Czasem o popularności filmu nie decydują nagrody, zachwyty krytyków ani imponujące wyniki w serwisach z ocenami. Wystarczy odpowiedni moment, ciekawy gatunek i historia, która dobrze sprawdza się podczas wieczornego seansu. „Dzień sądu” jest właśnie takim przypadkiem. Western z elementami kryminału i thrillera pojawił się w TOP 10 Netflixa, choć jego oceny pozostają raczej dalekie od zachwytu.
WIDEO…
Film ma na Filmwebie 4,2/10, a na IMDb 4,5/10. To wyniki, które raczej nie zachęcają do wpisania „Dzień sądu” na listę najlepszych produkcji roku. Widzowie Netflixa najwyraźniej mają jednak własne zdanie. Film przyciągnął uwagę publiczności i znalazł się wśród najchętniej oglądanych tytułów platformy.
To zresztą nie pierwszy raz, kiedy Netflix przypomina nam, że popularność i dobre oceny nie zawsze idą w parze. Niedawno podobną drogę przeszedł „Ostatni dom” z Wagnerem Mourą i Gretą Lee. Film spotkał się z ostrą krytyką recenzentów, na Rotten Tomatoes otrzymał zaledwie 27 proc. pozytywnych ocen, a mimo to został najchętniej oglądanym filmem na Netflixie na świecie - 27,5 mln wyświetleń.
Bo czasem chcemy po prostu włączyć film, który dostarczy nam dwóch godzin pościgów, pojedynków, tajemnic i bohaterów przemierzających zakurzone miasteczka Dzikiego Zachodu.
Szeryf, marszałek i kobieta, której wszyscy szukają

„Dzień sądu” zabiera widzów na Dziki Zachód, gdzie szeryf John Dorsey znajduje się w trudnym momencie swojego życia. Jego małżeństwo rozpada się, a stanowisko wisi na włosku. Kiedy pojawia się szansa na rozwiązanie sprawy, która może odwrócić jego sytuację, Dorsey łączy siły z bezkompromisowym marszałkiem USA Butchem Haydenem.
Ich celem jest Emily Rusk, kobieta poszukiwana przez wymiar sprawiedliwości. Problem w tym, że każde z nich ma własne metody działania, a wspólna misja szybko zaczyna wystawiać ich współpracę na próbę. Sytuacja komplikuje się jeszcze bardziej, kiedy na horyzoncie pojawia się mąż Emily i jego gang. W świecie, w którym prawo miesza się z zemstą, a każdy może mieć coś do ukrycia, bohaterowie muszą zdecydować, komu właściwie mogą zaufać.
To połączenie westernu, kryminału i thrillera sprawia, że „Dzień sądu” nie jest wyłącznie opowieścią o stróżach prawa i bandytach. W centrum znalazły się również konflikty między bohaterami, zdrady i pytanie o to, gdzie właściwie przebiega granica między sprawiedliwością a osobistą zemstą.
Zach Roerig i Billy Zane w obsadzie

W głównych rolach pojawiają się Zach Roerig („Pamiętniki wampirów”) oraz Billy Zane („Titanic”), a partneruje im Cara Jade Myers („Killers of the Flower Moon”). W obsadzie znaleźli się również Scott Adkins („Niezniszczalni 2”) i Trace Adkins.
Za reżyserię odpowiada Shaun Silva, który postawił na klasyczną westernową scenerię, pojedynki i historię opartą na konflikcie między bohaterami. Film trwa niespełna dwie godziny, więc sprawdza się jako stosunkowo szybka propozycja na wieczór dla osób, które mają ochotę na kino gatunkowe.
Nie jest to przy tym produkcja, która próbuje na nowo wymyślić western. „Dzień sądu” korzysta raczej ze sprawdzonych elementów gatunku: jest małe miasteczko, są poszukiwani przestępcy, stróże prawa, broń, konie i atmosfera nieustannego zagrożenia. Dla jednych będzie to jego największą zaletą, dla innych – powodem, dla którego film nie wyróżnia się na tle podobnych historii.
Dlaczego widzowie Netflixa wybierają właśnie ten film?

Przeciętne oceny „Dnia sądu” są interesującym kontrapunktem dla jego popularności. Filmweb 4,2/10 i IMDb 4,5/10 nie brzmią jak rekomendacja, którą można by umieścić na plakacie. A jednak produkcja znalazła się w TOP 10 Netflixa. Być może odpowiedź jest prostsza, niż mogłoby się wydawać.
Westerny mają tę przewagę, że potrafią zaoferować widzowi coś, czego brakuje wielu współczesnym produkcjom: konkretną, zamkniętą historię, wyrazistych bohaterów i świat, w którym konflikt jest widoczny niemal od pierwszej sceny. Do tego dochodzi klasyczna obietnica kina gatunkowego. Nie trzeba znać całego uniwersum, oglądać poprzednich części ani poświęcać kilku godzin na wprowadzenie do historii. Wystarczy usiąść przed ekranem i wejść w świat szeryfów, przestępców i porachunków.
Może więc właśnie dlatego „Dzień sądu” działa na Netflixie lepiej, niż sugerowałyby jego oceny. Nie każdy film oglądamy po to, żeby zachwycić się kinematografią. Czasem chcemy po prostu dać się porwać historii. A jeśli przy okazji dostajemy western, którego akcja rozgrywa się na zakurzonych drogach Dzikiego Zachodu, tym lepiej.
Jeśli więc szukacie na Netflixie filmu na jeden wieczór i macie ochotę na western z kryminalną zagadką, pościgiem i pojedynkami, „Dzień sądu” może być propozycją dla was. Oceny sugerują, żeby nie oczekiwać arcydzieła. TOP 10 pokazuje jednak, że widzowie platformy najwyraźniej nie potrzebują kolejnego oscarowego dzieła, aby się zrelaksować.



























