zrelaksowanego wyglądu, jakbyś przed chwilą wróciła z wakacji. Innym przykładem jest „Fresh Lift”, którym chwali się warszawska DermClinic. – W zabiegu używam dwóch preparatów. Mieszając je w odpowiedni sposób uzyskuję nawilżoną, odświeżoną, ujędrnioną i napiętą skórę, a do tego lepszy kontur twarzy i pięknie uniesiony owal. Po skóra wygląda na wypoczętą, a cały zabieg opóźnia proces starzenia – mówi jego autorka (procedura została przez nią nie tylko wymyślona, ale i opatentowana), dermatolog Iwona Marycz-Langner.

Trend na positive aging

Nowe podejście do zabiegów medycyny estetycznej wpisuje się w obecny trend na positive aging. Określenie to zyskało na popularności w ostatnich miesiącach dzięki książce „The Positive Ageing Plan” (Wydawnictwo Penguin Books), której autorką jest Victoria Dondos, jedna z najwybitniejszych brytyjskich lekarek medycyny estetycznej. W swojej publikacji skupia się na odpowiedzi na pytanie o złoty środek między naturalnym procesem starzenia (slow aging), a korzystaniem z medycyny estetycznej (anti-aging). Ważną częścią pracy, która pozwoliła lekarce na napisanie tej książki były przeprowadzone setki rozmów z kobietami o tym, co oznacza dla nich piękno. Wszystkie były w miarę zgodne twierdząc, że wcale nie chodzi o to, by wyglądać młodziej, ale bardziej świeżo, jak wypoczęta osoba. To dlatego efekt jej pracy na twarzach pacjentek jest często niezauważalny, choć zachwycający (można powiedzieć, że w bardzo francuskim stylu!). Dondos pisze o jeszcze jednej ważnej rzeczy: subiektywnym postrzeganiu siebie. Podkreśla, że na to, co widzimy w lustrze o poranku, nie wpływa tylko ilość wypełniaczy w twarzy, ale również poziom stresu, długość snu czy nawet częstotliwość uprawiania seksu. „Jedną z rzeczy, której się nauczyłam pracując w tym zawodzie jest to, że nigdy nie chodzi nam o to jak wyglądamy, a jak się czujemy” – mówi w wywiadzie z Heleną Gurowitsch, który ukazał się w brytyjskim wydaniu ELLE (09/2021) .

Na to co widzimy w lustrze o poranku, nie wpływa tylko ilość wypełniaczy w twarzy, ale też poziom stresu, długość czy nawet częstotliwość uprawiania seksu.

Uważny lekarz będzie chciał się dowiedzieć jak najwięcej nie tylko o twoich oczekiwaniach względem urody, ale i o tym, jaki styl życia prowadzisz (jeśli po zabiegu chcesz założyć kask i odjechać na rowerze, na pewno nie zaproponuje ci wypełniaczy). Gdy na konsultacji medycznej dostaniesz do ręki lusterko i pytanie: „Co widzisz?”, po którym lekarz pozwoli ci mówić, to znak, że trafiłaś w dobre ręce. – Lubię słuchać ludzi, patrzeć na ich twarze jak na rzeźby i wychwytywać charakterystyczne cechy, które sprawiają, że my to my – mówi Agnieszka Bliżanowska. A Victoria Dondos na łamach brytyjskiego ELLE zdradza: „Zastanawiam się nad stworzeniem inspirowanego Big Brotherem pokoju zwierzeń, umożliwiającego klientkom przemyślenie potencjalnych zabiegów”.

Przefiltrowane

Wymagamy od lekarzy, żeby nas słuchali, ale warto pamiętać, że na ostateczny efekt składa się praca dwóch stron. Jeszcze dekadę temu to specjalista wykonywał profesjonalną wizualizację i dzięki programowi graficznemu, niedostępnemu dla przeciętnej osoby, pokazywał, jak twarz będzie wyglądała po przeprowadzonych zabiegach. Dziś coraz więcej kobiet przychodzi do lekarza medycyny estetycznej z gotowcem: swoim zdjęciem z nałożonymi na twarz filtrami, które odmładzają jak nic innego oczekując, że efekt końcowy będzie identyczny lub przynajmniej bardzo zbliżony do tego, który widzą na ekranie smartfona. Takim oczekiwaniom trudno sprostać, jeszcze trudniej wytłumaczyć, że to, co wydaje się idealne w świecie wirtualnym, w rzeczywistości ideałem nie będzie. – Zamiast w lustrach przeglądamy się w telefonach, w których widzimy się cały czas en face. To co dobrze wygląda z przodu, np. duże usta, niekoniecznie będzie wyglądało dobrze z profilu – mówi dr n. med. Katarzyna Osipowicz z OT .CO Clinic.