Medycznych seriali w streamingowej ofercie nie brakuje. „Ostry dyżur”, „Chirurdzy”, „Na dobre i na złe”, „Dr Larsen”, nowy „SOR” od TVP i Prime Video, a do tego genialny „The Pitt”. Przez lata poznaliśmy szpitalne korytarze, sale operacyjne i lekarzy, których życie zawodowe rzadko kończy się wraz z dyżurem. Można by pomyśleć, że ten gatunek nie ma już przed nami wielu tajemnic. A jednak „Znieczulenie”, nowy polski serial Netflixa, pokazuje, że wciąż można opowiedzieć o medycynie coś świeżego. I zrobić to w sposób, który zostaje z widzem na dłużej.
WIDEO…
Przekonałam się o tym już podczas pierwszego odcinka. Oglądałam serial z moją mamą, która od 50 lat pracuje jako pielęgniarka anestezjologiczna. Tematy medyczne towarzyszą mi więc od dzieciństwa i nie robią na mnie aż takiego wrażenia, ale tym razem obie siedziałyśmy przed ekranem z wyjątkowym napięciem. Bo moja mama, to co zobaczyła na ekranie, zna z autopsji. A ekipa „Znieczulenia” wyjątkowo dobrze zadbała o prawdziwość obrazu i odrobiła lekcję z medycyny.
Recenzja nie zawiera spoilerów.
Już pierwszy odcinek stawia widza w sytuacji, o której na co dzień raczej nie myślimy. Dochodzi do poważnego wypadku komunikacyjnego. Na miejscu jest wielu rannych, a personel musi błyskawicznie zdecydować, komu pomóc w pierwszej kolejności. I nagle razem z bohaterami zaczynamy zadawać sobie pytania: co teraz? Od czego zacząć, kiedy skala jest tak wielka? Kto potrzebuje pomocy natychmiast, kto może poczekać trzy minuty, a kto dziesięć? Jak podejmować decyzje, kiedy każda kolejna sekunda może zaważyć na czyimś życiu?
„Znieczulenie” od pierwszych chwil wciąga w tę rzeczywistość. Nie pozwala wygodnie usiąść na kanapie i potraktować szpitalnych dramatów jak kolejnych telewizyjnych historii. Przypomina, że za każdym przypadkiem medycznym stoi człowiek, jego historia i bliscy, a za każdą decyzją lekarza - odpowiedzialność, której nie da się łatwo odłożyć po zakończonym dyżurze.
„Znieczulenie” na Netflixie. To nie tylko serial o pacjentach, ale przede wszystkim o lekarzach
Przywykliśmy do pewnego schematu opowieści medycznych. Wystarczy wspomnieć „Na dobre i na złe”, gdzie w centrum uwagi najczęściej znajduje się pacjent, jego choroba, diagnoza i walka o zdrowie. W „Znieczuleniu” perspektywa jest inna. Oczywiście ludzkie życie pozostaje najważniejsze, ale tym razem kamera mocniej przygląda się tym, którzy mają je ratować.
Szpital nie jest tu wyłącznie miejscem, w którym lekarze walczą o zdrowie i życie pacjentów. To również przestrzeń ambicji, układów, walki o wpływy i konfliktów interesów. Miejsce, w którym obok medycznej wiedzy liczą się hierarchia, reputacja, pieniądze i osobiste animozje. Widzimy ludzi, którzy muszą podejmować decyzje pod ogromną presją, a jednocześnie mierzą się z własnymi słabościami, ambicjami i prywatnymi problemami.
Serial pokazuje też coś, co szczególnie mocno wybrzmiało podczas mojego seansu: procedury są niezbędne. Pomagają uporządkować pracę, wyznaczają zasady postępowania i mają chronić zarówno pacjentów, jak i personel. Ale medycyna nie zawsze mieści się w podręcznikowych scenariuszach. Życie potrafi zaskoczyć, przypadki bywają nieprzewidywalne, a lekarz musi czasem zmierzyć się z sytuacją, na którą nie przygotuje go żadna instrukcja. Można mieć ogromną wiedzę, doświadczenie i najlepsze intencje, a mimo to nie być w stanie przewidzieć wszystkiego lub co gorsza, nie móc zrobić wszystkiego.
Po obejrzeniu „Znieczulenia” trudno nie pomyśleć o tym, jak wymagający jest to zawód. I jak niewiele wspólnego ma z wyobrażeniem o lekarzu, który po prostu przychodzi do pracy, wykonuje swoje obowiązki, ma „ma w nosie pacjentów”, zgarnia kasę i wraca luksusowym Mercedesem do domu. Oczywiście - życie aż za dobrze pokazuje nam, że takie przypadki istnieją. Czasem jest ich nawet więcej niż mniej. Ale to jak ze wszystkim w życiu. Nie każdy policjant jest dobry i sprawiedliwy, nie każdy dziennikarz dokładny i rzetelny i nie każdy sprzedawca uprzejmy i kompetentny.
Leszek Lichota w „Znieczuleniu”. Dawno nie widziałam go w takiej formie
W centrum historii znajduje się dr Dawid Łazarz, neurochirurg, którego gra Leszek Lichota. I mam wrażenie, że aktor przechodzi tu samego siebie. Jego bohater jest szorstki, bezkompromisowy, momentami arogancki i trudny we współpracy. Pod pewnymi względami przypomina Rebrowa z „Watahy” serialu HBO Max – nie należy do ludzi, którzy będą zabiegać o sympatię otoczenia. A jednak pod tą twardą powierzchnią kryje się ktoś znacznie bardziej złożony.
Łazarz potrafi być czuły, wrażliwy i zaskakująco zabawny. Szczególnie wtedy, gdy widzimy go w roli ojca. Jego relacja z dzieckiem wywołuje uśmiech i pokazuje zupełnie inne oblicze człowieka, który w szpitalu potrafi być nieprzystępny. Oczywiście nie jest bohaterem bez skazy. Ma wady, popełnia błędy, a jego decyzje i temperament sprawiają, że życie prywatne coraz bardziej wymyka mu się spod kontroli.
To jedna z największych zalet tej postaci. Łazarz nie jest pomnikowym lekarzem, który zawsze wie, co zrobić. Jest człowiekiem, który ma ogromne kompetencje, ale też własne ograniczenia. I właśnie dlatego tak dobrze ogląda się go na ekranie.
Aleksandra Popławska, Masza Wągrocka i Karolina Gruszka. Mocna obsada „Znieczulenia”
Na ekranie Lichocie partneruje Aleksandra Popławska, która wciela się w psychiatrkę. Bardzo podoba mi się sposób, w jaki serial przypomina o znaczeniu tej specjalizacji. Wciąż zdarza nam się traktować psychiatrię jak coś dodatkowego w medycynie, jakby zdrowie psychiczne było mniej istotne niż to, co można zobaczyć na zdjęciu rentgenowskim czy stole operacyjnym. Tymczasem bez zdrowej głowy trudno być dobrym chirurgiem, górnikiem, dziennikarzem czy po prostu człowiekiem, który radzi sobie z codziennością. Psychika również wymaga opieki, a jej kryzys może mieć bardzo poważne konsekwencje.
Duet Lichota–Popławska? Nie pierwszy raz na ekranie i jak zwykle hot. Uwielbiam oglądać ich razem i „Znieczulenie” tylko utwierdziło mnie w tym przekonaniu.
Ważną częścią obsady jest także Masza Wągrocka, którą doskonale znamy z roli Kamili w „Matkach Pingwinów”. Tu jest ratowniczką medyczną. Jej bohaterka jest odważna, empatyczna i dzielna. To postać, która przypomina, że ratowanie życia zaczyna się często jeszcze zanim pacjent trafi na szpitalny oddział.
Bardzo dobrze wypadają również Dorota Kolak i Krzysztof Stelmaszyk, którzy tworzą na ekranie dojrzałe małżeństwo lekarzy. Ich relacja, w której pojawia się miejsce na drugą młodość i odświeżenie uczuć, wnosi do serialu nieco inny rodzaj emocji i sporo humoru. Mariusz Bonaszewski - którego doskonale znamy z wielu gangsterskich ról - tu jako ordynator to z kolei człowiek ambitny, zawzięty i zdecydowanie nieprzepadający za konkurencją. A prokurator? Powiem tylko tyle: raczej nie zdobędzie waszej sympatii. Klasyczna hiena.
Cieszę się też, że w większej roli możemy zobaczyć Karolinę Gruszkę, która wciela się w partnerkę Dawida Łazarza. To jedna z ciekawszych kobiecych postaci w serialu. Potrafi wywołać w widzu naprawdę silne emocje. Czy będzie to zrozumienie, współczucie, czy może irytacja – zostawiam każdemu do samodzielnej oceny. Warto jednak pamiętać, że w relacjach rzadko tylko jedna strona ma coś na sumieniu. Kij zawsze ma dwa końce.
Czy warto obejrzeć „Znieczulenie” na Netflixie?
Zdecydowanie tak. „Znieczulenie” jest ostre jak brzytwa, emocjonalne i świetnie obsadzone. Osiem odcinków (choć każdy z nich trwa ponad 45 minut) mija szybciej, niż można się spodziewać, a po zakończeniu sezonu zostaje ochota na więcej. Końcówka, trochę dzieje się moim zdaniem za szybko i trochę zostawia widza z pytaniem: „i tak to ma się zakończyć?”, ale mimo to, nie zdziwię się, jeśli serial szybko zamelduje się na pierwszym miejscu zestawienia najchętniej oglądanych produkcji Netflixa.
Najbardziej doceniam jednak to, że po tym seansie inaczej patrzę na zawód lekarza. Oczywiście każdy jest kowalem własnego losu. Jeśli nie chcesz mierzyć się z taką odpowiedzialnością, nie wybieraj medycyny. Ale nawet najlepsze przygotowanie nie sprawi, że człowiek będzie gotowy na wszystko. Nie da się być z żelaza, choćby bardzo się chciało. Lekarz nie jest bogiem. Też się boi, męczy, choruje, popełnia błędy i przeżywa porażki. A czasem musi podjąć decyzję, której konsekwencje będzie pamiętał przez całe życie.
„Znieczulenie” przypomina o tym z dużą siłą. I być może dlatego tak trudno pozostać wobec niego obojętnym. To naprawdę kawał dobrego medycznego kina.