„Najgorszą samotnością nie jest ta, która otacza człowieka, ale ta pustka w nim samym”, pisał Prus w „Lalce”. Bywasz samotna?

WIDEO

player placeholder

SANDRA DRZYMALSKA: Uczucie samotności towarzyszy mi, odkąd pamiętam.

Zastanawiałaś się kiedyś, skąd się wzięło?

Zobacz także:

Jestem dość indywidualistyczną jednostką. Jako dziecko miałam niskie poczucie własnej wartości. Trudno było mi się otworzyć, bo bałam się, że zostanę źle zrozumiana. Stąd rosła we mnie samotność. Ale ciekawe, że o to pytasz, bo w tym roku doświadczyłam rzeczy trudnej, jakiej nie doświadczyłam nigdy wcześniej, a co sprawiła intensywność mojej pracy i wchodzenie w role, przesunięcie zdjęć i planów filmowych. W pewnym momencie poczułam ogromną samotność, a nie była to samotność, do której przywykłam. Którą nawet lubię, bo zdążyłam ją oswoić, być z nią – samotność kontemplacyjna, nostalgiczna, czasem kreatywna. Ta nowa pojawiła się nagle i spowodowała dojmujące poczucie pustki. Samotność może być wypełniająca, pustka nigdy. Towarzyszył jej ból. I ja, będąc między planami „Violetty Villas”, a potem „Lalki” i znów „Villas”, właśnie z nią się zderzyłam.

Bo nie wiedziałaś już, kim jesteś?

Trochę tak. Nie potrafiłam zrozumieć, gdzie podziała się Sandra. Zazwyczaj wiem, do czego dążę, na czym mi zależy w życiu, kim jestem. I nagle się to rozmyło. Stałam się postaciami, a zapomniałam o sobie. I to było strasznie bolesne.

I dla aktora musi być to potwornie trudne.

Bardzo. Wypełniasz postać ogromnymi emocjami, doświadczeniami i w pewnym momencie zauważasz, że ciebie tam w ogóle nie ma.

Bo wszelkie emocje, które powinny pozostać prywatne, dla Ciebie już się skończyły.

Nie ma już dla nich miejsca. W pustce tej pojawił się więc oprócz bólu – żal. I pytanie: gdzie jestem? Bardzo trudne.

Jak zaczęłaś się z tej pustki wychodzić?

Silne emocje reguluję płaczem, choć jako dziewczynka bardzo się tego wstydziłam, a podkreślę, że byłam dzieckiem wrażliwym i płaczliwym. Więc i tym razem wszystko wypłakałam, i było mi trochę lżej. Po czym przyrzekłam sobie, że nigdy więcej nie doprowadzę siebie do stanu, w którym się pogubię. Że mam swoją tożsamość i nie równa się ona tożsamości bohaterek. Nie wyregulowałam się przed wejściem na kolejny plan, gdy siedziałam jeszcze mocno w postaci Villas. Myślę, że dwa miesiące po zakończonych zdjęciach – dziś, kiedy rozmawiamy – nadal jestem w procesie wychodzenia z roli, uspokajania się. Dopamina jest ogromna. Tym bardziej że potem nadal jej się szuka. Zabrano ci coś, czym karmiłaś swoją postać. I znowu pozostaje pustka.

Jesteś doświadczoną aktorką, z bagażem skomplikowanych ról na koncie, a jednak mogą zdarzyć się momenty, kiedy zostajesz wybita z rytmu.

Pamiętam, jak niedawno spotkała mnie na mieście koleżanka aktorka. Powiedziała: „Sandra, jak super, masz dwie świetne duże role”. Owszem, jestem za nie ogromnie wdzięczna. Ale odpowiedziałam jej wtedy: „Myślisz, że jestem przez to szczęśliwsza?”. Te słowa same ze mnie wypłynęły, nie analizowałam ich. Zrozumiałam, że praca daje mi satysfakcję i poczucie szczęścia, ale w tym momencie mojego osobistego szczęścia w tym nie było, bo tak bardzo skupiłam się na rolach, że sama zniknęłam. Szczęścia nie odnajdowałam nawet w rzeczach, które na co dzień mi je dają. Zgubiłam aktorską perspektywę obserwatorki, a przecież inspiracje czerpię z życia, sztuki, podróży. Nagle zabrakło miejsca na moje życie. A jednocześnie moje postacie rosły. Oddałam im ogromną część siebie.

Da się w ogóle wyregulować swój system emocjonalny w tej pracy?

Nie wiem. Nie uczą nas tego w szkole i wciąż zastanawiam się dlaczego. Ale myślę, że jeśli jest się aktorem, który wchodzi w postać głęboko, przeżywa ją, to wszystko w nim zostaje. Oddziałuje na ciało. A twoje ciało nie wie, że kłamiesz. Racjonalnie możesz sobie tłumaczyć, że to nie jest „twoje”, ale ciało wprowadzasz przecież w stan ogromnego wysiłku. Poczułam to pod koniec zdjęć do „Villas”, gdy rano jechałam na plan, moje ciało jakby się przed tym broniło, tak było zmęczone. Ciekawe doświadczenie. Jednak jestem też perfekcjonistką, okropnie ambitną i krytyczną wobec siebie. Nie potrafię odpuszczać, choć się uczę, bo wiem, że jest mi to potrzebne.

Co jest w odpuszczaniu najtrudniejsze?

Poczucie odpowiedzialności. Potrafię przestać spać, myśleć o czymkolwiek innym. Czuję napięcie w twarzy i wtedy rozpoznaję, że ciało informuje mnie, jak ogromny ciężar i stres na siebie wzięłam. Że mój układ nerwowy jest przebodźcowany i jeśli podejmę kolejne działania, źle się to dla mnie skończy. A ja jestem osobą, która nawet w takiej chwili się dociska. Zwróciła mi na to uwagę ostatnio moja agentka. Chodziło o prawo jazdy. Zapytała: „Czy ty w ogóle jesteś teraz na to gotowa?”, biorąc pod uwagę fakt, że we wrześniu wchodzę na kolejny plan, który wymaga wielu trudnych przygotowań. I choć reżyserka jest bliską mi osobą, gdy napisałam jej, że muszę trochę przystopować z przygotowaniami, czułam, że zawodzę. Mnie to boli, choć wiem, że podejmuję najlepszą dla siebie decyzję.

To jest ta Twoja granica?

Tak. Wiem, że gdybym nie była po trudnych zdjęciach w tym roku, prawdopodobnie podjęłabym się tych przygotowań, ale nie mam teraz na to przestrzeni. Wolę skupić się na roli i postaci, temu oddać energię niż technicznym przygotowaniom. Daję z siebie tyle, ile mogę, ale jednocześnie staram się dostrzegać i szanować własne granice.

Granice, które z trudnością stawiasz sobie, umiesz postawić innym?

Potrafię coraz częściej. Gdy zaczynałam grać w serialach, filmach, miałam 21 lat. Zgadzałam się wtedy na wszystko. Ale czułam też protekcjonalne traktowanie. Wyglądałam jak dziecko – grałam zazwyczaj 13–15-latki. I tak też do mnie podchodzono. A może tego wtedy oczekiwałam? Takie traktowanie było mi potrzebne?

Bo 21-latki to wciąż jednak nadal dzieci...

No tak. Trudno było więc stawiać granice, balansowałam więc wielokrotnie na granicy zdrowia i bezpieczeństwa. Z biegiem czasu, wraz z nowymi doświadczeniami, większą uważnością na siebie i terapią, odbudowaniem własnej wartości i poczucia ważności wobec siebie, zaczęło się to jednak zmieniać. Zrozumiałam, że zdrowie jest najważniejsze, bez niego nic nie zrobię. I tak zaczęłam stawiać granice, a także wymagać, bo wiem, na czym mi zależy i jakie narzędzia są mi potrzebne do osiągnięcia celu.

Jakie to narzędzia?

Choćby 10-godzinna przerwa między zdjęciami, żebym mogła się zregenerować. Gdy zdarza się, że pracuję na planie 16 godzin, nie mogę pozwolić, żeby transport był przyspieszony o pół godziny. Nikomu na dobre nie wyjdzie to, że będę siebie nadużywać. Aktorstwo jest wymagającym zawodem. Nie chcę doświadczać konfliktów, manipulacji, przemocy. Gdy ktoś traktuje mnie bez szacunku, najpierw mam moment zamknięcia, ale po chwili wracam na swoje tory i wiem, że to nie moja wina. Że muszę zadziałać. Oczywiście ja też nie jestem kryształowa. Znam swój kąśliwy żart. Niektórzy go rozumieją, inni nie. Zdarzało się, gdy przegięłam, ale kiedy orientuję się, że kogoś ten humor może zaboleć, przepraszam.

Mam wrażenie, że „Twoja” Izabela w „Lalce” Netfliksa jest do Ciebie podobna. Nakreślona okiem reżysera Pawła Maślony i scenarzysty Pawła Demirskiego, jest reinterpretacją bohaterki Prusa. Izabela ma silną wolę walki o siebie i swoją przyszłość. Gdy po raz pierwszy przeczytałaś scenariusz, co pomyślałaś?

Byłam wtedy w samochodzie. Scenariusz pochłonęłam jednym tchem. Spojrzałam na mojego partnera i powiedziałam: „Świetne, bardzo chciałabym zagrać w tym serialu”. Od razu podchwyciłam konwencję, energię, żart, charakter postaci – bardzo mocny i zróżnicowany. A potrafię poczuć postać od razu. Wciąż byłam przed zdjęciami próbnymi, do roli zgłosiło się wiele zdolnych aktorek. Aż zadzwonił do mnie Paweł Maślona – nadal w to nie wierzyłam. Wkrótce spotkałam się na planie z niesamowitymi ludźmi, to było zestawienie niezwykłych osobowości. Po raz pierwszy doświadczyłam też kolektywnego wsparcia. Pamiętam jedną ze scen, w których grałyśmy z Julką Wyszyńską. To scena, w której Izabela nie miała płakać, a mnie ciekły łzy, bo Julia grała w tak dojmujący sposób. To, co miało pojawić się na ekranie, było nam bardzo bliskie, więc dobrze wiedziałyśmy, o czym mówimy, z czym się mierzymy, że to „Lalka” nasza, współczesna, bo jako kobiety wciąż doświadczamy zmagania ze wstydem, chęcią powiedzenia, czego tak naprawdę chcemy. Wciąż musimy walczyć o swoje prawa. Inna scena, tym razem Agnieszki Grochowskiej, też sprawiła, że płakałyśmy wszystkie – aktorki, statystki, obecne na planie kobiety. Była w tym wrażliwość, ale i ogromne zjednoczenie.

Niepokojąco wiele podobieństw możemy dostrzec w niektórych punktach między XIX a XXI wiekiem. Siostrzeństwo dziś w ogóle istnieje?

Myślę, że tak, ale agresywny feminizm przepchał wajchę w drugą stronę. Podłożem walk sufrażystek, a potem feministek, była idea równości pod każdym względem – wyborczym, miejsca w społeczeństwie, praw. Nagle wajcha się przestawiła i straciliśmy to z oczu. Pewne działania nie otwierają komunikacji, ale ją zamykają. Złość jest dobra, ale agresja wynika ze strachu i lęku. Widzę w debacie coraz więcej agresji. A tę trudno zaakceptować. Mężczyźni zostali odsunięci na drugi plan, niesłusznie. Powinniśmy się uzupełniać. Czytałam wspaniałą książkę „Baśń o uwalnianiu kobiecości” Marie-Louise von Franz, sekretarki i asystentki Junga. Bardzo dużo pisała o uzupełnianiu męskiej i żeńskiej strony wewnętrznej. Jeśli jako kobiety zaczynamy się w tym gubić i gromadzimy w sobie dużo męskich cech, przybieramy formę, która nie jest „nasza”, nie jest prawdziwa. Musimy znajdować w sobie równowagę. Do tego jest potrzebne zrozumienie, empatia, a także otwartość, chęć spojrzenia na drugiego człowieka w czulszy sposób. Jakby trudno było zaufać dziś nam, feministkom, że kobiecość ma siłę.

Stąd w kręgach wiele nieporozumień, które prowadzą do nieoczekiwanych zmian społecznych.

Zwracam uwagę, jak komunikują się kobiety w sieci. Jakie komentarze potrafią zostawić pod zdjęciami innych. Nawet mając świadomość tego, że wszystkie zmagamy się z różnymi kultami, w tym kanonu piękna. Rodzi się zawiść. Znam kobiety, które nie lubią innych kobiet. Często wynika to z trudnej relacji matki z córką, ale da się nad tym pracować. Tak mi się wydaje. Poza tym nie rozumiem, jak ludziom może się wydawać, że w internecie są anonimowi. Nie są. Mało kto dziś czuje odpowiedzialność za swoje słowa. A te mają ogromną moc. No i zauważyłam, że to kobiety wychwytują natychmiast jakiekolwiek zmiany u innych kobiet. Zdarzyło mi się wielokrotnie, że to kobiety komentowały mój wygląd. Zaczynając od wagi, tego, że jestem drobna, a kończąc na tym, że wyglądam na zmęczoną.

A nikt przecież o zdanie nie pytał...

Właśnie. Ja wtedy czuję, że moja wartość zależy od tego, jak wyglądam. Same sobie to robimy. Ja bardzo lubię ładnie wyglądać, uwielbiam ubrania, nie ma w tym nic złego. Ale jeśli chodzi o ocenianie człowieka z perspektywy wyglądu, to przywiązujemy do tego zbyt wielką wagę.

Na dodatek wciąż to komentujemy.

Zdarza mi się, że zachwycę się kimś na ulicy, potrafię powiedzieć tej osobie, że jest piękna. Ale to piękno wynika z wnętrza, magnetyzmu, charyzmy. Rzadko to ma coś wspólnego z oczywistym, szeroko pojętym pięknem.

Jak takie osoby reagują?

Ciekawie. Mężczyźni są podejrzliwi, od razu szukają podtekstu, trudno im przyjąć komplement. Są zmieszani. Kobiety mówią „dziękuję”, ale widzę je zawstydzone. Czym piękniejsza kobieta, tym bardziej w to nie wierzy.

A Ty? Uwierzyłaś w to, że jesteś piękna?

Ja o tym w ogóle nie myślę... Nawet jako dziewczynka nigdy nie pomyślałam o sobie, że jestem ładna. Ale do wszystkich zmian, nawet wizualnych, wyboru ubrania, motywowało mnie moje wnętrze, nie aspekt zewnętrzny.

Skoro mówisz o ubiorze, jak ważny jest kostium w roli XIX-wiecznej panienki? Ten, nad którym pracowałaś z Dorotą Roqueplo, ustawił Ci postać Izabeli?

Bardzo. Nie tylko postać, lecz także Sandrę. Uwielbiałam ten kostium, w epoce był potrzebny, ale niełatwy do noszenia. Dorota Roqueplo jest niesamowitą artystą, suknie, które widzimy na ekranie, zostały uszyte przez krawcową Lilkę na mnie na miarę. Stworzyła prawdziwe dzieła sztuki. Na miarę powstały też buty i gorset. Niektóre materiały pochodzą oryginalnie z XIX wieku, tak jak i jedwabne wstążki. Dbałość o każdy szczegół jest niezwykła. Gdy ubrałam gorset po raz pierwszy, nie mogłam w nim oddychać, był wciąż sztywny. Przymiarki trwały po trzy-cztery godziny, aż pewnego razu gorset tak nacisnął na nerw, że ścierpła mi noga. Utrata czucia trwała kilka dni. Wkrótce okazało się, że to nie gorset będzie największym wyzwaniem, ale waga kostiumów.

No tak, nie myśli się dziś, jakie ciężary musiały dźwigać każdego dnia XIX-wieczne kobiety. W sensie dosłownym.

A na ekranie wyglądamy, jakbyśmy płynęły. I choć taki kostium buduje rolę, jest bardzo pomocny, to po kilkunastu godzinach na planie wyraźnie obciąża ciało. A kobiety chodziły w tym każdego dnia. Jak wspaniale, że żyjemy w dzisiejszych czasach! Nasze ciała przestały być do takiej mody przystosowane. Dziś mamy ogromny komfort ubioru, co też zawdzięczamy sufrażystkom i feministkom. Strój się zmieniał, w kobiecej garderobie pojawiły się spodnie. Doświadczenie tego na sobie było jednak czymś niezwykłym. Sam fakt innej pracy stóp, zmniejszenia ściśniętej talii, przesuwania organów w dół, co jest nieprzyjemne. A one w tym żyły, wychowywały dzieci, dbały o dom.

To ciało było wówczas bardzo dyscyplinowane. Ale dzisiaj jest podobnie – gorsetem stały się social media.

Traktowanie przez nas ciała to ciekawy temat. Bo ani wtedy, ani dzisiaj nie zrozumieliśmy, że ciało służy do tego, żebyśmy żyli, funkcjonowali, byli, doświadczali, również przyjemnych rzeczy. Ale i ja czasami nie jestem dla siebie dobra. Kiedyś ciało było zdyscyplinowane gorsetem. A wtedy nie można dużo zjeść. Trend heroin chic, który znów wrócił, to nie był wymysł lat 90. Ale Hollywood też ma wielki wpływ na to, jak postrzegamy siebie. Dziś mamy kult nazbyt wysportowanej sylwetki i jedzenia białka. I nawet ja się na to złapałam, choć przez pół życia w ogóle nie myślałam o białku, a jakoś funkcjonowałam. Jednak wszyscy mamy tendencję do torturowania swojego ciała – ja też – by doprowadzić je do jakiegoś kanonu. A przecież powinniśmy o nie dbać, nie terroryzować.

Nie jesteśmy dobrzy dla swoich ciał.

Brakuje nam luzu, więc de facto wciąż jako kobiety ściskamy się jakimiś gorsetami. Ktoś na nas patrzy. Ktoś nas ocenia w mediach społecznościowych. Przez to przestajemy ufać swojemu ciału. Znam to, bo jako aktorki jesteśmy często oceniane. Ja słowa: „Schudłaś”, „Czy wszystko w porządku?”, „Jadłaś?”, słyszę co najmniej raz dziennie. Nie ukrywam, że w przeszłości doświadczyłam zaburzeń odżywiania i słuchanie tego, że schudłam czy przytyłam, jest dla mnie niekomfortowe. Takie słowa zostają w głowie, zaczynasz je analizować, bo zaburzenia odżywiania są mocno powiązane z poczuciem własnej wartości, a ciało i głowa szybko potrafią wrócić do tych mechanizmów. Nagle znów okazuje się, że moją wartością nie jest to, co mam do zaoferowania, moje wnętrze, to, jaką jestem osobą, ale jakim ciałem jestem. Pilnujmy siebie, nie każdą rzecz trzeba wypowiadać głośno, nie wiemy, co osoba, do której kierujemy swoje uwagi, właśnie przeżywa. U kobiet wahnięcia wagi pojawiają się przez całe życie. Wpływ na to ma czas cyklu, hormony, leczenie. Ale skoro ciało jest zdrowe, to kilka kilogramów więcej albo mniej naprawdę ma jakieś znaczenie? Chcę na to uwrażliwić ludzi, bo dla mnie samej jest to trudne. Bądźmy uważni na drugiego człowieka.

A czym w takim razie jest ciało dla Sandry aktorki? Umiesz oddzielić ciało „prywatne” od „zawodowego”?

Wydawało mi się, że umiem, bo jeśli chodzi o sceny intymne, to świetnie sobie z nimi radzę. Mamy ustaloną choreografię, więc przypomina to taniec. Poza tym na planach pojawiły się koordynatorki do spraw intymnych i są to często najbezpieczniejsze sceny. Zawsze pracuję z tą samą koordynatorką, której bardzo ufam, wie, jaka jestem, czego potrzebuję. Ale jeśli pytasz o wprowadzanie ciała w stany emocjonalne, bywam dla siebie okrutna, bo moja głowa wie, że coś nie jest prawdą. Ale ciało już nie. I często wiem, że w pewnych momentach kolejny dubel może nieść spore konsekwencje. Zdarzyło się kilkukrotnie, że nie powiedziałam „stop” w odpowiednim momencie, więc ciało zareagowało atakiem paniki. Dziś dobrze je znam, tak jak i jego możliwości, i wiem, kiedy powiedzieć: „Mamy na to dwa-trzy duble”. Reżyserzy też pytają, czy dam radę zrobić jeszcze jedno ujęcie. A ja nigdy nie powiem przecież, że nie dam rady. Jako aktorzy naginamy ciała. Ale to wynika z miłości do tego zawodu. A zawód jest kosztowny.

Potrafisz siebie nagradzać za takie poświęcenie?

Staram się. Dużo podróżuję. Zbieram doświadczenia, bo to ważna część mojego zawodu, aktor to żywy organizm. I jeśli przestaniesz nad sobą pracować, inspirować się, poznawać świat, inne kultury, ludzi, sztukę, nie doświadczysz rozwoju. Fascynują mnie ludzkie mechanizmy. Psychologia. Swoje obserwacje wprowadzam do aktorstwa. Więc jestem ciekawska, a jednocześnie mocno lękowa. Rozmawiałam o tym z terapeutką, która wyjaśniła mi, że to dwie cechy napędzające rozwój. Zgłębiam to, co mnie ciekawi, a także to, czego się boję – żeby to zrozumieć, ujarzmić. Annie Ernaux w swoich książkach pisze, że lęk trzeba rozkładać na czynniki pierwsze.

To zapoznanie z lękiem Cię z nim oswaja?

I wprowadza wewnętrzny spokój.

A czego boisz się w takim razie w kinie?

Braku gustu. I coraz częściej się z tym spotykam.

Co ten brak gustu oznacza?

Uważam, że polskie kino jest w całkiem niezłej kondycji. Każdego roku nasze nowe produkcje pojawiają się na najważniejszych światowych festiwalach, choć Polska nie jest wielkim krajem, twórców też nie mamy znowu tak wielu, za to sukcesów na arenie międzynarodowej coraz więcej. Obserwuję jednak taką tendencję, że ludziom zaczynają się podobać rzeczy niewymagające myślenia. Uważam, że dobry gust łączy się z wrażliwością. W szkole nikt nas nie uwrażliwia na piękno. Nie skupiamy się na subtelnościach. W dobie mediów społecznościowych, internetu wszystko musi być szybko, powodować wyskok dopaminy. Ma być intensywnie, a niekoniecznie niesie to za sobą wartość, uniwersalną prawdę. I to mnie martwi – zalew bezmyślnej rozrywki. Oczywiście ja też lubię czasami oglądać złe kino – ale tak złe, że staje się swego rodzaju fenomenem.

To teraz odwrócę pytanie – co w kinie kochasz?

Choćby to, że przy takich produkcjach jak „Lalka” mogę odbyć spotkania z ludźmi, które są wyjątkowe. Daje mi to wiarę w drugiego człowieka. Na planie realnie stawaliśmy się przy sobie lepsi. Albo fakt, że po tym, jak obejrzę wspaniały film, czuję, że staję się lepszym człowiekiem.

Po jakim filmie ostatnio to poczułaś?

Po „Hamnecie”. Pomyślałam wtedy, że sztuka towarzyszy nam w najbardziej dramatycznych sytuacjach w życiu. Bo ona daje nam siłę, może nas uskrzydlać, uwrażliwiać. „Hamnet” to dla mnie film o przeżywaniu traumy związanej ze stratą. Pięknie można o niej opowiedzieć na ekranie, obraz staje się spójny z tobą, twoimi doświadczeniami. Przeżywasz wtedy coś swojego. Tak dzieje się też z wystawami. Ogólnie ze sztuką. Sztuka pokazuje nam też niewygodną stronę – człowiek człowiekowi potrafi zrobić okropne rzeczy. Mówię to m.in. w kontekście Palestyny. Ta sytuacja jest dla mnie nie do pojęcia.

Świat nie reaguje.

To jest ogromny kryzys humanitarny, który dzieje się na naszych oczach. Kim są ludzie, którzy doprowadzają do czegoś takiego? Czy to w ogóle są ludzie? Bo co to znaczy być człowiekiem? Posiadać zasady moralne. I znów wracamy do nauki wrażliwości. Bo gdyby było w nas więcej miłości, to motywowałaby nas wewnętrznie. Człowiek naprawdę kochany przez drugiego człowieka nigdy nie doprowadzi do sytuacji, w której ktoś będzie cierpiał. Nie stanie się zły – właśnie dlatego, że doświadczył miłości. Gdybyśmy ciut więcej jej okazywali, uwrażliwiali się wzajemnie na piękno, czerpali z tego i dawali, byłoby nam dużo łatwiej. Mój tata zawsze mi powtarzał: „Sandra, być dobrym człowiekiem to znaczy nie krzywdzić”. Owszem, zdarzają się sytuacje, że możemy kogoś skrzywdzić nieświadomie. Ale jeśli ktoś robi to z rozmysłem, premedytacją, to nie wiem, gdzie w nim człowieczeństwo.

W takim razie, skoro wiem, co w kinie, to chcę wiedzieć, co w życiu kochasz najbardziej?

Ludzi, których spotykam, i możliwość rozwoju, którą mi dają. Ogólnie jestem szczęściarą. Szczęście daje mi natura. Zieleń. Choć wobec niej też potrafimy być okrutni. Ale miało być pozytywnie… Szczęście daje mi rozwój wewnętrzny. Wracam często do tego, że jestem sobie bardzo wdzięczna za to, że wykonuję ogromną pracę nad sobą. Mam na to siłę, bo to wymaga ogromnego wysiłku i odwagi. Każdego dnia chcę stać się choć odrobinę lepsza. To, że pracuję nad poczuciem własnej wartości, to efekt mojej ciężkiej pracy. Sprawia, że w życiu mam coraz piękniejsze doświadczenia. Jestem szczęśliwa.