Agnieszka Holland nie boi się trudnych tematów - to wiemy od dawna i "Obywatel Jones" (po ang. "Mr. Jones") jest tego kolejnym przykładem. To opowieść o młodym dziennikarzu, który zdobył sławę dzięki wywiadowi z Adolfem Hitlerem. Teraz Walijczyk, chcąc dowiedzieć się dlaczego Rosja może pochwalić się rozwijającą gospodarką (choć reszta Europy zmaga się z kryzysem), postanawia przyjechać do Moskwy, żeby porozmawiać z samym Stalinem. 

"Obywatel Jones" miał swoją premierę w konkursie głównym na 69. MFF w Berlinie, a w polskich kinach będzie wyświetlany od 25 października

Życie pisze najlepsze scenariusze filmowe? To nie tylko dotyczy gwiazd muzyki czy polityków. Tym razem głównym bohaterem jest dziennikarz, Gareth Jones. Młody Walijczyk pracuje w sztabie doradców premiera Wielkiej Brytanii Lloyda George’a. Niestety w Wielkiej Brytanii (jak i innych krajach zachodnich) panuje kryzys ekonomiczny i chociaż mężczyzna może pochwalić się głośnym wywiadem z Adolfem Hitlerem, to traci pracę. Jones ciekawy swoich spostrzeżeń na temat zaskakująco szybko rozwijającej się gospodarki ZSRS, przyjeżdża do Moskwy. Zaangażowany w sprawę, Gareth stara się o spotkanie z samym przywódcą, a także próbuje rozwikłać sprawę zabójstwa przyjaciela po fachu (przy okazji dowiaduje się nad czym pracował zmarły dziennikarz).

Brzmi jak początek dobrego filmu sensacyjnego, ale "Obywatel Jones" to coś o wiele więcej. Wydarzenia pokazane w filmie naprawdę się zdarzyły. Dlaczego warto to podkreślić? Bo jednym z tematów poruszonych w produkcji Holland jest Hołodomor, czyli wielki głód na Ukrainie. Temat ważny, ale często pomijany we współczesnej historii, a nawet niewygodny. Masowy głód na Ukrainie wywołany przez komunistyczne władze ZSRS (w celu przymusowej kolektywizacji rolnictwa) spowodował, że życie straciło 6–10 milionów ludzi. Gareth Jones jest świadkiem tych wydarzeń w 1933 roku. Reżyserka nie boi się pokazać opuszczonych wsi i jak (nadal żyjący) mieszkańcy "radzili" sobie z brakiem pożywienia. Niestety w takich sytuacjach ludzie są zdolni do wszystkiego, walka o przeżycie to dla nich jedyny i najważniejszy priorytet. Choć nie pojawiają się tu sceny mrożące krew w żyłach niczym z horroru, to świadomość tego i "proste" sytuacje oraz minimalistyczne kadry pokazują aż nadto. Ale to nie jedyny temat poruszony przez polską reżyserkę.

Drugi, a zarazem najważniejszy wątek to dziennikarze i ich rola w świecie. Gareth Jones to naiwny reporter szukający prawdy za wszelką cenę. Ułożony, dobrze wychowany i schludnie ubrany na pierwszy rzut oka nie wydaje się być idealnym kandydatem na herosa i dziennikarza śledczego. Pochopnie wyrusza na wyprawę do ZSRS i chyba myśli, że wszystko zawsze mu się uda. Jednak przyjazd do Moskwy pokazuje mu zupełnie inną rzeczywistość. Poznaje dziennikarzy, dla których ważniejszy jest układ (dla dobra własnego) lub tak bardzo wierzących w pewną ideę, że nie widzą drugiej strony medalu. Nie są bezstronni, co więcej, reporterów pilnują również agenci, a sąsiedzi chętnie przysłuchują się prywatnym rozmowom. Nasz bohater staje również przed ważną decyzją: poświęcić kilka osób dla dobra całego świata? Te rozterki są znane również i dziś. Fake newsy, interpretowanie rzeczywistości na swój własny sposób - to nadal, a zwłaszcza teraz, bardzo aktualny temat. Wystarczy włączyć popularne serwisy informacyjne. Ta sama historia interpretowana jest na tyle różnych sposobów. Mimo, że wydawałoby się, że dzisiejsza rozwinięta technologia i łatwy sposób dotarcia do informacji uniemożliwi przekazywanie obywatelom kolejnych kłamstw. W "Obywatelu Jonesie" mamy również walkę Goliata z Dawidem, w tym wypadku chodzi o wpływowego Waltera Duranta, korespondenta New York Timesa i zdobywcę Pulitzera (dziś uważa się, że jego artykuły były elementem stalinowskiej propagandy). Jednak wynik jest niejednoznaczny, biorąc pod uwagę dalsze losy obu dziennikarzy. 

Jest tu też sporo metafor i odniesień. Odbicia w lustrach i szybach, czerwone, wręcz piekielne niebo, białe i puste przestrzenie na Ukrainie (brawa dla zdjęć Tomasza Naumiuka, który pracował również na pokazywanym w Gdyni "Wszystko dla mojej matki"), czy w końcu sam George Orwell cytujący "Folwark zwierzęcy" - w rzeczywistości pisarz zainspirował się artykułami Jonesa. Holland tym wszystkim zwraca nam uwagę: niestety historia kolejny raz zatacza koło... czy ktoś podejmie się walki?

"Gdyby nie to, że zazwyczaj sprawdza się to, co mówię, to powiedziałabym, że kolejna wojna już się zaczęła…" - profetycznie zabrzmiały słowa Agnieszki Holland w Gdyni. Reżyserka poprzedziła projekcję swojego filmu kilkuminutowym osobistym przemówieniem. I udowodniła, że nawet kilkuminutowe zaproszenie na seans w jej wykonaniu z miejsca staje się publicystyką.

"Obywatel Jones" też nią jest. To historia dziennikarza ideowca zderzającego się z koszmarnymi realiami stalinowskiego świata. Jedzie zrelacjonować społeczny i polityczny eksperyment sowiecki, a wraca z obrazami apokalipsy, gdzie akty kanibalizmu zastąpiły chleb powszedni. Hołodomor jako skutek industrializacji rolniczej Ukrainy to jedna z największych zbrodni w historii ludzkości. Holland sięga po tę tragedię, wyciąga ją na wierzch, tłumacząc ją widzom po amerykańsku, epicko, z punktu widzenia zdeterminowanej jednostki. Dzięki temu jej film staje się nośnikiem prawdy, która ma szansę dotrzeć do powszechnej publiczności. Ten cel uświęca środki - nieco uproszczone, bo Holland używa zabiegów jak z przypowieści (Pan Hearst dający Jonesowi możliwość publikacji artykułu odgrywa tu rolę niemal dobrej wróżki czekającej w posiadłości, do której Jones musi się zakraść). Wzorcowa jest też droga heroicznego bohatera - od idealizmu, przez zaangażowanie, rozczarowanie, dylemat moralny aż po odważną walkę o prawdę. I jak w każdym dramatycznym pojedynku, jest tu też antagonista - Walter Duranty (świetny Peter Sarsgaard). Korespondent New York Timesa w Moskwie, który tak bardzo zaprzedał odpowiedzialność i uczciwość za opium i pozycję, że sam zdołał już uwierzyć w budowaną przez siebie fikcję. 

Agnieszka Holland nie chciała już zabierać się za kolejną tragedię XX wieku, była nimi wyczerpana, do czego przyznała się w kilku wywiadach. "Obywatela Jonesa" postanowiła jednak wskrzesić, bo przekonała ją aktualność historii ze scenariusza Andrei Chalupy. "Ten film to nie jest przestroga. On powinien obudzić w nas empatię i wyobraźnię. Przypomnieć, do czego prowadzi nienawiść, bo wydaje się, że zbyt szybko o tym zapomnieliśmy. Są czasy lęku, czasy niepokoju. Wkrótce takie czasy nastąpią. Popatrzmy na ten film, jako na taki, który stawia aktualne pytania. Czym są fake newsy? Czym są media? I kto oprócz dziennikarzy ma obowiązek być odważnym? Filmowcy. Filmowcy też mają taki obowiązek" - powiedziała Agnieszka Holland, zanim oddała głos echom Garetha Jonesa.