„Kolejny genialny pożeracz czasu”. Nie dziwię się, że ten serial jest w topce Netflixa
Zanim świat zakochał się w „Virgin River”, był „Everwood”. Kultowy serial sprzed lat właśnie podbija Netflixa i przypomina, dlaczego tak bardzo lubimy historie o ludziach, którym kibicujemy od pierwszego odcinka.

W ostatnich latach ogromną popularnością cieszą się seriale, które nie opierają się na spektakularnych zwrotach akcji, morderstwach czy końcach świata. Coraz częściej wybieramy historie o ludziach próbujących poukładać swoje życie, przeżyć stratę, odnaleźć miłość albo po prostu znaleźć swoje miejsce w świecie. Sukces „Virgin River”, „Firefly Lane” czy nawet „Kochanych kłopotów” pokazuje, że widzowie tęsknią za opowieściami, które dają poczucie bliskości.
Dziś Netflix przypomina o serialu, który robił to wszystko na długo przed erą streamingu. „Everwood” zadebiutował w 2002 roku, ale wiele tematów, które porusza, pozostaje zaskakująco aktualnych. Być może właśnie dlatego nowi widzowie odkrywają go dziś na nowo, a ci starsi wracają do niego z nostalgią.
O czym opowiada serial „Everwood”?

Głównym bohaterem serialu jest Andrew Brown, ceniony nowojorski neurochirurg, którego życie wywraca się do góry nogami po śmierci żony. Mężczyzna postanawia porzucić dotychczasowy świat i przeprowadza się wraz z dziećmi do niewielkiego miasteczka Everwood w Kolorado. To właśnie tam zaczyna się jego próba odbudowania relacji z nastoletnim synem Ephramem i młodszą córką Delią. Choć punkt wyjścia brzmi dramatycznie, serial bardzo szybko staje się czymś więcej niż opowieścią o żałobie.
To historia o dorastaniu, przyjaźni, pierwszych miłościach, rodzinnych konfliktach i codziennych wyborach, które kształtują nasze życie. Twórcy nie szukają łatwych rozwiązań ani tanich wzruszeń. Zamiast tego pozwalają bohaterom popełniać błędy, dojrzewać i zmieniać się na przestrzeni kolejnych sezonów. Dzięki temu „Everwood” ma w sobie autentyczność, której często brakuje współczesnym produkcjom.
Chcesz zobaczyć tę treść?
Aby wyświetlić tę treść, potrzebujemy Twojej zgody, aby YouTube i jego niezbędne cele mogły załadować treści na tej stronie.
Obsada, która dziś robi jeszcze większe wrażenie

Jednym z największych atutów serialu pozostaje obsada. W rolę doktora Browna wcielił się Treat Williams, tworząc jedną z najbardziej ciepłych i wielowymiarowych postaci telewizyjnych początku XXI wieku.
U jego boku występują Gregory Smith jako Ephram oraz Emily VanCamp jako Amy Abbott. Dla wielu widzów szczególnie interesujące może być jednak odkrycie młodego Chrisa Pratta. Na długo przed „Strażnikami Galaktyki” i hollywoodzką sławą aktor pojawił się właśnie w „Everwood”, gdzie gra sympatycznego i nieco zagubionego Brighta Abbotta.
Dlaczego ten serial tak łatwo pochłania czas?

Największą siłą „Everwood” jest to, że nie próbuje za wszelką cenę przyciągać uwagi widza. Nie ma tu sensacyjnych cliffhangerów co kilka minut ani nieustannego podkręcania napięcia. Zamiast tego dostajemy bohaterów, których problemy wydają się prawdziwe, relacje rozwijające się w naturalnym tempie i emocje, które nie potrzebują wielkich słów.
To właśnie dlatego jeden odcinek szybko zamienia się w trzy, a wieczorny seans przeciąga się do późnej nocy. „Everwood” przypomina, jak satysfakcjonujące potrafią być seriale, które po prostu dobrze opowiadają historie.
„Everwood” serial Netflixa nie tylko dla fanów nostalgii

Choć serial ma już ponad dwie dekady, nie jest propozycją wyłącznie dla tych, którzy pamiętają jego premierę. Wręcz przeciwnie. W czasach przesytu treściami i niekończącej się walki platform streamingowych o uwagę widza „Everwood” dostępny na Netflix wydaje się czymś wyjątkowo odświeżającym.
To serial ciepły, mądry i pełen empatii. Taki, który nie krzyczy, nie szokuje i nie próbuje być viralowy. Po prostu pozwala spędzić kilka godzin z bohaterami, którym zaczynamy kibicować niemal od pierwszego odcinka. A czasem właśnie tego potrzebujemy najbardziej.

