„Kolory zła: Czerń” już na Netflix. Obejrzałam nowy polski kryminał i mam mieszane uczucia [RECENZJA]
Wszyscy czekali na kontynuację kultowej „Czerwieni”, bo zapowiadała mocny polski kryminał. Tymczasem Netflix serwuje widzom klimat Kaszub i dobry start, ale finał pozostawia nieco do życzenia.

Netflix po raz kolejny zabiera widzów do świata stworzonego przez Małgorzatę Oliwię Sobczak. Po sukcesie „Kolorów zła: Czerwień” przyszedł czas na „Kolory zła: Czerń”, czyli drugą odsłonę kryminalnej serii z Jakubem Gierszałem w roli prokuratora Leopolda Bilskiego. Tym razem akcja przenosi się na Kaszuby, gdzie w cieniu lokalnych tradycji, rodzinnych sekretów i pięknych krajobrazów dochodzi do zaginięcia dziecka.
Po seansie zostałam z poczuciem, że oglądałam film, który miał wszystko, co potrzebne do stworzenia naprawdę mocnego kryminału. Nie wszystkie jednak zostały wykorzystane równie efektownie.
W tym artykule:
- „Kolory zła: Czerń” odsłaniają mroczne zagadki Kaszub
- Fabuła „Kolory zła: Czerń” balansuje między intrygą a schematem
- Jakub Gierszał pozostaje najmocniejszym punktem filmu
- „Kolory zła: Czerń” czasem sugerują zbyt wiele
- Czy warto obejrzeć „Kolory zła: Czerń” na Netflix?
„Kolory zła: Czerń” odsłaniają mroczne zagadki Kaszub
Jedną z największych zmian względem „Czerwieni” jest miejsce akcji. Trójmiasto ustępuje miejsca niewielkiemu kaszubskiemu miasteczku. To właśnie tutaj trafia Leopold Bilski, dla którego przeniesienie ma być zawodową karą po wydarzeniach z poprzedniej części.
Od pierwszych minut seansu czułam, że twórcy bardzo świadomie budują atmosferę. Jeziora spowite mgłą, ciemne lasy i małe, duszne społeczności tworzą idealne tło dla historii o zaginięciu dziecka. Kaszuby wyglądają na ekranie pięknie, ale jednocześnie niepokojąco. To jeden z tych tytułów, które najpierw uwodzą obrazem, a dopiero później pokazują, co kryje się pod powierzchnią.
Być może dlatego to właśnie klimat zrobił na mnie największe wrażenie. Lokalny folklor, religijność i ludowe wierzenia są obecne niemal w każdej scenie: dzięki temu „Kolory zła: Czerń” wyróżniają się na tle wielu polskich kryminałów.
Chcesz zobaczyć tę treść?
Aby wyświetlić tę treść, potrzebujemy Twojej zgody, aby YouTube i jego niezbędne cele mogły załadować treści na tej stronie.
Fabuła „Kolory zła: Czerń” balansuje między intrygą a schematem
Punktem wyjścia dla fabuły jest zaginięcie kilkuletniego chłopca podczas lokalnych dożynek. Piotruś jest synem Julii Sarman, popularnej autorki kryminałów, która po latach wraca w rodzinne strony. Sprawa szybko przywołuje wspomnienia innego zaginięcia sprzed dwóch lat, kiedy bez śladu zniknął mały Adam Poznański.
Leopold Bilski zaczyna dostrzegać powiązania między tymi wydarzeniami. Śledztwo prowadzi go przez sieć lokalnych zależności, przemilczeń i tajemnic, których mieszkańcy za wszelką cenę nie chcą ujawniać.
Brzmi to intrygująco i przez sporą część filmu rzeczywiście takie jest. Historia potrafi zainteresować, a kolejne tropy skutecznie zachęcają do dalszego oglądania. Kilka razy złapałam się na tym, że próbuję odgadnąć, kto stoi za wydarzeniami i jakie znaczenie mają pozornie niewinne szczegół: a o to przecież chodzi w oglądaniu kryminału.

Jakub Gierszał pozostaje najmocniejszym punktem filmu
Jeśli jest coś, co konsekwentnie działa w serii „Kolory zła”, to bez wątpienia postać stworzona przez Jakuba Gierszała. Muszę przyznać, że Bilski nie należy do najbardziej „efektownych” bohaterów współczesnych kryminałów. Nie jest błyskotliwym (a zarazem cynicznym) geniuszem ani charyzmatycznym outsiderem. Jest zmęczony, wycofany i nosi na sobie ciężar wcześniejszych doświadczeń. Właśnie dlatego wypada wiarygodnie.
Miałam wrażenie, że Gierszał po raz kolejny wyciąga z tej postaci więcej, niż zapisano w scenariuszu. Nawet kiedy dialogi zawodzą, jego obecność na ekranie utrzymuje uwagę widza.
Nieco mniej wyraziście wypadają natomiast relacje w moim odczuciu między bohaterami. W obsadzie pojawiają się Marianna Zydek, Andrzej Chyra, Robert Gonera, Beata Ścibakówna i Piotr Żurawski, ale wiele postaci pozostaje niedostatecznie rozwiniętych. Część z nich wydaje się istnieć wyłącznie po to, by dostarczać kolejnych informacji potrzebnych śledztwu.
„Kolory zła: Czerń” czasem sugerują zbyt wiele
Przez pierwszą godzinę byłam przekonana, że oglądam znacznie lepszy film niż „Czerwień”. Niestety później coraz częściej przebijały niedociągnięcia dobrze znane z poprzedniej części.
Scenariusz momentami wybiera najprostsze możliwe rozwiązania. Niektóre dialogi brzmią mało naturalnie, a część emocjonalnych scen wywołała bardziej moje zdziwienie niż zaangażowanie. Kilka rozmów sprawia wrażenie napisanych wyłącznie po to, by przekazać widzowi konkretne informacje.
Mam też poczucie, że twórcy nie zawsze ufają odbiorcy. Zamiast pozwolić samodzielnie łączyć fakty, często dopowiadają zbyt wiele: po starannie budowanej atmosferze oczekiwałam mocnego zamknięcia. Tymczasem zakończenie wydaje się... pospieszne i pozostawia niedosyt – nie dlatego, że stawia pytania bez odpowiedzi, ale dlatego, że wiele wątków zostaje rozwiązanych szybciej, niż mogłyby na to zasługiwać.

Czy „Kolory zła: Czerń” są więc lepsze od „Czerwieni”? Moim zdaniem tak. Kaszubska sceneria dodaje historii charakteru, klimat jest bardziej konsekwentny, a sama intryga przez większość czasu angażuje bardziej niż w pierwszej części.
Z drugiej strony nadal mam poczucie, że powieść Małgorzaty Oliwii Sobczak wydaje się bogatsza, niż sugeruje ekranowa adaptacja. Widać ambicję stworzenia polskiego kryminału z międzynarodowym rozmachem, ale scenariusz wciąż nie dorównuje w stu procentach atmosferze i obsadzie.
Czy warto obejrzeć „Kolory zła: Czerń” na Netflix?
Tak, jeśli lubicie polskie kryminały, historie o małych społecznościach i tajemnicach ukrywanych przez lata. Nowość od Netflix ostatecznie potrafi wciągnąć na pełne dwie godziny i ma kilka naprawdę udanych elementów.
Nie spodziewałabym się jednak produkcji, która zrewolucjonizuje gatunek albo na długo zostanie w pamięci. Dla mnie największą wartością okazały się Kaszuby, klimat i kolejna solidna rola Jakuba Gierszała. Po seansie bardziej pamiętam mgłę nad jeziorem, gęstą atmosferę i poczucie niepokoju niż samo rozwiązanie zagadki. Czasem to wystarczy, ale … czasem jednak chciałoby się dostać trochę więcej.


